Włodzimierz Witwicki jest specjalistą ortopedii i traumatologii. Pracuje w szpitalu w Busku-Zdroju. Oprócz tego jest wolontariuszem Fundacji "W międzyczasie" i co roku, od początku pełnoskalowej wojny, na około trzy tygodnie wyjeżdża do Ukrainy, by udzielać pomocy osobom poszkodowanym w wyniku działań wojennych. Przy okazji szkolenia "Trauma Days" w Lublinie udało nam się porozmawiać o pracy w kraju ogarniętym wojną.
Magdalena Pietras, Wirtualna Polska: Pracuje pan na linii frontu?
Lek. Włodzimierz Witwicki: Pracuję w punkcie stabilizacyjnym. To pierwsze miejsce, do którego trafia poszkodowany żołnierz po ewakuacji z pola walki i w którym otrzymuje fachową pomoc medyczną.
Wcześniej, jeszcze w okopach pierwszej pomocy udzielają mu medycy pola walki albo odpowiednio przeszkoleni żołnierze. W punkcie stabilizacyjnym rozpoczyna się natomiast pomoc lekarska: chirurgiczna, ortopedyczna i anestezjologiczna.
Jak wygląda dzień pracy w takim punkcie stabilizacyjnym?
Nie dzień, a noc. Pracujemy przede wszystkim od zmierzchu do świtu. Dyżur najczęściej zaczyna się około godz. 22 i trwa do godz. 6 rano. Nocą natężenie działania dronów jest mniejsze, dlatego łatwiej ewakuować rannych. W ciągu dnia nad linią frontu znajduje się znacznie więcej dronów FPV. Patrolują teren i mogą atakować nie tylko rannych, ale również ludzi próbujących udzielić im pomocy. Jeżeli żołnierz nie jest w stanie samodzielnie chodzić, na przykład z powodu ciężkiego urazu kończyny, do jego wyniesienia potrzeba nawet czterech osób. Wtedy jednocześnie narażonych jest pięciu ludzi.
Dronów wyposażonych w termowizję jest mniej, ponieważ są droższe. Dlatego nocą zespoły ewakuacyjne mają większą szansę dotrzeć do rannego i bezpiecznie zabrać go z pola walki. Dzień zamienia się z nocą.
Ilu rannych przyjmujecie podczas jednego dyżuru?
Zależy to od sytuacji na danym odcinku frontu. Podczas typowej nocy trafia do nas od 20 do 40 poszkodowanych. Kiedy prowadzone są intensywne działania, na przykład szturm lub próba odbicia zajętego terenu, liczba rannych może wzrosnąć nawet do 80 w ciągu jednej nocy. Mówimy przy tym o odcinku liczącym około 20 kilometrów. Cała linia frontu ma około 1500 kilometrów. Można więc sobie wyobrazić, jaka jest skala obrażeń i ilu ludzi wymaga pomocy.
Ile wobec tego osób pomaga rannym? Jak duży zespół pracuje w punkcie stabilizacyjnym?
To zależy od miejsca i liczby współpracujących ze sobą brygad. Grupa Polska to zazwyczaj dwie, trzy osoby. Wraz z zespołem ukraińskim pracuje tam łącznie kilkanaście osób. Są to między innymi lekarze, chirurdzy, anestezjolodzy, pielęgniarki i ratownicy oraz inni wolontariusze.
Czy każdy może się do was zgłosić?
Nie. Dostęp do takiego miejsca jest ściśle kontrolowany. Punkt musi pozostać ukryty, dlatego nie może tam przyjechać każdy. Strona ukraińska sprawdza i weryfikuje osoby, które mają zostać dopuszczone do pracy. Tak naprawdę w niewielu takich miejscach pracują obcokrajowcy, ponieważ potrzebne jest pełne zaufanie ze strony ukraińskiej. Nasza fundacja jest znana i pewna.
Jakie zabiegi wykonuje pan najczęściej?
Najczęściej zajmuję się stabilizacją złamań kończyn, m.in. poprzez zakładanie stabilizatorów zewnętrznych. W miarę możliwości usuwamy chore tkanki, które po tak długim czasie zdążyły już ulec martwicy. Jednak naszym najważniejszym zadaniem jest ustabilizowanie stanu poszkodowanego na tyle, aby mógł bezpiecznie dotrzeć do kolejnego szpitala w głąb kraju, gdzie odbywa się dalsze leczenie.
Przyznam, że po chaosie organizacyjnym, jaki panował na początku 2022 r., Ukraińcy bardzo dobrze zorganizowali system transportu rannych. Pacjent, który opuszcza nasz punkt, może w ciągu doby trafić do szpitala w Kijowie czy Lwowie. Dzięki temu placówki bliżej frontu nie są przeciążane.
