Przygotowanie medyczne na czas wojny. "Jesteśmy na początku drogi"
Polska dopiero buduje system przygotowania medycznego na czas wojny i masowych zdarzeń. Jak podkreśla prof. Robert Gałązkowski, trzeba jasno oddzielić zadania wojskowych i cywilnych medyków, przeszkolić personel szpitali i postawić na edukację zwykłych obywateli. O życiu często decydują nie zaawansowane procedury, lecz pierwsze minuty i najprostsze działania.
Podstawą jest bezpieczeństwo ratownika
Polski system przygotowania medycznego na czas wojny wciąż jest na wczesnym etapie, choć po rosyjskiej inwazji na Ukrainę nikt nie ma już wątpliwości, że zagrożeń nie wolno traktować jak odległej teorii. Prof. Robert Gałązkowski, ekspert w dziedzinie medycyny ratunkowej i medycyny katastrof, przez 16 lat dyrektor Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, obecnie kierownik Zakładu Ratownictwa Medycznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, zwraca uwagę, że jednym z kluczowych kroków było uporządkowanie zasad szkolenia medyków.
Jak wyjaśnia, na poziomie międzynarodowym wyraźnie rozdzielono ścieżki dla wojska i dla personelu cywilnego. Medycyna pola walki w klasycznym rozumieniu jest przeznaczona dla żołnierzy. Cywile mają być przygotowywani do działania w warunkach nadzwyczajnych, ale poza bezpośrednią linią frontu.
– Doktryna nie przewiduje kierowania cywilnych medyków na linię frontu. Ich zadaniem jest działanie w warunkach nadzwyczajnych, ale poza bezpośrednim polem walki – podkreśla prof. Gałązkowski.
To rozróżnienie nie jest wyłącznie formalnością. Cywilny ratownik, pielęgniarka czy lekarz nie funkcjonują w strukturze bojowej, nie mają osłony taktycznej ani uzbrojenia. Ich rolą jest zabezpieczenie ludności cywilnej, utrzymanie działania ochrony zdrowia i przyjmowanie rannych po ewakuacji ze strefy bezpośredniego zagrożenia.
Ekspert zaznacza, że wraz z takim podejściem zmienia się też filozofia działania. W czasie pokoju priorytetem jest jak najszybsze dotarcie do pacjenta. W sytuacji taktycznej najpierw trzeba ocenić bezpieczeństwo miejsca zdarzenia. – Martwy ratownik nie uratuje nikogo – mówi wprost prof. Gałązkowski.
Jako dramatyczny przykład wskazuje doświadczenia z Ukrainy, gdzie po pierwszym ataku na obiekt cywilny dochodziło do kolejnych uderzeń wymierzonych już w ratowników i służby. W takich warunkach kluczowe staje się działanie według podziału na strefy: gorącą, ciepłą i zimną. Dopiero w tej ostatniej możliwe jest pełniejsze leczenie.
W praktyce medycyna taktyczna nie opiera się na skomplikowanych, wysokospecjalistycznych procedurach, ale na absolutnych podstawach. Chodzi o szybkie tamowanie krwotoków, udrażnianie dróg oddechowych, ocenę oddychania, wsparcie krążenia i ochronę przed wychłodzeniem. To właśnie te działania decydują, czy poszkodowany przeżyje do momentu ewakuacji.
– Jeśli nie zatrzymamy krwotoku w ciągu pierwszych minut – pacjent umrze. Jeśli nie zabezpieczymy drożności dróg oddechowych – również – zaznacza ekspert. Jak dodaje, jest to "medycyna pierwszych minut – pozbawiona spektakularności, ale niezwykle skuteczna".
Brakuje kadry
Zdaniem prof. Gałązkowskiego Polska nie ma dziś jeszcze wystarczającej liczby kadr przygotowanych do takiego działania. Potrzebne jest równoczesne wzmacnianie medycyny wojskowej, systemu cywilnego i odporności całego państwa. Sama reaktywacja Wojskowej Akademii Medycznej nie wystarczy. Konieczny jest model hybrydowy: solidne wykształcenie kliniczne na uczelniach medycznych i uzupełnianie go o komponent wojskowy w strukturach armii.
Coraz ważniejsze staje się też wprowadzanie elementów medycyny taktycznej do programów studiów medycznych. Jak wskazuje rozmówca PAP, prace w tym kierunku już trwają, ale równie istotne jest budowanie kadry instruktorskiej. Dziś w Polsce są już ośrodki z instruktorami posiadającymi międzynarodową akredytację, jednak wciąż jest ich za mało. Ta wiedza – jak zaznacza – nie może pozostać elitarna.
Przygotowanie społeczeństwa
Ekspert mocno akcentuje również znaczenie przygotowania społeczeństwa. Jego zdaniem żaden system ratownictwa nie będzie skuteczny, jeśli świadkowie zdarzeń nie podejmą podstawowych działań przed przyjazdem służb.
– To nie lekarz, lecz przypadkowy przechodzień decyduje o tym, czy ktoś przeżyje – mówi. I obala jeden z najczęstszych lęków związanych z udzielaniem pierwszej pomocy: "To brak działania jest najgorszą decyzją".
Dlatego, obok szkoleń dla medyków, potrzebna jest powszechna edukacja obywateli i podstawowe wyposażenie domowych apteczek: opaska uciskowa, opatrunki, bandaż, folia termiczna, nożyczki czy maseczka do resuscytacji. Sam sprzęt jednak nie wystarczy – trzeba jeszcze umieć go użyć.
Prof. Gałązkowski przypomina również o szpitalach, które muszą być gotowe na przyjęcie pacjentów z urazami wojennymi i ofiar masowych zdarzeń. Bez szkoleń z tzw. damage control, szybkiego opanowania najgroźniejszych obrażeń i stabilizacji chorych, cały łańcuch ratunkowy może się załamać.
– Jesteśmy na początku drogi – ocenia ekspert. I dodaje, że prawdziwym sprawdzianem nie będą deklaracje ani zapisy w dokumentach, lecz to, "co ktoś potrafi zrobić w pierwszych minutach".
Źródło: PAP
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.