Szybkie pogorszenie stanu zdrowia
Edward, 30 l., mieszka w podwarszawskich Ząbkach. Podczas spotkania na początku sierpnia skarżył się znajomemu na ból gardła, osłabienie i problemy z jedzeniem oraz piciem. Przyjmował antybiotyk i silne leki przeciwbólowe, jednak jego samopoczucie się nie poprawiało.
7 sierpnia pojawiły się kolejne niepokojące objawy: gorączka, dreszcze, bardzo silny ból głowy, trudności z oddychaniem oraz znaczne osłabienie nóg. Jak relacjonował "Gazecie Wyborczej" jego znajomy Igor, chory nie był już w stanie samodzielnie wstać z łóżka. – Słyszałem, że ledwo mówi i jest w słabym kontakcie. Poprosił, żebym wezwał pogotowie – mówił Igor.
Kilka telefonów na pogotowie
Pierwsze zgłoszenie na numer 999 zostało wykonane przed południem. Według relacji Igora dyspozytorka nie zdecydowała się wówczas na wysłanie zespołu ratownictwa medycznego. – Powiedziałem, że 30-letni mężczyzna bardzo źle się czuje, że to zaczęło się kilka dni temu od bólu gardła, ale teraz nie może wstać z łóżka, prawie nie ma z nim kontaktu i jest coraz gorzej. A ona mi mówi, że "karetka to nie transport dla VIP-ów" i "na własnych nóżkach trzeba dojść do doktora", a jak się nie da to taksówką lub autobusem – opowiada Igor i dodaje, że z nerwów odłożył słuchawkę.
Następnie zadzwonił pod numer 112. Dyspozytor chciał porozmawiać bezpośrednio z Edwardem. Kontakt z chorym był jednak utrudniony. – Pytał, czy na pewno dobrze zapisał numer, bo Edward nie odbiera. Powiedziałem, że nic dziwnego, bo pewnie zemdlał – relacjonował Igor.
Edward miał później usłyszeć zalecenie przyjęcia leków przeciwbólowych i zgłoszenia się na SOR we własnym zakresie. – Mówiłem, że nie dam rady – zapewniał. Dopiero po kolejnym telefonie karetka została skierowana pod wskazany adres.
Na SOR-ze czerwony priorytet
Ratownicy przewieźli 30-latka do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Wołominie. Tam w ramach triażu otrzymał kolor czerwony, oznaczający najwyższy priorytet i konieczność natychmiastowego udzielenia pomocy. Według relacji znajomego Edward miał również okresowo tracić przytomność. Jeszcze tego samego dnia lekarze zdecydowali o jego przewiezieniu do Wojewódzkiego Szpitala Zakaźnego w Warszawie.
Badania potwierdziły odkleszczowe zapalenie mózgu. Pacjent pozostał w szpitalu, a jego stan nadal wymagał leczenia i obserwacji. – Czy człowiek, który nie może chodzić i którego stan gwałtownie się pogarsza, naprawdę musi kilkakrotnie prosić o przyjazd karetki, zanim ktoś zdecyduje się go zbadać na miejscu? – pytał Igor w rozmowie z "Gazetą Wyborczą".
Ratowniczka: wysłanie karetki powinno być ostatecznością
"GW" poprosiła o ocenę sytuacji Klaudię Grażyńską, ratowniczkę medyczną pracującą w Warszawie. Zastrzegła ona, że zna jedynie relację jednej ze stron i nie dysponuje pełnym zapisem rozmów z dyspozytorami.
Jej zdaniem same objawy infekcji, takie jak gorączka, ból gardła, ból głowy i osłabienie, nie zawsze oznaczają konieczność natychmiastowego wysłania ambulansu.
Pamiętajmy, że każde wysłanie zespołu ratownictwa medycznego to powinna być ostateczność, stan zagrożenia zdrowia lub życia. Dyspozytor za każdym razem, gdy odbiera telefon, waży różne dobra.
Grażyńska zwróciła uwagę, że zespoły ratownictwa muszą być dostępne także dla pacjentów znajdujących się w bezpośrednim zagrożeniu życia. W jej ocenie, gdy pojawiły się informacje o pogorszeniu stanu i utracie świadomości, decyzja o wysłaniu karetki była właściwa.
Urząd sprawdził rozmowy z dyspozytorami
Do sprawy odniósł się także Mazowiecki Urząd Wojewódzki, któremu podlega centrum dyspozytorskie. Jak przekazano dziennikarzom, podczas pierwszego zgłoszenia dyspozytor nie stwierdził na podstawie otrzymanych informacji przesłanek wskazujących na nagłe zagrożenie zdrowotne wymagające wysłania karetki.
Urząd podkreślił, że każde wezwanie oceniane jest indywidualnie, a dyspozytor podejmuje decyzję na podstawie informacji dostępnych w chwili rozmowy.
Późniejsze rozpoznanie choroby u pacjenta nie może być utożsamiane z informacjami, którymi dysponował dyspozytor podczas pierwszego zgłoszenia – przekazał urząd.
Po publikacji artykułu urzędnicy dodatkowo zweryfikowali nagrania. Według Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego podczas pierwszej rozmowy nie padły przypisywane dyspozytorce słowa o "transporcie dla VIP-ów". Urząd poinformował również, że dyspozytorka próbowała uzyskać bezpośredni kontakt z chorym, ponieważ osoba zgłaszająca nie przebywała przy nim i nie była w stanie dokładnie opisać jego aktualnego stanu.
Źródło: Gazeta Wyborcza
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.