Przy tak trudnych przypadkach, tak wielu pacjentach, jakie sytuacje najbardziej zapadły panu w pamięć?
Zawsze najbardziej poruszają mnie przypadki, gdy ranny żołnierz trafia do nas po wielu dniach spędzonych w okopach. Szczególnie trudne są te sytuacje latem, kiedy panują bardzo wysokie temperatury. W zanieczyszczonych ranach muchy składają jaja, a później pojawiają się larwy i potrafią wychodzić spod opatrunku.
Za każdym razem próbuję sobie wyobrazić, co musi czuć człowiek, który wie, że jego rana jest w takim stanie, ale nie może się wydostać i musi nadal czekać w okopie na możliwość ewakuacji.
Czym różnią się punkty, o jakich pan opowiada, od szpitali wykorzystywanych podczas wcześniejszych operacji NATO?
Podczas wcześniejszych konfliktów, w których uczestniczyły wojska NATO, ranni byli często transportowani śmigłowcami do dobrze wyposażonych szpitali polowych. Były to miasteczka namiotowe położone na powierzchni i chronione przez wojsko. W Ukrainie taki obiekt zostałby bardzo szybko wykryty i zniszczony. Dlatego punkty stabilizacyjne muszą być ukrywane, najczęściej w lesie, pod ziemią lub w odpowiednio zabezpieczonych budynkach. Nie mogą być widoczne z powietrza.
Jednocześnie poziom wyposażenia jest obecnie dość wysoki. Możemy wykonać podstawowe badania krwi, ocenić najważniejsze parametry życiowe, przeprowadzić badanie USG czy zrobić zdjęcie rentgenowskie. Możemy sprawdzić, czy pacjent ma odmę, gdzie znajdują się odłamki i czy doszło do uszkodzenia jamy brzusznej wymagającego pilnej operacji.
Staramy się zrobić jak najwięcej na miejscu, ponieważ przewiezienie pacjenta do szpitala oddalonego nawet o 20-30 kilometrów może zająć pięć lub sześć godzin. Drogi i zespoły ewakuacyjne są obserwowane, dlatego transport może wyruszyć dopiero wtedy, gdy warunki są względnie bezpieczne.
Czuje się pan tam bezpiecznie?
Paradoksalnie w punkcie stabilizacyjnym, który znajduje się pod ziemią, czuję się bezpieczniej niż w miejscowościach oddalonych o 20 czy 30 kilometrów od frontu. Nawet jeżeli coś wybucha w pobliżu, pod ziemią fala uderzeniowa jest mniej odczuwalna. Znacznie trudniej jest podczas odpoczynku albo pobytu w miejscowości przyfrontowej, gdzie co chwilę coś przylatuje, słychać wybuchy i pracę obrony przeciwlotniczej. Wtedy zagrożenie odczuwa się znacznie mocniej. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak żyją cywile, którzy od lat mieszkają w takich warunkach.
Jak wygląda powrót do Polski po kilku tygodniach pracy w strefie przyfrontowej?
Po odprawie przez stronę ukraińską zaczyna się odprawa przez funkcjonariuszy służby granicznej oraz celno-skarbowej. Przebywając w Ukrainie w strefie przyfrontowej, zawsze posiadamy środki ochrony osobistej, takie jak kamizelka taktyczna, hełm, pas taktyczny z wkładami balistycznymi. Funkcjonariusze, dowiedziawszy się kim jesteśmy i skąd wracamy, biorą nas na kontrolę szczegółową, a samochód na tak zwany kanał. Jesteśmy tam sprawdzani za pomocą ręcznych wykrywaczy metalu, obwąchiwani przez psy przeszkolone do wykrywania zabronionych substancji i przedmiotów. Każda torba oraz rzecz w samochodzie jest dokładnie sprawdzana. Na zapytanie czemu tak się dzieje, słyszymy wymijające odpowiedzi: "bo posiadacie wojskowe rzeczy".
Na nic zdają się tłumaczenia, iż są to środki ochrony osobistej zakupione w polskich sklepach. Dobra ochrona balistyczna zapewnia względną ochronę przed niebezpieczeństwem, jakie czai się w niebie i na ziemi. Takie traktowanie jest przykre, gdyż zdarzało się naszej fundacji prowadzić nieodpłatnie szkolenia z TCCC (Tactical Combat Casualty Care) dla wyżej wymienionych służb. Ale jak widać nie działa to w obie strony. Od miejsca, gdzie pracujemy na ukraińskim froncie do granicy z Polską jest ok. 1400 km i dodatkowe 2- 3 godziny spędzone na kontroli szczegółowej działają bardzo deprymująco.
