Mateusz Różański, dziennikarz WP abcZdrowie: Mówi się o tym, że w Polsce zmagamy się z kryzysem zdrowia psychicznego, a dostęp do pomocy jest reglamentowany naszym portfelem – ci, którzy najbardziej jej potrzebują, nie mają do niej dostępu. Czy tak rzeczywiście jest?
Dr Zuzanna Molenda: Jeśli chodzi o kwestie systemowe – czyli koszty, terminy i dostępność – nie jest najlepiej. Ta pomoc faktycznie może nie być dostępna równomiernie. Natomiast wiemy też, że bariery w korzystaniu z profesjonalnej pomocy to nie tylko kwestie systemowe, ale również wewnętrzne czy społeczne, związane z normami i oczekiwaniami. Jest to więc dużo bardziej złożona kwestia niż sama dostępność pomocy psychologicznej.
WIDEODr Anna Bazydło-Pyrka: Wszyscy zaczęliśmy żyć w reklamie
Być może jestem w jakiejś bańce, ale mam wrażenie, że dookoła wszyscy już mówią o potrzebie korzystania z pomocy psychologów czy psychoterapeutów. Albo chodzą na terapię, albo odwiedzają psychologa, a od czasu do czasu też psychiatrę – o ile ich na to stać.
To poczucie może wynikać z tego, że w mediach społecznościowych pojawia się mnóstwo profili, z których można się wiele dowiedzieć. Jednak to nie wystarczy i nie wszędzie tak to wygląda. W naszych badaniach ogromnie ważną barierą okazała się na przykład norma niezależności – silna potrzeba samodzielnego radzenia sobie ze wszystkimi problemami i podziw dla osób, które dają sobie radę same. Dla wielu osób pójście na wizytę jest wciąż traktowane jako rodzaj porażki.
Z drugiej strony istnieją bariery społeczne ze strony otoczenia, takie jak obawa przed oceną, co ludzie powiedzą i jak to zostanie odebrane. W niektórych środowiskach te obawy mogą być mniejsze lub maskowane, ale patrząc na skalę całej Polski – uwzględniając osoby z różnych miast, w różnym wieku i o różnym wykształceniu – te bariery nadal wyraźnie występują.
Boję się jednak narracji, że problemem są wyłącznie bariery mentalne Polaków, a pomoc psychologiczna po prostu na nich gdzieś czeka.
Nie chciałabym, żeby brzmiało to tak, jakby wina leżała tylko po naszej stronie, a system działał bez zarzutu. System jak najbardziej ma swoje problemy. Chciałam jedynie zwrócić uwagę, że nawet gdyby został naprawiony – co jest mało prawdopodobne w stopniu optymalnym – wciąż pozostałyby bariery wewnętrzne, społeczne czy związane z brakiem wiedzy, które również wymagają zaadresowania. Ale ma pan rację: musimy mieć pewne zasoby i wiedzę, by w ogóle wiedzieć, jak po tę pomoc sięgnąć.
Dostęp do psychoterapii czy psychiatry w publicznym systemie ochrony zdrowia jest utrudniony, chociażby z powodu długiego czasu oczekiwania. Warto jednak mówić o tym, że nie należy rezygnować po pierwszej próbie, bo istnieją też inne ścieżki. Należą do nich na przykład Ośrodki Interwencji Kryzysowej, gdzie pomoc dla osób w kryzysie psychicznym lub życiowym można uzyskać natychmiast. Mamy też telefony zaufania – pracują tam wykwalifikowane osoby z dostępem do baz danych, które mogą pokazać, gdzie dalej zadzwonić czy pójść.
Najtrudniejsze jest to, że po jednej nieudanej próbie w przychodni i informacji o wielomiesięcznym oczekiwaniu często rezygnujemy. A oprócz wymienionych miejsc istnieją też fundacje i organizacje pozarządowe. Warto to podkreślać, pamiętając jednak przy tym z żalem, że osoba w głębokim kryzysie zazwyczaj po prostu nie ma siły na takie poszukiwania.
No właśnie. I o tym chciałbym porozmawiać. Mam wrażenie, że psychologia dołączyła do branży glamour. Influencerki opowiadają o toksycznych relacjach, "red flagach" i narcyzmie. Jednocześnie ci, którzy najbardziej potrzebują wsparcia, nadal są od niego odcięci.
Poruszył pan dwa bardzo ważne wątki. Pierwszy to pop-psychologia dostępna w mediach społecznościowych, gdzie język terapeutyczny trafił do potocznego użycia – każde trudne doświadczenie nazywane jest traumą, a każda nieprzyjemna relacja toksyczną. Używanie tego języka nie oznacza jednak, że naprawdę wiemy, co te pojęcia znaczą, ani że korzystamy z profesjonalnej pomocy. Zatapianie się w takich treściach bywa próbą radzenia sobie, ale zazwyczaj niewystarczającą. Rzetelna psychoedukacja, prowadzona przez wykwalifikowane osoby, jest niezwykle ważną formą wsparcia, ale nie wszystko w mediach społecznościowych jest warte uwagi i nie powinno zastępować realnej pomocy.
Druga kwestia to ogromna grupa osób, która nadal ma utrudniony dostęp zarówno do wiedzy psychologicznej, jak i do samego wsparcia – z przyczyn zarówno systemowych, jak i wewnętrznych. W ramach naszego projektu "Psychologia dla społeczeństwa" zwracamy uwagę, że bariery te są zróżnicowane. Kluczowe jest budowanie rzetelnej wiedzy i informowanie ludzi o różnych ścieżkach pomocy – np. o fundacjach oferujących bezpłatne konsultacje – zamiast opierania się na instagramowej pop-psychologii.
