Skutki sprawy lekarza-milionera. Premier: Musimy to możliwie szybko przeciąć

Rząd chce kontroli nad zarobkami medyków. Na fali sprawy lekarza-milionera rząd przyjął projekt ustawy, która pozwoli śledzić wynagrodzenia lekarzy po nr PESEL i prawa wykonywania zawodu. – To nie rozwiąże problemu, za to zachęci do polowania na czarownice – uważają lekarze.

Skutki sprawy lekarza-milionera. Jest projekt ustawySkutki sprawy lekarza-milionera – jest projekt ustawy. Na zdjęciu: Donald Tusk i Dawid Kacprzyk
Źródło zdjęć: © East News, Getty Images
Karolina Kowalska

Rząd przyjął projekt ustawy

Koalicyjny rząd posypał głowę popiołem po skandalu z udziałem 28-letniego Dawida Kacprzyka, lekarza bez specjalizacji i radnego warszawskiej dzielnicy Ursus z ramienia KO, który w ciągu roku w warszawskim Szpitalu Południowym zarobił 1,6 mln zł.

– Musimy to możliwie szybko przeciąć – tłumaczył premier Donald Tusk na konferencji prasowej przed posiedzeniem Rady Ministrów. Stwierdził też, że przypadek wynagrodzenia Kacprzyka to "ilustracja szerszego problemu". – Musimy wspólnie z samorządem lekarzy i wszystkimi zainteresowanymi zadbać o to, by nie było narastającej fali podejrzliwości i niepewności, jak wyglądają te zarobki, za co są wypłacane i czy są uzasadnione – tłumaczył premier.

I do porządku wtorkowego posiedzenia Rady Ministrów dopisał druk UD285, czyli nowelizację ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych.

Dodał, że projekt "pozwoli agencji rządowej (chodzi o Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, AOTMiT – przyp. red.) orientację, kto w jakich miejscach, ile zarabia w danej jednostce szpitala".

Da to również możliwość sprawdzenia, w ilu miejscach pracuje dany medyk, zarówno w oparciu o umowę o pracę, jak i kontrakt. Większość lekarzy albo łączy te dwie formy zatrudnienia, albo pracuje wyłącznie w oparciu o kontrakty. Jednak ci, którzy ograniczają się tylko do jednej placówki i do etatu są w mniejszości.

– Z całą pewnością informacja o zarobkach lekarzy bez specjalizacji sięgających prawie 2 mln zł to coś – delikatnie mówiąc – niepokojącego. Problem polega na tym, że w dotychczasowym systemie Ministerstwo Zdrowia i NFZ nie miały możliwości nie tylko kontrolowania, ale uzyskania wiedzy kto ile zarabia w danym szpitalu – mówił we wtorek premier Tusk.

Eksperci oceniają pomysł rządu

I to ostatnie zdanie najbardziej niepokoi medyków. Nie tylko dlatego, że urzędnicy uzyskają wgląd w ich zarobki, ale dlatego, że będą jedyną grupą zawodową, której przychody (co prawda tylko dotyczące świadczeń zdrowotnych, za które płaci NFZ, nie tych opłacanych całkowicie z kieszeni pacjenta) będą jawne.

– Prawda jest taka, że zarobki na niektórych oddziałach są naprawdę horrendalne i wynikają z tego, że nikt nie chce na nich pracować. SOR to piekło na ziemi – stres, ciągłe pretensje i ogromna odpowiedzialność połączona ze strachem o pozew, o błąd medyczny. Jednak pacjenci tego nie zrozumieją i jeśli zobaczą, że za godzinę takiej pracy lekarz dostaje 250 albo nawet 350 zł brutto, zacznie się nagonka na naszą grupę zawodową. Bo ludzie szybko policzą, że w ciągu doby można zarobić 6 albo nawet 8,4 tys. zł brutto. A że laikowi trudno uwierzyć, że na takiej zmianie lekarz czasem nie ma czasu wypić łyka kawy, zacznie się narracja, że na dyżurach śpimy, a pieniążki lecą. To będzie masakra – mówi nam anonimowo jeden z lekarzy.

Lekarze nie zgadzają się z premierem także co do tego, że dziś MZ i NFZ nie mają dostępu do tego rodzaju danych. Prezes Okręgowej Rady Lekarskiej w Szczecinie dr n. med. Michał Bulsa podkreśla, że takimi informacjami dysponuje także Urząd Skarbowy.