Nie pracuje pan jednak w pojedynkę, ale w ramach misji fundacji "W międzyczasie". Od jak dawna działacie w Ukrainie?
Fundacja działa nieprzerwanie od 2022 r. Zespoły pracują rotacyjnie, zwykle przez miesiąc, a następnie są zastępowane przez kolejne osoby. Prezes fundacji Damian Duda jeździ do Ukrainy od 2014 r., czyli od początku konfliktu. Dodam, że wszyscy pracujemy tam jako wolontariusze. Nie otrzymujemy wynagrodzenia ani od polskich władz, ani od strony ukraińskiej, ani od fundacji. Każdy z nas przeznacza na ten wyjazd własny urlop.
Dlaczego zdecydowaliście się na to?
Łączy nas chęć niesienia pomocy. Chcemy, aby jak najwięcej rannych żołnierzy udało się uratować i aby mogli dalej bronić swojego kraju. Mamy nadzieję, że dzięki temu rosyjska agresja zostanie zatrzymana tam i nie dotrze dalej.
Drugim ważnym aspektem jest zdobywanie doświadczenia w medycynie pola walki. W Polsce na szczęście nie mieliśmy możliwości poznania takich realiów. Tymczasem wojna w Ukrainie znacząco różni się od działań prowadzonych wcześniej między innymi w Iraku czy Afganistanie. Zmienił się sposób ewakuacji, czas oczekiwania na pomoc i rodzaj zagrożeń.
Wcześniej często mówiło się o tak zwanej złotej godzinie, czyli czasie, w którym ranny powinien otrzymać specjalistyczną pomoc. Tutaj złota godzina już nie działa. Poszkodowany najczęściej trafia do nas po dwóch, trzech dobach od urazu, do tego czeka w okopie lub innym ukryciu, zanim pojawi się możliwość bezpiecznej ewakuacji.
Fundacja prowadzi również szkolenia dla polskich medyków i żołnierzy. Czy Polska jest przygotowana na sprawne udzielanie pomocy podczas współczesnej wojny?
Medycy i żołnierze chcą się uczyć. Problem polega na tym, że nadal nie wszyscy mają świadomość, jak bardzo zmieniła się medycyna pola walki. To jest zupełnie inna wojna niż konflikty, do których przygotowywano się wcześniej. Tymczasem nadal spotykamy się z oporem ze strony wojskowych struktur. Zmiana procedur oznacza odejście od schematów, których oficerowie i dowódcy uczyli się przez lata. Nawet doświadczenia z Iraku czy Afganistanu nie oddają obecnych realiów. Są jednostki, które chętnie zapraszają nas na szkolenia, które prowadzimy zresztą nieodpłatnie, ale są miejsca, w których napotykamy mur i nie jesteśmy w stanie dotrzeć z tą wiedzą.
Chciałbym nadmienić, iż w lipcu członkowie fundacji pracują na różnych kierunkach oraz odcinkach frontu. W dwóch różnych punktach stabilizacji oraz jako zabezpieczenie medyczne pododdziałów frontowych. To daje możliwość poszerzenia naszej wiedzy na temat skutecznego zaopatrzenia medycznego poszkodowanych żołnierzy oraz cywili. Dodam, że w tym roku ze mną pracował doktor Jakub Szczerba ze szpitala w Oświęcimiu. Jestem mu za to bardzo wdzięczny. Zgrany zespół daje więcej możliwości.
Czy doświadczenia zdobyte w Ukrainie przydają się podczas codziennej pracy w Polsce?
Na szczęście pracuję w szpitalu powiatowym, w którym nie spotykam się z tak ciężkimi obrażeniami wojennymi. To zupełnie inne realia. Natomiast, gdyby jakieś działania zaczęły się w Polsce, to myślę, że będę stał na pierwszej linii i pomagał w szpitalach.
Planuje pan kolejne wyjazdy?
Tak. Jeżdżę zazwyczaj raz w roku na ok. 3 tygodnie. Pełna rotacja fundacji trwa miesiąc, ale ja nie zawsze mogę zostać tak długo. Kiedy wyjeżdżałem w ubiegłym roku, liczyłem, że w kolejnym nie będę już musiał wracać, bo wojna się zakończy. Minął jednak następny rok i ponownie wyjechałem. Jak długo będę tam potrzebny, tak długo będę jeździł.
Dziękuję za rozmowę.
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.