Niepokojące objawy po drzemkach
Sarah i Jay Petersonowie z Melbourne zauważyli, że ich dwuletnia córka zachowuje się inaczej niż zwykle. Emily po drzemkach zaczynała drżeć, była osłabiona i apatyczna. Z czasem pojawiły się również wymioty oraz problemy z wykonywaniem podstawowych ruchów.
Rodzice kilkukrotnie zgłaszali się z dzieckiem do lekarzy, jednak mieli słyszeć, że dziewczynce nic nie dolega. Niepokojące symptomy nie ustępowały. Kiedy Emily zaczęła wpadać na ściany, Sarah i Jay zabrali ją do szpitala. Tam wykonano rezonans magnetyczny głowy.
Badanie wykazało ogromny guz mózgu. Zmiana zajmowała tyle miejsca, że przesunęła mózg dziecka na jedną stronę czaszki.
– Neurochirurg wszedł do sali i zburzył cały nasz świat. Nie mogliśmy uwierzyć w to, co słyszymy – wspomina Sarah w rozmowie z australijskim portalem Nine.
Guz był wielkości awokado
Matka dziewczynki początkowo nie była w stanie przyjąć diagnozy. Spodziewała się raczej informacji o łatwym do leczenia problemie, takim jak niedobór witamin.
– O czym on mówi? Czy na pewno chodzi o właściwe dziecko? To pomyłka. On kłamie. Ale dlaczego miałby kłamać? – relacjonuje swoje pierwsze myśli.
Sarah próbowała ustalić, jak duża była zmiana.
– Zapytałam, czy guz jest wielkości szklanej kulki. Był większy. Piłeczki golfowej? Jeszcze większy. Przestałam zgadywać. Później dowiedzieliśmy się, że miał mniej więcej rozmiar awokado – opowiada.
Lekarze poinformowali rodziców, że Emily musi przejść operację już następnego dnia. Bez natychmiastowego zabiegu dziewczynka mogła umrzeć.
– Tej nocy nie spaliśmy. Nie wiedzieliśmy, czy nie jest to ostatni raz, kiedy trzymamy Emily w ramionach i z nią rozmawiamy – mówi jej matka.
Trzy operacje i trudna decyzja
Pierwsza operacja zakończyła się powodzeniem. Dwa tygodnie później przeprowadzono kolejny zabieg, podczas którego usunięto pozostałą część guza. Rodzice stanęli jednak przed następnym dramatycznym wyborem.
Radioterapia mogła zmniejszyć ryzyko nawrotu i rozprzestrzenienia się nowotworu, ale napromienianie rozwijającego się mózgu groziło trwałymi zaburzeniami rozwoju. Badania genetyczne guza wskazywały, że w razie nawrotu zmiana prawdopodobnie pojawi się w tym samym miejscu i nie zacznie od razu dawać przerzutów. Rodzina postanowiła więc odroczyć leczenie.
– To było największe ryzyko w naszym życiu – przyznaje Sarah.
Po sześciu miesiącach nowotwór powrócił. Chirurgom ponownie udało się go całkowicie usunąć. Emily była już starsza, dlatego mogła bezpieczniej rozpocząć niezbędną radioterapię.
Specjalistyczne leczenie za oceanem
Rodzina poleciała do Jacksonville na Florydzie, gdzie dziewczynka otrzymała terapię dostosowaną do jej choroby. Wyjazd był możliwy dzięki wsparciu australijskiego rządu oraz organizacji pomagających dzieciom z chorobami nowotworowymi.
– Nie jest łatwo zostawić swoje dotychczasowe życie i przenieść się na drugi koniec świata z powodu skomplikowanego leczenia. My mogliśmy sobie z tym poradzić, ale dla niektórych rodzin jest to niemożliwe – podkreśla matka.
W lipcu Emily świętowała rok remisji. Nadal regularnie przechodzi badania obrazowe i pozostaje pod kontrolą lekarzy. Na co dzień nic nie wskazuje jednak na dramat, przez który przeszła.
– Gdy ktoś widzi nas na ulicy albo placu zabaw, niczego by się nie domyślił. Jesteśmy po prostu zwyczajną rodziną – mówi Sarah.
Dziś apeluje do innych rodziców, aby nie lekceważyli własnych obserwacji.
– Zaufajcie swojej intuicji. Wielokrotnie mówiono nam, że nic złego się nie dzieje. Mimo to wracaliśmy do lekarzy. To uratowało jej życie – podkreśla.
Źródło: People
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.