Odkryła, że ma to samo zaburzenie, co jej pacjenci. "Nikt nic nie podejrzewał"
Szacuje się, że nawet 75 proc. kobiet z ADHD może być niezdiagnozowanych. – Po pierwsze, u wielu objawy wyglądają zupełnie inaczej niż "klasyczne". Po drugie, większość badań, którymi nadal się posługujemy, opiera się na mężczyznach – mówi w rozmowie z WP abcZdrowie dr Janina Maschke, amerykańska doktor psychologii, która sama ma ADHD.
W wywiadzie:
- Późna diagnoza ADHD.
- Objawy ADHD u kobiet.
- Dlaczego rozpoznanie ADHD u kobiet jest trudniejsze niż u mężczyzn?
- Na czym polega praca z osobami z ADHD?
Marta Słupska, dziennikarka Wirtualnej Polski: O tym, że ma ADHD, dowiedziała się pani w wyjątkowych okolicznościach: w trakcie studiów psychologicznych podczas pracy z osobami z ADHD. Jak do tego doszło?
Dr Janina Maschke, amerykańska doktor psychologii, coach ADHD i funkcji wykonawczych: Tak, miałam wtedy 26 lat i robiłam testy reakcji, czyli impulsywności, aby zobaczyć, czy dobrze działają. Sama je wykonywałam… i oblewałam ze względu na swoją impulsywność. To był pierwszy znak.
Poza tym wyjaśniałam moim podopiecznym i ich rodzicom kryteria ADHD i zauważyłam np., że hiperaktywność nie zawsze jest cechą widoczną na zewnątrz, nie zawsze wiąże się z byciem głośnym i ruchliwym. Ja czuję po prostu, jakby napędzał mnie wewnętrzny silnik, który nie pozwala mi przestać i się zrelaksować. To sprawiło, że pomyślałam, że sama mogę mieć ADHD i postanowiłam poszukać diagnozy dla siebie.
W swojej książce "Myślę szybciej, czuję mocniej. ADHD. Przewodnik dla kobiet" pisze pani, że nie było to łatwe.
Tak, ponieważ nie uosabiałam typowych cech ADHD. W szkole nie trudziłam się aż tak bardzo, by przejść do następnej klasy, miałam przyzwoite stopnie i nauczyłam się maskować tak, by radzić sobie na co dzień. Podobnie w dorosłym życiu: miałam pracę, potrafiłam się sama utrzymać, więc wydawało się, że wszystko jest w porządku. Nikt nic nie podejrzewał.
Ile czasu trwało uzyskanie diagnozy?
Na pierwszą wizytę u psychiatry w Niemczech, gdzie się diagnozowałam, czekałam rok. Potem dwa–trzy miesiące trwały spotkania.
Co ta diagnoza zmieniła w pani życiu?
Bardzo wiele. Wcześniej zastanawiałam się, dlaczego tyle rzeczy jest dla mnie wyzwaniem. Pozwoliło mi to zrozumieć, dlaczego tak jest i dlaczego pewne sprawy są dla mnie emocjonalnie trudniejsze, ale też umożliwiło mi dostrzec wsparcie, którego potrzebowałam. Dzięki diagnozie zaakceptowałam siebie.
Mówiła pani o szkole. Jak ją pani wspomina?
Nigdy nie musiałam poprawiać stopni, ale szkoła była dla mnie naprawdę trudnym okresem, bo ciężko było mi usiedzieć w miejscu przez całą lekcję. Wciąż pogrążałam się w swoich myślach, zamiast słuchać nauczyciela. W efekcie nie miałam pojęcia, co było zadane do domu czy co będzie na teście.
Miałam poczucie, że ciągle muszę coś nadrabiać – uczyłam się po nocach, w autobusie jadącym do szkoły dowiadywałam się od kolegów, że dziś mamy test, a byłam zupełnie nieprzygotowana i musiałam się szybko nauczyć materiału w drodze.
A co mówili o pani nauczyciele?