Jestem skrajnym pesymistą i sądzę, że influencerka z milionowymi zasięgami i pięknym domem, która przeczytała książkę innej influencerki, zawsze wygra zasięgowo z fundacją, której nie stać nawet na pół etatu dla marketingowca. Mówimy o dwóch zupełnie różnych światach.
Nie jestem pewna, bo influencerki docierają do określonej grupy odbiorców i niekoniecznie są to osoby, o które martwimy się w tej rozmowie najbardziej – czyli te w najtrudniejszej sytuacji. Mówiłam wcześniej o telefonach zaufania, które bywają promowane w całej Polsce, również w telewizji. One naprawdę działają. Wiele organizacji pozarządowych podejmuje też współpracę ze znanymi osobami, aby promować profesjonalną pomoc. Oczywiście to może być za mało, a fundacje często działają głównie w dużych miastach.
Czyli wracamy do punktu wyjścia.
Częściowo tak, ale jeśli chodzi o sam system – na który głównie narzekamy – ani pan, ani ja nie jesteśmy w stanie bezpośrednio go zmienić. Możemy jednak informować o różnych ścieżkach, którymi warto próbować dotrzeć do pomocy.
Proszę mi wyjaśnić jeszcze jeden paradoks. Psychologia stała się niezwykle popularnym kierunkiem, a absolwentów przybywa. Z drugiej strony dostęp do pomocy psychologicznej nadal jest niski. Gdzie znikają ci wszyscy ludzie po psychologii?
Psychologia jest na tyle szeroką dziedziną, że nie każdy absolwent musi zajmować się udzielaniem pomocy psychologicznej – ja sama się tym nie zajmuję. Ponadto same studia zazwyczaj nie wystarczają do pracy w szeroko rozumianej pomocy psychologicznej, w tym w publicznym systemie. Potrzebne są dodatkowe szkolenia, studia podyplomowe czy certyfikacje, a w przypadku psychoterapii – kilkuletnie szkolenie. O ile studia wyższe na publicznej uczelni są bezpłatne, o tyle szkoły psychoterapii są wyłącznie prywatne i kosztują kilkadziesiąt tysięcy złotych.
A potem ten wydatek musi się zwrócić. Zgaduję, że łatwiej go odzyskać, obsługując wielkomiejską klasę kreatywną, niż pracując ze seniorami w dawnej miejscowości popegeerowskiej.
Niekoniecznie. Rynek w dużych miastach bywa mocno nasycony. Ponadto, gdy myślimy o pomocy, zbyt często sprowadzamy wszystko do długoterminowej psychoterapii. Tymczasem pierwszym krokiem może być konsultacja psychologiczna, do której dostęp bywa szybszy i która pomaga wyznaczyć dalszą ścieżkę.
Przepsychologizowanie przestrzeni publicznej może wywoływać wrażenie, że tematyka zdrowia psychicznego czy depresji to świat zarezerwowany dla pięknych, młodych i bogatych, a nie dla matki czy babci z małej miejscowości. Kiedyś mówiło się: "Depresję to może mieć hrabina, ty się weź za robotę".
Słusznie pan na to zwraca uwagę. W naszych badaniach pojawiał się wątek poczucia, że pomoc psychologiczna jest dla znanych osób z internetu, a nie dla "zwykłych" ludzi. Dlatego w projekcie staramy się pokazywać, że wsparcie jest dla każdego – szczególnie wtedy, gdy jesteśmy przeciążeni, co ma wpływ na nasze codzienne funkcjonowanie. Tak jak każdy może złamać nogę czy zachorować na serce, tak każdy może doświadczyć trudności psychicznych.
Na koniec – co realnie można by zmienić w tym systemie? Wiem, że nie ma tu prostej odpowiedzi, ale proszę o najbardziej optymalną wizję.
Stosunkowo niskim kosztem można przede wszystkim pokazać ludziom, gdzie i jak szukać pomocy oraz jakie są możliwe ścieżki, gdy pierwsza próba się nie powiedzie. Drugą kwestią jest oczywiście zwiększenie dostępności specjalistów: psychologów, psychoterapeutów i psychiatrów. To jednak wymaga kompleksowych zmian systemowych. Jako że nie jestem decydentką, trudno mi wskazać jedno rozwiązanie, zwłaszcza że problem długich kolejek dotyczy całego publicznego systemu ochrony zdrowia.
Pierwszym krokiem powinno być chyba to, abyśmy zaczęli myśleć o zdrowiu psychicznym jako o czymś niezbędnym do codziennego funkcjonowania i pracy, a nie o luksusie z wyidealizowanego świata.
Podstawą jest szerzenie świadomości i nauka rozpoznawania własnych stanów emocjonalnych. Objawy trudności psychicznych są mniej oczywiste niż dolegliwości fizyczne – smutek czy zamartwianie się mogą ciągnąć się latami, zanim ktoś zdecyduje się poprosić o pomoc. Zwracanie uwagi na to, że są to realne problemy, którymi warto i trzeba się zaopiekować, jest absolutnie fundamentalne.
Dr Zuzanna Molenda to badaczka w Instytucie Psychologii Polskiej Akademii Nauk, kierowniczka grantu PRELUDIUM NCN. Specjalizuje się w badaniu, jak indywidualne charakterystyki – w tym radzenie sobie ze stresem i emocjami – wpływają na postrzeganie świata społeczno-politycznego, w szczególności na identyfikację grupową i wiarę w teorie spiskowe. Prowadzi zarówno badania podstawowe, jak i stosowane, łącząc psychologię społeczną z praktycznymi zastosowaniami, które pomagają lepiej zrozumieć zjawiska społeczne i polityczne
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.