Uczestniczka show TVN walczy z rakiem. O zbiórce usłyszała cała Polska

Miała być rowerowa wyprawa, która pomoże zebrać pieniądze na leczenie chorej partnerki. Skończyła się pobiciem i sprawą zgłoszoną czeskiej policji. Para znana z programu TVN zdecydowanie nie spodziewała się takiego finału. Paradoksalnie właśnie po napaści na Kubę pomoc dla Marceliny i jej rodziny zaczęła spływać w niespotykanej skali.

Marcelina walczy o powrót do zdrowiaMarcelina walczy o powrót do zdrowia
Źródło zdjęć: © Facebook, Pomagam • Zdjęcie wygenerowane przy pomocy AI
Dominika Najda

Walka z nowotworem w czasie ciąży

Marcelina, którą rok temu widzowie mogli poznać w programie TVN "Zróbmy sobie nowy dom", jest w czwartej ciąży. Razem z Kubą wychowują troje dzieci. W czasie ciąży wykryto u niej raka szyjki macicy w III stadium, a od tamtej chwili życie całej rodziny podporządkowane jest badaniom, leczeniu i próbie bezpiecznego donoszenia ciąży. Obecnie 30-latka przebywa w szpitalu w oczekiwaniu na kolejnego członka rodziny.


WIDEO
Rak szyjki macicy atakuje młode kobiety. Możesz być w grupie ryzyka

– Czuję ogromny spokój. To trochę tak, jakbym wróciła do rodzinnego domu, bo jestem w szpitalu, w którym przez ostatnie miesiące bywałam tak często, że wszyscy już mnie znają – mówi Marcelina w rozmowie z WP abcZdrowie. – Lekarze bardzo mi kibicowali i chyba sami trochę nie dowierzają, że się udało. Wyznaczyłam sobie dwa cele: bezpiecznie donosić ciążę i wygrać z chorobą. Tego drugiego jeszcze nie osiągnęłam, ale pierwszy cel już się udał. Donosiłam ciążę do bezpiecznego momentu, w którym można ją rozwiązać. Dziecka jeszcze nie ma z nami, ale powinno pojawić się w ciągu najbliższego tygodnia – dodaje.

Do rozwiązania ciąży lekarze przygotowują się bardzo dokładnie. Marcelina przechodzi badania, a zespół medyczny musi być gotowy na różne scenariusze, między innymi krwotok czy konieczność przetoczenia krwi. – Jestem dosyć specyficznym przypadkiem i cała ekipa musi być przygotowana na każdą ewentualność. Ale jesteśmy w dobrych rękach, także czuję się spokojnie – podkreśla.

To jednak nie jest koniec walki. Po porodzie Marcelina będzie musiała wrócić do radiochemioterapii. Zdaje sobie sprawę z tego, co ją czeka, bo wcześniejszą chemioterapię znosiła bardzo ciężko. Ostatnie miesiące były jednak nie tylko wyzwaniem dla organizmu. Ogromnym obciążeniem była także świadomość, że choroba pojawiła się w czasie ciąży i zmusiła ją do zmierzenia się z decyzjami, których wcześniej nie potrafiła sobie nawet wyobrazić.

– Bardzo dużo ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, jak mocne jest to obciążenie psychiczne. Nie jestem jedyną kobietą, która mierzy się z podjęciem jednej z trudniejszych decyzji w swoim życiu. Ja też przekonałam się o tym dopiero w momencie, kiedy sama znalazłam się w takiej sytuacji. Bardzo łatwo mówi się o tym z boku, a kiedy dochodzi do czegoś takiego, jest ciężko – mówi. Lekarze musieli poinformować ją o wszystkich dostępnych ścieżkach postępowania, w tym o możliwości przerwania ciąży ze względu na chorobę nowotworową.

Marcelina zdecydowała się walczyć jednocześnie o dziecko i o siebie. Od początku podchodzi do tej walki z ogromną determinacją i stara się nie tracić pozytywnego nastawienia. Sama przyznaje, że jej upór zaskakiwał nawet lekarzy. Ogromne znaczenie ma dla niej również wsparcie Kuby.

– W całej tej sytuacji nie było ani jednego momentu, w którym Kuba próbowałby podważać którąkolwiek z moich decyzji. Po prostu był przy mnie i mnie wspierał. To dawało mi ogromną siłę i pozytywną energię, którą można czerpać z obecności drugiego człowieka – zaznacza.

Zbiórka, o której usłyszała cała Polska

Walka o zdrowie toczyła się równolegle ze zwyczajną codziennością. Trzeba było zadbać o dom, troje dzieci i bieżące wydatki, a choroba Marceliny mocno ograniczyła możliwości zarobkowe rodziny. Kuba łapał dorywcze zlecenia, żeby dokładać do domowego budżetu. Z czasem stało się jasne, że potrzebne będzie dodatkowe wsparcie. Tak powstała zbiórka na leczenie Marceliny.

Po materiale telewizyjnym zgromadzona kwota wzrosła z około 30 tys. zł do kilkudziesięciu tysięcy, ale później wpłaty wyhamowały. Wtedy Kuba postanowił, że sam spróbuje dotrzeć z historią partnerki do większego grona. Chciał zrobić to po swojemu, czyli na rowerze. Wyprawa nie zakończyła się jednak zgodnie z planem. W Ostrawie został napadnięty i pobity.

