Lekarze myśleli, że to menopauza. Rak był już w IV stadium
Clare Din przez ponad rok zmagała się z silnymi krwawieniami. Lekarze początkowo bagatelizowali te objawy i obwiniali za nie menopauzę. Potem okazało się, że kobieta ma raka szyjki macicy w IV stadium.
W maju 2024 roku 49-letnia Angielka, Clare Din, zaczęła obficie krwawić. Przerażona zadzwoniła do przychodni. Podczas rozmowy telefonicznej zalecono jej badanie USG.
Odwołane USG
Kiedy jednak pojawiła się u swojego lekarza pierwszego kontaktu, usłyszała, że badanie jest niepotrzebne. Zamiast tego lekarka zapytała, czy Clare ma objawy menopauzy. Gdy pacjentka to potwierdziła, lekarka kazała odwołać USG. Clare uznała, że w takiej sytuacji trzeba po prostu zaufać specjaliście.
Rak szyjki macicy. Historia Agnieszki
Kobiecie przepisano leki na menopauzę i krwawienie na pewien czas ustało. Nie trwało to jednak długo – problem szybko powrócił. Przez kolejny rok Clare regularnie zmagała się z napadami silnego krwawienia. Remedium miały być coraz większe dawki leków przepisywane przez lekarzy.
Utrata 2,5 litra krwi
Ponieważ jej stan się nie poprawiał, rok po pierwszym napadzie krwawienia została w końcu skierowana na badanie USG. W tamtym momencie sytuacja była już dramatyczna.
- Zrobiono mi badanie USG i kiedy lekarka skończyła, powiedziałam, że chyba krwawię. Oni jednak stwierdzili, że to tylko żel z sondy – wspomina Clare - Wstałam więc, a krew po prostu trysnęła na ściany i podłogę. Zapytali, czy zazwyczaj krwawię tak mocno, a ja odpowiedziałam, że nie.
Krwawienie było tak silne, że kobieta prosto z gabinetu została zabrana na szpitalny oddział ratunkowy.
- Nie mogłam zejść z toalety. Byłam tak słaba i straciłam tyle krwi. Po 20 minutach weszła pielęgniarka i pomogła mi wstać – to wyglądało jak miejsce zbrodni – kontynuuje.
Następną rzeczą, jaką pamięta, było przebudzenie na sali reanimacyjnej, gdzie trafiła po utracie 2,5 litra krwi. Podczas pobytu w szpitalu u Clare wykonano biopsję. Na jej wyniki musiała czekać kilka tygodni.
"Mogą mnie leczyć, ale nie wyleczyć"
W lipcu 2025 roku Clare usłyszała diagnozę: rak szyjki macicy w 4. stadium.
- Poinformowano mnie przez telefon, że muszę iść na badanie PET i że mam raka. Powiedzieli, że mogą mnie leczyć, ale nie mogą mnie wyleczyć, ponieważ to czwarte stadium – opowiada - Uprzedziłam rodzinę, że to stan terminalny. To był koszmarny czas, wszyscy zaczęliśmy się oswajać z tą myślą i przygotowywać na najgorsze - wspomina kobieta.
Rak szyjki macicy jest czwartym na świecie pod względem częstości występowania nowotworem złośliwym u kobiet. Każdego roku z tego powodu umiera ponad 340 tys. kobiet, a w Polsce ta liczba sięga blisko 2 tysięcy.
Po raku nie został nawet ślad
Mimo fatalnych prognoz około siedem tygodni później lekarz prowadzący powiedział Clare, że medycyna mogła się pomylić co do jej szans na przeżycie i że zrobi wszystko, co w jego mocy, aby ją wyleczyć. Kobieta przeszła 12 tygodni intensywnej chemioterapii oraz pięć tygodni radioterapii. Zakończyła leczenie tuż przed Bożym Narodzeniem 2025 roku i obecnie czuje się dobrze.
- Konsultant powiedział, że gdybyśmy nie zaczęli leczenia wtedy, kiedy zaczęliśmy, trafiłabym na tamten świat już kilka miesięcy temu – mówi Clare - Teraz lekarze twierdzą, że nie ma już żadnych śladów nowotworu.
Clare wyznała dziennikarzom, że jest niezwykle wdzięczna lekarzowi, który uratował jej życie. Jednocześnie zachęca innych, by głośno domagali się swoich praw w gabinetach lekarskich, aby uniknąć podobnych przeżyć.
- Jeśli czujesz, że coś jest nie tak z twoim zdrowiem, to prawdopodobnie masz rację. Nie bój się więc nalegać na badania – namawia kobieta.
Źródło: People
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.