Nie jedzą, nawet nie piją. Dzieci z anoreksją trafiają do szpitala na wiele miesięcy
Najmłodsze dzieci z anoreksją mają osiem lat. Leczymy je miesiącami, by osiągnęły BMI 14, kiedy oddajemy je psychiatrom. Skrajnym przypadkiem była 15-latka z BMI 8, która przy wzroście 170 cm ważyła 24 kg i była na skraju śmierci – mówi prof. Elżbieta Czkwianianc, która na oddziale gastroenterologii dziecięcej coraz częściej leczy dzieci z zaburzeniami odżywiania.
Karolina Kowalska, abcZdrowie: Gastroenterologia dziecięca, na którą zbiera w tym roku WOŚP, kojarzy się przede wszystkim z chorobami zapalnymi jelit. Tymczasem na pani oddział coraz częściej trafiają dzieci z zaburzeniami odżywiania.
Prof. Elżbieta Czkwianianc, Kierownik Kliniki Gastroenterologii, Alergologii i Pediatrii w Instytucie Centrum Zdrowia Matki Polki (ICZMP) w Łodzi: Kilka lat temu zaburzenia odżywiania zostały przypisane do gastroenterologii i od tego czasu niemal regularnie mamy na oddziale po dwie–trzy anorektyczki w miesiącu. Ta diagnoza coraz częściej dotyczy również chłopców. Anorektycy i bulimicy istnieli jak świat światem, jednak zwykle wymagali leczenia psychiatrycznego. Gastroenterologia wkracza wówczas, gdy ono zawodzi, i dzieci doprowadzają do wyniszczenia organizmu.
Co to znaczy "wyniszczenie organizmu"?
Stan, w którym niedożywienie zagraża życiu i konieczna jest hospitalizacja, ale także sytuacja, w której dziecka nie da się odżywić "domowymi" sposobami. Skrajnie wyniszczonych ludzi nie można karmić od razu dużymi porcjami pokarmu. Wystarczy przypomnieć sobie historie z wyzwolenia obozów koncentracyjnych, kiedy więźniowie rzucali się na jedzenie i bardzo szybko umierali, bo dochodziło u nich do dużych zachwiań gospodarki wodno-elektrolitowej i nieprawidłowego stężenia fosforanów. W medycynie określa się to mianem "refeeding syndrome". Dlatego powrót do żywienia powinien być bardzo powolny, pod kontrolą metaboliczną.
Jakie BMI mają dzieci, które wymagają żywienia medycznego?
Zazwyczaj przyjmujemy dzieci o BMI 11–12, a ich leczenie trwa średnio około trzech miesięcy, ale zdarzają się przypadki skrajne. W naszym przypadku była to 15-latka o BMI 8, która przy wzroście 170 cm ważyła około 24 kg. W takim stanie dochodzi do głębokich zaburzeń metabolicznych i w grę wchodzi wielomiesięczne specjalistyczne dożywianie w oddziale szpitalnym. Ta dziewczyna leżała u nas osiem miesięcy. Miała indywidualne nauczanie, nie chodziła do szkoły i doprowadziła się do stanu, w którym nie była w stanie sama wstać z łóżka. Właściwie cały jej organizm się wyłączył.
Rodzice nie zauważyli, że z dzieckiem dzieje się coś strasznego?
Matka wyglądała na troskliwą i kochającą, ale ojciec był despotyczny i myślę, że to on był źródłem problemów. W końcu mama wezwała karetkę, która przywiozła nam dziecko wyglądające, jakby umarło za życia. Było jak szkielet pokryty skórą z owrzodzeniami, które przypominały plamy opadowe. Pierwszy raz widziałam człowieka w takim stanie.
Co się stało z rodzicami?
Zostali oskarżeni o zaniedbania, do gry wkroczyła prokuratura. Dorosła siostra pacjentki była niewiele grubsza, miała BMI 14, czyli takie, jakie uważa się za graniczne w przypadku przyjęć na nasz oddział. Mamy niepisaną umowę z psychiatrami, że każde dziecko poniżej BMI 14 przechodzi do nas. Jednak siostra pacjentki nie była zainteresowana leczeniem.
