"Patologia" na SOR-ach. "Proszenie się o tragedię"

Zmuszanie do podwójnych dyżurów i "łatanie" grafików nie są przypadkami odosobnionymi. - Znamy naprawdę absurdalne przypadki, kiedy np. rezydenci i specjaliści urologii byli zmuszani do dyżurów na ortopedii. To patologiczne sytuacje i myślenie na zasadzie "umie trzymać skalpel, to sobie poradzi" - przyznaje Jakub Kosikowski, rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej.

lekarzeNieprawidłowości na SOR-ach
Źródło zdjęć: © Facebook, Getty, NIL
Katarzyna Prus

"Dostaję pisma z całego kraju o tych patologiach"

W piątek pisaliśmy o tym, jak luki w grafikach na toruńskim SOR mieli wypełniać lekarze, którzy w tym samym czasie dyżurowali na innym oddziale. Medycy zarzucają szpitalowi "patologię" i mówią o zagrożeniu dla pacjentów. Ci, którzy zgłaszali nieprawidłowości, mieli być karani i zastraszani. Tymczasem dyrekcja twierdzi, że wszystko działa jak należy.

Grażyna Cebula-Kubat, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy przyznała w rozmowie z WP abcZdrowie, że "nieprawidłowości w obsadzie dyżurów na SOR w wojewódzkim szpitalu w Toruniu to nie były jednostkowe sytuacje, to się działo notorycznie". Dodała, że lekarze byli "przymuszani do godzenia się na takie dyżury".

Lekarka zwróciła jednocześnie uwagę, że problem ten widoczny jest także w innych szpitalach w Polsce. - Dostaję pisma z całego kraju o tych patologiach - powiedziała nam dr Cebula-Kubat.

Potwierdzają to również inni lekarze. – Niestety, podwójne dyżury są w polskich szpitalach na porządku dziennym. Przepracowałem blisko 10 lat na szpitalnych oddziałach ratunkowych i niewiele już mnie w tej sprawie dziwi - przyznaje w rozmowie z WP abcZdrowie lek. Bartosz Fiałek, reumatolog, popularyzator wiedzy medycznej, ekspert systemu ochrony zdrowia.

- To, że coś jest powszechne, nie znaczy jednak, że jest bezpieczne, legalne. NFZ jako płatnik wymaga określonej obsady dla konkretnej jednostki organizacyjnej - dodaje.

Przypomina też, że SOR jest odrębną jednostką. - Oddział internistyczny, pediatryczny, chirurgiczny czy reumatologiczny również. To oznacza jedno: w każdej z tych jednostek powinien być realnie dostępny odrębny personel. Lekarz nie może być jednocześnie na dwóch oddziałach. Koniec, kropka – podkreśla lekarz.

Jak tłumaczy, problem często ukrywa się pod hasłem "konsultacji". – Konsultacja to zbadanie pacjenta, ocena jego stanu i wydanie zaleceń co do dalszego postępowania. Tymczasem w wielu szpitalach pod płaszczykiem "konsultacji" lekarz z innego oddziału de facto prowadzi pacjenta na SOR: bada, zleca, podejmuje decyzje, podpisuje dokumentację. To nie jest konsultacja. To jest drugi dyżur, tylko nazwany inaczej – zaznacza Fiałek.

– Nie może być tak, że internista zajmuje się pacjentami na swoim oddziale, a jednocześnie prowadzi pacjentów na SOR. Bo co się stanie, jeśli w tym samym czasie dojdzie do dwóch stanów nagłych? Na przykład dwóch reanimacji – jednej na oddziale, drugiej na SOR? Lekarz ma się rozdwoić? To jest proszenie się o tragedię. Moja koleżanka, lekarka pediatra, miała podobną sytuację i później latami musiała tłumaczyć się przed sądami – przyznaje.

NIL: "Dostajemy takie sygnały notorycznie"

Samorząd lekarski zwraca jednak uwagę, że nie zawsze jest to niezgodne z prawem. - Trzeba pamiętać, że lekarze, którzy robią specjalizację z interny, chirurgii i pediatrii mają od pewnego momentu w programie specjalizacji dozwolone dyżury na SOR. To był pomysł resortu zdrowia na rosnące braki kadrowe na szpitalnych oddziałach ratunkowych - wyjaśnia Jakub Kosikowski, rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej.

- W praktyce wykorzystuje się rezydentów do "łatania" grafików, mimo że nacisk powinien być postawiony na ich szkolenie. Tymczasem takie przerzucanie między oddziałami czy dyżur na dwóch oddziałach jednocześnie zwiększa tylko ryzyko popełnienia błędów - podkreśla.

Tłumaczy, że nie dotyczy to lekarzy pozostałych specjalności np. ortopedii. - Jeśli jednak spojrzymy na praktykę w szpitalach, wszyscy są traktowani tak samo, a dyrektorzy często stosują metodę "jak się nie podoba, to się zwolnij". To działa, dopóki jest dobrze, nikt tego nie kontroluje, nic się z tym nie dzieje - przyznaje Kosikowski.

Lawina rusza dopiero, kiedy ucierpi pacjent albo znajdzie się ktoś z personelu, kto będzie próbował z tym walczyć. - Najczęściej odpowiedzialność ponosi jednak lekarz, a nie ten, kto organizuje pracę na oddziałach - zaznacza rzecznik NIL.

- Sygnały o tym, że lekarze mają dyżurować na dwóch lub nawet trzech oddziałach jednocześnie trafiają do nas notorycznie. - Znamy naprawdę absurdalne przypadki, kiedy np. rezydenci i specjaliści urologii byli zmuszani do dyżurów na ortopedii. To są patologiczne sytuacje i myślenie na zasadzie "umie trzymać skalpel, to sobie poradzi". Chodzi po prostu o oszczędności na dyżurnych - dodaje.