– Udało mu się nagłośnić zbiórkę, tylko szkoda, że z takim skutkiem. Przecież nie było planu, żeby ktoś go po drodze pobił. Kilka godzin od momentu, kiedy informacja o napaści trafiła do wiadomości publicznej, osiągnęliśmy 300 tys. zł, zaczęłam płakać. Wszystko działo się bardzo szybko. Byłam po całym dniu w ogromnym stresie, ale jednocześnie czułam szczęście i ulgę, że Kuba już wraca do domu. On początkowo w ogóle nie chciał wracać, mówił, że pojedzie dalej i nie chce przerywać wyprawy – wspomina Marcelina.

Wraz z ogromnym zainteresowaniem historią pojawiły się jednak również oskarżenia. W sieci niektórzy sugerowali, że pobicie miało być prowokacją służącą wypromowaniu zbiórki. – Jest mi przykro z tego powodu, że niektórzy tak myślą, bo żaden człowiek znajdujący się w takiej sytuacji jak ja i Kuba nie myśli o tym, żeby prowokować w taki sposób i wyciągnąć z tego jakąś korzyść. Szczególnie kiedy stawiamy na szali życie i zdrowie – podkreśla 30-latka.

Marcelina przyznaje, że cała sytuacja wciąż budzi w niej skrajne emocje. Zupełnie nie spodziewała się takiego odzewu. – Z jednej strony mnie to przerasta, a z drugiej strony mam poczucie, że spotkało nas dużo dobrego po tym wszystkim. Życzyłabym wszystkim ludziom, żeby jednoczyli się częściej, nawet kiedy nie dzieje się komuś krzywda – mówi.

Dla 30-latki również ważne są okoliczności napaści na Kubę. Napastnicy mieli uznać go za Ukraińca z powodu żółto-niebieskich barw, choć były to barwy Górnego Śląska. – Niezależnie od pochodzenia, każdy ma prawo do spokoju i poczucia bezpieczeństwa. Wszyscy dzielimy jedną planetę i w żadnych okolicznościach nie powinniśmy racjonalizować ani usprawiedliwiać przemocy – zaznacza Marcelina.

Plany na przyszłość

Fundusze zebrane dzięki zbiórce dla rodziny przede wszystkim oznaczają bezpieczeństwo. Marcelina może teraz skupić się na porodzie i dalszym leczeniu. Kuba w tym czasie spokojnie może zajmować się dziećmi i pomagać partnerce.

– Teraz mogę zostać w szpitalu i nie muszę się zamartwiać. Ja jestem zabezpieczona, a z drugiej strony moja rodzina też ma spokój. Nie muszę martwić się, że Kuba będzie musiał iść do pracy. Będzie mógł spokojnie zająć się dziećmi, a ja będę mogła skupić się na dochodzeniu do siebie – wyjaśnia.

30-latka nie kryje ogromnej wdzięczności za otrzymaną pomoc. Dziękuje wszystkim, którzy ją wspierali i angażowali się w zbiórkę, zanim jeszcze zrobiło się o niej głośno –rodzinie, przyjaciołom, dwóm uczestniczkom programu "Zróbmy sobie dom", Kai, a przede wszystkim Kubie. – Dziękuję też każdemu darczyńcy i udostępniającemu, który puszczał naszą historię w świat – podkreśla.

Ponieważ zbiórka znacznie przekroczyła pierwotnie zakładany cel, Marcelina zaczęła również myśleć o przyszłości. Przede wszystkim chce zabezpieczyć dzieci na wypadek, gdyby choroba w przyszłości wróciła. – Boję się, że mogę mieć nawrót. Dlatego zastanawiam się nad przeznaczeniem części tych środków na zakup mieszkania, które w razie czego będą miały moje dzieci. Chciałabym, żeby nie musiały martwić się tym, że nie będą miały dachu nad głową – przyznaje.

– Na początek musimy być już w sześciopaku. Potem muszę wrócić do radiochemioterapii i jakoś dać radę. Wiem, że nie będzie łatwo – dzieli się planem na najbliższą przyszłość Marcelina. A kiedy leczenie pozwoli jej wrócić do normalnego życia, marzy o czymś bardzo zwyczajnym: rowerze, dzieciach, psach i rodzinnym wyjeździe.

– Chciałabym bardzo wrócić do jazdy na rowerze, pojechać gdzieś pod namiot z dzieciakami, wziąć psy i odpocząć trochę od zgiełku miasta. Odetchnąć może nie pełną, ale spokojną piersią po tych wszystkich wydarzeniach. Wiem jednak, że jeszcze muszę na to poczekać – dodaje.

Na koniec Marcelina szczególnie mocno apeluje o profilaktykę. Sama, jak podkreśla, badała się regularnie. Rok przed diagnozą wynik cytologii był prawidłowy, choć w chwili rozpoznania guz miał już około 7 cm. Jej lekarz prowadzący przypuszcza, że mogło dojść do pomyłki próbek, choć nie zostało to potwierdzone.

– Badałam się co roku i nic nie wskazywało na to, że jestem chora. Dlatego chciałabym zaapelować zarówno do kobiet, jak i mężczyzn, żeby pamiętali o regularnych badaniach i profilaktyce HPV. Warto się badać i szczepić – podsumowuje Marcelina.

Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.

Wybrane dla Ciebie