Mówi się czasem, że anoreksja to próba samostanowienia, odzyskania kontroli.
Zaburzenia odżywiania nie są w sensie patofizjologicznym zjawiskiem do końca poznanym, ale można im przypisać pewien schemat. Cierpiącym na nie wydaje się, że nic od nich nie zależy, że traktowani są bezosobowo, a kontrolując wagę odzyskują poczucie panowania nad choć jednym elementem swojego życia. I często się w tym zatracają, dążąc do samounicestwienia. W skrajnych przypadkach anorektycy nie tylko nie jedzą, ale nawet nie piją, także wody.
Takie przyczyny wydają się bardziej prawdopodobne od dążenia do obowiązującego w latach 90. i na początku lat 2000. wychudzonego ideału piękna. Dziś modne są obfitsze kształty.
Wbrew pozorom, ówczesny ideał nadal trzyma się mocno. A jednocześnie, w związku ze zmianą trybu życia na siedzący i łatwą dostępnością wysoko przetworzonego jedzenia, więcej jest dzieci otyłych lub z istotną nadwagą, które są obiektem nieprzychylnych komentarzy ze strony otoczenia, w tym własnych rodziców. Do tego osoby z zaburzeniem odżywiania zwykle cierpią na dysmorfofobię, czyli nierealistyczne postrzeganie własnego ciała. W lustrze zawsze widzą osobę grubą, choćby nie wiem, jak były chude.
Ile lat miało najmłodsze dziecko z anoreksją, które trafiło na pani oddział?
Osiem. Ośmio- i dziesięciolatki należą do naszych najmłodszych pacjentów z zaburzeniami odżywiania. Na oddziale spędzają średnio trzy miesiące, bo, jak wspomniałam, odbudowanie masy ciała u osoby, której organizm jest wyniszczony, jest bardzo, bardzo powolne.
Wybrała pani gastroenterologię, ale – chcąc nie chcąc – jest pani trochę psychiatrą?
Jestem gastroenterologiem, który zajął się leczeniem zaburzeń odżywiania, ale głównie od strony żywieniowej. W razie potrzeby na oddziale korzystamy ze wsparcia psychiatry dziecięcego i psychologa. Psychiatra i psycholog przydaliby się zresztą na każdym oddziale gastroenterologii dziecięcej na stałe, ponieważ zaburzeń odżywiania, które skutkują zaburzeniami gastroenterologicznymi, jest bardzo dużo. Brak wsparcia tych specjalistów jest na tyle dotkliwy, że mój kolega, szef oddziału na Śląsku, postanowił zrobić dodatkowo specjalizację z psychiatrii, a już nie jest młodzieniaszkiem. Na oddziale przydałyby się także pielęgniarki, które, jak na intensywnej terapii, zajmowałyby się wyłącznie pacjentami z zaburzeniami odżywiania.
Dlaczego?
Bo te dzieci wymagają stałego monitorowania. Niepilnowane stosują różne sztuczki, by schować jedzenie czy zwymiotować. Gama tych sztuczek jest nie do opisania i najlepiej, gdyby w leczeniu pomagał nam rodzic. To jest jednak możliwe tylko wówczas, gdy rodzice są bardzo współpracujący. A zdarza się, że nie rozumieją tego problemu. Są matki, które wmawiają nam, że liczba kalorii na dany posiłek, jaki przyjmuje ich dziecko, jest wystarczająca. I takie, które mają nam za złe, że próbujemy dziecko leczyć. Nie są to osoby przygotowane do tego, by prowadzić działania psychoterapeutyczne, ale są przekonane, że się na tym znają.
Mówimy: zaburzenia odżywiania, myślimy: anoreksja. Ale tych zaburzeń jest więcej, pewnie również u dzieci?