Byli bardzo zdezorientowani, bo na lekcjach byłam bardzo cicha i wydawało im się, że słucham. To były pozory, bo w tym czasie byłam myślami zupełnie gdzie indziej. Wydawałam im się poukładana i uważna, a potem odkrywali, jak wyglądają moje notatki: pogryzmolone, pogubione. Często słyszałam od nauczycieli: masz w sobie taki potencjał, musisz tylko bardziej się starać.
Czyli głównym problemem były trudności w skupieniu uwagi?
Tak. Myślę, że na 70-80 proc. lekcji w ogóle nie słuchałam, co mówią nauczyciele.
A teraz? Umie się pani skupić?
Teraz tak, bo zajmuję się dziedziną, która mnie interesuje. Dodatkowo moja praca sprawia, że mogę sama ustawić sobie grafik pod kątem tego, kiedy mam najwięcej energii i skupienia. Między spotkaniami mogę zaplanować sobie przerwy, w czasie których mam czas na ruch.
Obecnie mam też więcej wiedzy o ADHD i zrozumienia dla samej siebie. W ostatnich latach nauczyłam się wielu strategii, które bardzo mi pomagają.
Jakich na przykład?
Lubię wizualne przypomnienia, np. timery. Ustawia się zegar – na przykład 30 minut albo godzinę. W miarę upływu czasu zaznaczony obszar robi się coraz większy, aż w końcu widzisz, że minął. To świetne wizualne przypomnienie, ile masz czasu na ukończenie zadania.
Pomocne są też np. karteczki samoprzylepne, postawienie worka ze śmieciami przy drzwiach, przygotowanie wcześniej ubrań na siłownię albo położenie jabłka na blacie, żeby pamiętać, że chcesz je zjeść. To naprawdę pomaga, bo u osób z ADHD często działa zasada: czego nie widać, tego nie ma w głowie. Jeśli coś znika z pola widzenia, można o tym całkowicie zapomnieć. Ja zawsze zostawiam planner otwarty na biurku, żeby mieć wizualne przypomnienie, że mam z niego korzystać.
Druga kwestia dotyczy tego, że osoby z ADHD mają bardziej oparty na zainteresowaniu układ nerwowy. Kiedy coś jest interesujące, dużo łatwiej to zrobić. W takim systemie są cztery filary: nowość, zainteresowanie, pilność i wyzwanie. Jeśli uda się włączyć choć jeden z nich, znacznie łatwiej rozpocząć zadanie i je dokończyć.
W książce pisze pani, że o ADHD coraz częściej mówi się w social mediach: do 2023 roku tag ADHD miał aż 4,4 mld wyświetleń na samym TikToku, a mimo to zaburzenie to wciąż rzadko kojarzone jest z kobietami – szacuje się, że pozostaje niezdiagnozowane u 75 proc. osób płci żeńskiej. Jak pani uważa, dlaczego?
Po pierwsze, u wielu kobiet objawy wyglądają zupełnie inaczej niż "klasyczne". Po drugie, większość badań, którymi nadal się posługujemy, opiera się na mężczyznach i chłopcach.
Do tego dochodzi silna presja społeczna dotycząca tego, jak kobieta powinna się zachowywać i prezentować. Oczekuje się, że będzie spokojna, opanowana, "ogarnięta". W takiej sytuacji bardzo trudno jest otwarcie powiedzieć, że coś nie działa – że nie nadążasz z obowiązkami, sprzątaniem, gotowaniem czy pracą. Jeśli masz dzieci, te trudności mogą być jeszcze większe.
W efekcie kobiety nauczyły się bardzo dobrze maskować objawy i nie pokazywać, że zmagają się z trudnościami lub że są nadpobudliwe. Nadpobudliwość często przenosi się do wnętrza – ich umysł pracuje na najwyższych obrotach, ale niekoniecznie widać to na zewnątrz w postaci ciągłego ruchu czy gadatliwości. Wiele kobiet nie potrafi odpoczywać i cały czas ma poczucie, że powinny coś robić, np. myjąc zęby, jednocześnie sprzątają łazienkę czy rozwieszają pranie. Albo stale odpływają w marzeniach. Zdarza się też, że ich nadpobudliwość czy impulsywność przejawia się po prostu w dużej gadatliwości.
Wspomniała pani, że maskują objawy. Jak?