Zaznacza, że środowisko lekarskie od dawna zgłaszało ten problem do Ministerstwa Zdrowia, ale bezskutecznie. - Próbowaliśmy jakoś to uregulować wiele lat temu, kiedy jeszcze nie byłem w izbie lekarskiej, tylko w związkach zawodowych. Za każdym razem napotykaliśmy na opór, te sytuacje zawsze tłumaczono brakami kadrowymi - przyznaje.

Ryzyko i odpowiedzialność

O tym, że w razie błędu odpowiedzialność najczęściej spada na lekarza, mówi też dr Fiałek. – Potem nikogo nie interesuje, że "dyrekcja kazała", "tak było zawsze" albo "wszyscy tak robią". Sąd pyta lekarza wprost: dlaczego był pan na innym oddziale, skoro został pan wpisany na dyżur tutaj? I to lekarz zostaje z odpowiedzialnością zawodową, cywilną, a czasem karną. To lekarz ryzykuje prawo wykonywania zawodu za cudze błędy organizacyjne – zwraca uwagę lekarz.

– W Polsce mamy absurdalną sytuację: zbyt często nie chronimy sygnalistów, tylko tych, którzy odpowiadają za nieprawidłowości. Realne konsekwencje dla osób organizujących pracę w taki sposób są fikcją. Gdyby dyrektorzy szpitali ponosili realną odpowiedzialność – także finansową – za takie praktyki, to jestem przekonany, że nagle dałoby się lepiej zorganizować pracę oddziałów – ocenia.

Lekarz przyznaje, że sam doświadczył podobnych nacisków. – To była sprawa jeszcze z 2017 r., gdy odbywałem rezydenturę w Bydgoszczy. Ówczesny dyrektor wydał zarządzenie dotyczące dyżurowania, które w mojej ocenie uniemożliwiało bezpieczną i jakościową opiekę nad pacjentami - wspomina.

Interweniował jako przewodniczący związku zawodowego lekarzy w tym szpitalu, zgłaszając sprawę do Państwowej Inspekcji Pracy, izby lekarskiej i prokuratury.

– Sam nigdy nie zgodziłem się na taki dyżur. Pisałem notatki, że odmawiam, bo mam kilkunastu pacjentów na swoim macierzystym oddziale reumatologii i nie mogę w tym samym czasie odpowiadać za pacjentów gdzie indziej. Każdemu lekarzowi radzę: jeśli ktoś próbuje was w taki sposób ustawiać, zostawiajcie ślad na piśmie. Dla własnego bezpieczeństwa. W razie tragedii trzeba mieć jakąkolwiek podstawę do obrony – dodaje.

Jak mówi, interwencje przyniosły skutek, ale miały też konsekwencje zawodowe. – Dyrektor został później odwołany, ale mnie po zakończeniu rezydentury nie przedłużono umowy. Tylko że wolałem taki "wilczy bilet" niż ryzyko utraty prawa wykonywania zawodu albo życia z poczuciem, że zgodziłem się na organizację pracy, która mogła doprowadzić do tragedii – zaznacza Fiałek.

Dwa dyżury, jedno wynagrodzenie

Czy podwójne dyżury to także podwójne wynagrodzenie? - W przypadku łączenia dyżuru na konkretnym oddziale ze szpitalnym oddziałem ratunkowym, lekarz jest wpisany tylko w grafiku na macierzystym oddziale, bo na SOR jest wzywany rzekomo tylko na "konsultacje". W przypadku łączenia dyżurów na innych oddziałach jest wpisany w każdym, ale wynagrodzenie dostaje w ramach umowy o pracę tylko za jeden dyżur - wyjaśnia Jakub Kosikowski.

- Zdarza się, że lekarze kontraktowi mają płacone za każdy oddział oddzielnie, ale zazwyczaj mają po prostu stawkę za godzinę niezależnie od liczby oddziałów. To jedna z częstszych przyczyn telefonów lekarzy do samorządu z prośbą o interwencję za wrzucanie na dyżur na kilka oddziałów naraz - przyznaje rzecznik NIL.

Zdaniem Fiałka system wymusza na lekarzach milczenie. – Mało kto się buntuje, bo lekarze chcą skończyć rezydenturę, spokojnie pracować, nie mieć problemów z dyrekcją. Czasem ktoś dostanie za takie "konsultacje" dodatkowe pieniądze, ale często wygląda to tak, że lekarz wykonuje faktycznie dwa dyżury, a wynagrodzenie dostaje za jeden. To jest patologiczne i trzeba to nazwać wprost – podkreśla lekarz.

Choć wielu lekarzy godzi się na takie warunki w obawie przed utratą pracy, jest też druga strona medalu. - Część wykorzystuje tę sytuację, bo na dobrej umowie można więcej zarobić - przyznaje Kosikowski.

Lekarze zauważają, że problem podwójnych dyżurów jest częścią szerszego kryzysu SOR-ów. – Warunki pracy na przeciążonych SOR-ach są dramatyczne. W wielu miejscach nawet ponad 70 proc. pacjentów nie powinno się tam w ogóle znaleźć, bo nie wymagają pomocy w ramach medycyny ratunkowej. Ale trafiają na SOR, bo system nie daje im szybkiej pomocy gdzie indziej - zwraca uwagę Fiałek.

- Dlatego lekarze nie chcą tam pracować. Nie chcą brać odpowiedzialności za chaos, którego sami nie stworzyli - podsumowuje lekarz.

Katarzyna Prus, dziennikarka Wirtualnej Polski

Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.

Wybrane dla Ciebie