– Nie rozumiem, po co w ten sposób kompensować dane o zarobkach lekarzy, skoro skarbówka ma do nich pełny dostęp. Dlaczego te dane mają być dostępne w kolejnym rejestrze? Biorąc pod uwagę, że dostęp polityków do takich danych jest niebezpieczny, na miejscu rządu jeszcze raz przemyślałbym tę inicjatywę ustawodawczą. Po raz kolejny jednostkowy przykład patologii prowadzi do mnożenia bytów i legislacyjnych absurdów – uważa.

Podobnego zdania jest rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej Jakub Kosikowski. – Narodowy Fundusz Zdrowia już dziś ma dane o liczbie np. onkologów zgłoszonych do kontraktów w danym szpitalu i łącznej kwocie ich wynagrodzeń. I jest to wszystko, czego Ministerstwo Zdrowia potrzebuje do kształtowania polityki wynagrodzeń w ochronie zdrowia. Podobnie urzędnicy są w posiadaniu informacji o lekarzach innej specjalizacji. Mogą też bez problemu uzyskać dane na temat liczby lekarzy zatrudnionych na SOR Szpitala Południowego i ogólną kwotę ich zarobków. Ale zdaje się, że chodzi o coś innego – urzędnicy chcą wiedzieć, ile zarabia konkretny lekarz, co przypomina nie chęć rozwiązania problemu ochrony zdrowia, a polowanie na czarownice – mówi Jakub Kosikowski.

Jego zdaniem problem ochrony zdrowia nie leży w zarobkach pojedynczych lekarzy, ale w niedofinansowaniu systemu i braku właściwych wycen procedur przez NFZ. – A lekarstwem na te problemy byłby rzetelny przegląd nie tego, ile dany lekarz zarabia w konkretnym szpitalu, ale czy stawka NFZ za daną procedurę wystarcza na wszystkie opłaty z nią związane. Tyle że taka analiza byłaby o wiele dłuższa, a w dodatku mogłoby się okazać, że NFZ-owskie stawki nie pozwalają szpitalom nawet wyjść na zero. Przy rewizji wycen kominy płacowe same się zlikwidują, a problem rekordowych faktur zniknie – uważa Jakub Kosikowski.

Lekarze nie rozumieją też, dlaczego jawność umów dotyczy tylko ich grupy zawodowej. – Nie mam problemu z taką regulacją, pod warunkiem że jawność dotyczyłaby wszystkich Polaków – mówi większość naszych rozmówców. A jeden z doświadczonych lekarzy, dyrektor medyczny dużego szpitala klinicznego dodaje, że jego zdaniem nie da się ograniczyć zarobków medyków w kilku źródłach, bo znajdą oni sposób, aby obejść przepisy.

– Wystarczy przypomnieć wprowadzoną przez Unię Europejską zasadę, że lekarz nie może pracować dłużej niż 37,5 godziny w tygodniu. Natychmiast wprowadzono klauzulę "opt-out", która pozwala na pełnienie dyżuru poza godzinami pracy. Po prostu lekarz, który do 14.35 pracuje na etacie jako Jan Kowalski od 14.35 wzwyż przyjmuje pacjentów w tym samym szpitalu już jako działalność gospodarcza "Jan Kowalski. Usługi medyczne" – mówi doświadczony specjalista.

Również Anna Gołębicka, ekonomistka i członkini Rady NFZ, uważa, że rozwiązaniem byłaby całościowa reforma systemu ochrony zdrowia. – Sytuacja ze Szpitala Południowego pokazała, że system nie premiuje uczciwego leczenia pacjentów, ale tych, którzy potrafią coś sobie załatwić, przycwaniaczyć i pływać w brudnej wodzie. Sama rozmowa o PESEL-ach i znalezienie tych lekarzy, którzy w systemie publicznym zarabiają najwięcej, nie jest rozwiązaniem. Należy zadać sobie pytanie, dlaczego system pozwala im tyle zarabiać, bo pamiętajmy, że obok lekarzy wystawiających fakturę na 100 tys. zł stoją ci, którzy zarabiają kilka razy mniej. Różnice w wynagrodzeniach nie budują zespołu ani współpracy, a tylko frustrację, wypalenie zawodowe i powodują marginalizowanie pacjenta – mówi Anna Gołębicka.

Eksperci zauważają, że z tego rejestru wyjdą gigantyczne kwoty, zwłaszcza na SOR-ach. Jeżeli dostajesz 250 zł brutto za godz., po 20 godzinach masz 5 tys. zł, za 24 godz. – 6 tys. zł. Wystarczy, że pracujesz 15 dni i masz 90 tys. zł.

Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.

Wybrane dla Ciebie