Problemy z tarczycą, choruje nawet co piąty Polak. System woli ciąć niż leczyć

- Jeżeli lekarz usuwa tarczycę, system płaci. Jeżeli lekarz sprawi, że operacja staje się zbędna, system praktycznie tego nie zauważa - mówi w rozmowie z WP abcZdrowie endokrynolog dr n. med. Jacek Belowski.

Zdaniem lekarzy pewnych zabiegów dokonuje się niepotrzebnieZdaniem lekarzy pewnych zabiegów dokonuje się niepotrzebnie
Źródło zdjęć: © Getty | Universal Images Group
Mateusz Różański

Nawet 20-22 proc. Polaków może zmagać się z chorobami tarczycy - niedoczynnością, autoimmunologicznym zapaleniem gruczołu tarczowego czy nadczynnością narządu. Według różnych szacunków w naszym kraju rocznie wykonuje się ok. 30 tys. zabiegów w obrębie tego narządu, z czego ok. 60 proc. dotyczy usunięcia wola guzkowatego, a mniej więcej co piąty wykonywany jest z przyczyn onkologicznych. Jednak, jak zwracają uwagę endokrynolodzy, nie każda z tych operacji jest najlepszym rozwiązaniem dla pacjenta.

Metody małoinwazyjne

"Tradycyjna operacja wymaga zaangażowania zespołu chirurgów i anestezjologa, rezerwacji sali operacyjnej, kilkudniowej hospitalizacji, szerokiej diagnostyki, a na koniec często oznacza ryzyko powikłań oraz konieczność dożywotniej substytucji hormonalnej i kolejnych wizyt kontrolnych. Zabieg małoinwazyjny - wykonywany w trybie ambulatoryjnym - kosztuje ułamek tej kwoty, przynosi nieporównywalnie mniejsze ryzyko i pozwala pacjentowi natychmiast wrócić do codziennego życia" - napisał na Facebooku dr Jacek Belowski.


WIDEO
Lekarz zarobił 1,6 mln w rok. "Teraz wiemy czemu szpitale są zadłużone"


Endokrynolog zauważa, że wciąż zbyt często podejmuje się decyzję o usunięciu całego lub części tego gruczołu.

Tymczasem istnieją metody małoinwazyjne. - Możemy część tych zmian zakwalifikować do małoinwazyjnych procedur, takich jak termoablacja zmian guzkowych tarczycy czy ablacja chemiczna, czyli działanie wysoką temperaturą, ultradźwiękami albo alkoholem etylowym - tłumaczy w rozmowie z WP abcZdrowie endokrynolog dr n. med. Szymon Suwała.

- Wtedy tarczycy się nie usuwa, tylko poprzez wprowadzenie właśnie tych czynników - fizycznych bądź chemicznych - staramy się zredukować masę guzka i tym samym zmniejszyć objawy - podkreśla lekarz.

Dr Suwała zaznacza, że endokrynolodzy dążą do tego, by operacje usunięcia całej bądź fragmentu tarczycy były stosowane tylko wtedy, gdy istnieje pełne uzasadnienie medyczne. Choćby dlatego, że pacjent pozbawiony tego narządu do końca życia musi przyjmować leki, a sam zabieg wiąże się z ryzykiem powikłań okołozabiegowych - takich jak niedoczynność przytarczyc czy uszkodzenie nerwu krtaniowego wstecznego.

Koszt dla systemu i problem dla pacjenta

- Niestety, część lekarzy - niekoniecznie endokrynologów - widząc tego rodzaju zmiany w obrębie tarczycy, zamiast kierować pacjentów na konsultację z weryfikacją, od razu odsyła ich na zabieg wycięcia gruczołu - mówi dr Szymon Suwała i przyznaje, że trafiają do niego pacjenci, którym niepotrzebnie usunięto tarczycę.

- To są zazwyczaj pacjenci, którzy byli kierowani z powodu zmian quasiobjawowych - czyli sugerowano, że to, co pacjent odczuwa, może być związane z guzkiem tarczycy. Tymczasem, jeżeli pacjent może nie mieć usuwanej tarczycy, po co narażać go na konsekwencje wynikające z konieczności stałego przyjmowania leków oraz na potencjalne (szczęśliwie nieczęsto występujące, ale jednak realne) powikłania? - dodaje lekarz.

System szpitalocentryczny

- To pewnie nie jest jedyny przykład w polskim systemie opieki zdrowotnej, który udowadnia, że budując mechanizmy alokacji środków finansowych ze składek zdrowotnych, zapomnieliśmy chyba o tym, co jest zasadniczym celem - komentuje sytuację prof. Małgorzata Gałązka-Sobotka, rektor Uczelni Łazarskiego i była wiceprzewodnicząca Rady Narodowego Funduszu Zdrowia.