Tak, na przykład bulimia, w której występują bardzo istotne wahania masy ciała i która jest trudniejsza do leczenia, ale paradoksalnie bezpieczniejsza dla życia. Wystarczy przywołać przykład Jane Fondy, która jest bulimiczką, a ma już 88 lat. W anoreksji, na skutek niedożywienia, a u wielu także skrajnego odwodnienia, wyłączają się wszystkie funkcje organizmu.
Chłopcy cierpią na anoreksję równie często, co dziewczynki?
Rzadziej, choć widzimy ich coraz częściej. Są na szczęście łatwiejsi do leczenia. Wydaje się, że mają jakiś instynkt samozachowawczy, nie dążą do samounicestwienia.
Czy leczenie dzieci z zaburzeniami odżywiania jest dla Pani trudne?
Bardzo, ponieważ trwa długo. Nie jest też dobrze finansowane przez NFZ, więc tracimy na tym finansowo jako oddział. Równie trudne bywa obserwowanie zachowań rodziców, którzy negują chorobę swojego dziecka albo nie rozumieją podstawowych mechanizmów patofizjologicznych, na przykład tego, że prowokowanie wymiotów powoduje zaburzenia elektrolitowe i zaburzenia rytmu serca.
Dlatego myślę, że szkolenie z fizjologii człowieka powinno być elementem nauczania biologii w szkole i że edukacja zdrowotna jest bardzo potrzebna. Jej przeciwnicy boją się, że ktoś będzie opowiadał dzieciom o seksie. Ja bałabym się, że dziecko nie będzie wiedziało, że niedożywienie prowadzi do śmierci, a leki, choć pomagają, są czasami niebezpieczne. Te dzieci kiedyś zostaną rodzicami i dobrze, by wiedziały, jak postępować w przypadku gorączki. Świeżo upieczeni rodzice często nie mają pojęcia, że niewielki stan podgorączkowy nie wymaga podawania leków, a środki przeciwgorączkowe przeciwbólowe i przeciwzapalne mogą być niebezpieczne.
Dzieci po zatruciu lekami również trafiają na pani oddział?
Niedawno mieliśmy dwuletnie dziecko z ciężką niewydolnością wątroby, które udało się uratować jakimś cudem, a wątroba mu się rozpadła z powodu zbyt dużych dawek tego typu leków często podawanych. Matka miała czworo dzieci i każdemu regularnie podawała je po troszeczku. Ale są też przypadki dzieci skrajnie otyłych, którym rodzice pozwalali jeść wyłącznie frytki i słodycze, co się często sprowadza do tzw. wolności dziecka. Według mnie lektura książki "Król Maciuś Pierwszy" powinna nadal być obowiązkową, by uświadomić przyszłym rodzicom, co się stanie, jeśli dzieci przejmą kontrolę nad światem. Rolą rodzica jest wychowywać, a więc nakłonić dziecko, by robiło to, co konieczne, a nie tylko to, co przyjemne.
Dlaczego dzieci otyłe trafiają na gastroenterologię?
Rodzice przywożą je do szpitala z powodu powikłań otyłości, np. bólu brzucha czy zgagi, nie samej otyłości, która powinna skłonić ich do wizyty u pediatry. Ostatnio mieliśmy 13-letniego pacjenta, który przy przyjęciu ważył 150 kg. Nie było to wynikiem żadnej poważnej choroby metabolicznej, ale tego, że nie chodził do szkoły, siedział w domu, grał na komputerze i jadł. W jego przypadku konieczne było zastosowanie analogów GLP-1, popularnie zwanych zastrzykami na odchudzanie. Są one zarejestrowane do leczenia dzieci i coraz częściej przez nas stosowane. Niestety, lawina otyłości dziecięcej, podobnie jak większość zaburzeń odżywiania, jest efektem błędów wychowawczych. Dlatego opieka psychologa potrzebna jest nie tylko moim pacjentom, ale również ich rodzicom.
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.