Np. ciągle obserwują ludzi i kopiują ich zachowanie. To pochłania ogromną ilość energii i może wywoływać dużo lęku, na przykład społecznego, a nawet prowadzić do depresji.
Maskowanie może mieć pewne krótkoterminowe korzyści: pomaga się dopasować, sprawia, że inni nie zauważają, że z czymś się zmagasz, że pewne rzeczy są dla ciebie trudne albo że robisz je inaczej. Ale długoterminowo może mieć wiele negatywnych skutków, bo jest bardzo wyczerpujące.
Czy uważa pani, że kobiety robią to częściej?
Tak. Ogólnie, niezależnie od tego, czy ktoś ma ADHD, czy nie, do dziś na kobiety wywierana jest ogromna presja, by prezentowały się i zachowywały w określony sposób. To sprzyja maskowaniu. A jeśli kobieta ma ADHD, presja jest jeszcze większa – by dopasować się, zachowywać jak osoba bez ADHD i jednocześnie spełniać normy narzucane kobietom oraz mierzyć się ze wciąż obecną stygmatyzacją.
W książce zadziwiła mnie różnica pomiędzy średnim wiekiem otrzymywania diagnozy – 7. rok życia u chłopców i nawet około 40. roku życia u kobiet. To różnica 33 lat!
Tak. W dużej mierze wynika to ze stygmatyzacji, maskowania oraz tego, jak ADHD objawia się u kobiet. Często jest tak, że gdy siedmioletni chłopiec ma trudności w szkole, szybko pojawia się podejrzenie ADHD i kieruje się go na diagnozę. Natomiast w przypadku dziewczynek, jeśli mają problemy, częściej uznaje się, że powinny bardziej się postarać albo lepiej się zorganizować. Nie łączy się tego od razu z ADHD.
I tu wracamy do maskowania: dziewczynki np. siedzą po nocach, żeby odrobić lekcje, albo same uczą się materiału w domu, bo w szkole nie były w stanie się skupić. W efekcie w szkole ich trudności nie są zauważane. Również rodzice często nie dostrzegają problemu i nie widzą, z czym ich córka się zmaga.
Pracuje pani z osobami z ADHD. Na czym ta praca polega?
W dużej mierze na akceptacji diagnozy ADHD oraz zrozumieniu, co ona oznacza. Ważne jest uświadomienie sobie, że ADHD nie wpływa tylko na funkcjonowanie w szkole czy pracy, ale na całe życie – relacje, komunikację, zarządzanie finansami.
Kolejnym elementem jest nauka strategii, które pomagają funkcjonować z ADHD i ułatwiają codzienne życie. Wiele osób było uczonych sposobów działania typowych dla osób neurotypowych, które nie zawsze sprawdzają się przy ADHD. Dlatego duża część pracy polega także na "oduczaniu się" nieskutecznych schematów i rozwijaniu nowych, lepiej dopasowanych umiejętności.
Co daje otrzymanie diagnozy ADHD? Jak bardzo zmienia życie tych osób?
Znacząco. Lepiej rozumieją siebie i to, dlaczego pewne rzeczy były dla nich trudne. Diagnoza może też dać dostęp do większej liczby form leczenia oraz do dostosowań w szkole czy w pracy. Łatwiej jest o nie poprosić, bo dana osoba lepiej rozumie, czego może potrzebować.
Dla niektórych oznacza to jednak przejście przez coś w rodzaju żałoby – mają poczucie, że ich życie mogłoby być łatwiejsze, gdyby diagnozę otrzymały wcześniej.
Czują złość?
Raczej smutek albo rozczarowanie, że nie zauważono tego wcześniej. Bardzo często pojawiają się myśli o wszystkich niewykorzystanych możliwościach.
Jaką radę dałaby pani osobom z ADHD na podstawie swojej pracy z nimi?
Żeby nauczyły się rozumieć swoje ADHD i zdobywały wiedzę na jego temat. Żeby naprawdę zrozumiały, czym jest ADHD, bo to nie tylko brak koncentracji i nadpobudliwość. To pomaga też przestać maskować objawy i żyć bardziej autentycznie. A to bardzo ułatwia życie.
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.