Jej zdaniem NFZ ugrzązł w przestarzałym podejściu, w którym pacjent schodzi na dalszy plan, a najważniejsze stają się wyceny i licznik procedur.

- Mamy system zorientowany absolutnie na chorobę - mówimy wręcz o modelu chorobocentrycznym, szpitalnocentrycznym i lekarskocentrycznym, a nie pacjentocentrycznym czy zdrowotnocentrycznym. W tym wszystkim parametr efektu zdrowotnego gdzieś nam po prostu ginie - tłumaczy ekonomistka.

- Zamiast promować rozwiązania, po które od dawna sięga medycyna XXI wieku, publiczny płatnik ignoruje bardzo często twarde dane i dowody międzynarodowe. Ignoruje to, że pacjenta można wyleczyć sprawniej, mniejszym nakładem środków i bez niepotrzebnego cierpienia - zauważa prof. Gałązka-Sobotka.

Z jej obserwacji wynika, że tryby systemu opieki zdrowotnej, poprzez sposób tworzenia świadczeń i alokowania pieniędzy, doprowadziły lekarzy i pacjentów do sytuacji, w której zamiast skuteczności wybiera się najlepiej wycenione procedury - w tym tak radykalne, jak usunięcie tarczycy.

- Polski system ochrony zdrowia opiera się na tzw. koszyku świadczeń gwarantowanych. Opisane w nim procedury bardzo często nie nadążają za aktualną wiedzą medyczną - podkreśla ekonomistka. - Ewaluacja i elastyczność koszyka świadczeń gwarantowanych są dosyć ograniczone. Zatem nawet jeśli pojawiają się nowe rozwiązania - dużo efektywniejsze, sprawniejsze, a często również tańsze - to zanim przejdą drogę do stania się świadczeniem gwarantowanym, mijają całe lata - mówi.

- I co dzieje się w tym czasie z pacjentem? Jeśli nie chce poddawać się inwazyjnej operacji, pozostaje mu tylko jedno wyjście - ucieczka do sektora prywatnego i płacenie z własnej kieszeni za to, co powinno być standardem w ramach ubezpieczenia - komentuje prof. Gałązka-Sobotka.

Nowoczesność średnio się opłaca

Tak jest właśnie m.in. w przypadku operacji tarczycy. Jak zauważa dr Szymon Suwała, metody małoinwazyjne, takie jak echolaser, HIFU czy inne formy ablacji, wciąż nie są łatwo dostępne, gdyż ośrodków wykonujących te zabiegi jest w całej Polsce zaledwie kilka. I choć sytuacja z roku na rok się poprawia, znacznie chętniej sięgają po nie placówki prywatne niż publiczne.

- NFZ nie refinansuje większości procedur małoinwazyjnych. Na przykład część szpitali wykonuje laserową termoablację czy ablację falami radiowymi w ramach NFZ, ale robi to w sposób nieefektywny. Da się rozliczyć w ramach Funduszu np. termoablację czy ablację falami radiowymi, ale mało kto się tego podejmuje, bo średnio się to opłaca i wymaga hospitalizacji pacjenta, co jest zbędne. Przez to lekarze niechętnie kierują pacjentów na takie zabiegi - zauważa dr Jacek Belowski.

Jego zdaniem sam model funkcjonowania NFZ i brak właściwej kontroli nad jakością leczenia, a nie jedynie nad jego "opłacalnością", sprawiają, że polska ochrona zdrowia tkwi w epoce "ostrego cięcia". Lekarz zwraca też uwagę, że w żaden sposób nie są docenieni lekarze, którzy nie kierują pacjentów z mało istotnymi zmianami do zabiegu, za to starają się ich edukować i tłumaczyć, że ich objawy tak naprawdę wynikają na przykład z otyłości.  

- W wielu szpitalach próby wprowadzania zmian są jednak podejmowane. Dyrektorzy - szczególnie w placówkach o dobrej kondycji finansowej - pozwalają zespołom korzystać z nowatorskich metod leczenia. Rozwija się je, buduje ekspertyzę, tworzy publikacje naukowe trafiające do światowej medycyny, by dzielić się tymi doświadczeniami. Niestety, dotyczy to niewielkiej liczby ośrodków, które mają komfort finansowy pozwalający nie maksymalizować wyceny, lecz skupić się na realnych potrzebach pacjenta - podsumowuje gorzko prof. Małgorzata Gałązka-Sobotka.

Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.

Wybrane dla Ciebie