"ZdroWIE czy nie wie"
"ZdroWIE czy nie wie" to wspólna inicjatywa platformy TikTok, Cześć Ciało, Fundacji SEXEDPL, WP abcZdrowie i WP Parenting. Kampania ma zwracać uwagę na odpowiedzialne korzystanie z porad zdrowotnych znalezionych w internecie i przypominać, że treści publikowane w sieci mogą być inspiracją, ale nie powinny zastępować badania, diagnozy ani konsultacji ze specjalistą. Do akcji włączyła się również Joanna Gutral, psycholożka i psychoterapeutka, która edukuje o zdrowiu psychicznym przez swoje profile w mediach społecznościowych.
- Myślę, że niezależnie od płci, wykształcenia, statusu ekonomicznego czy miejsca zamieszkania coraz trudniej jest dziś odróżnić informację wiarygodną od tej, która taką nie jest. A jednak ludzie czerpią wiedzę o zdrowiu z sieci - podkreśliła ekspertka, tłumacząc, skąd pomysł na wzięcie udziału w wydarzeniu.
Jak zaznacza, sama na co dzień mierzy się ze skutkami dezinformacji. - Zmagam się z tym zarówno w praktyce klinicznej, jak i dydaktycznej. Co jakiś czas studenci przychodzą do mnie z pytaniami dotyczącymi różnych internetowych rewelacji. Jeśli pyta o coś jedna osoba, to jeszcze pół biedy, ale jeśli z każdej grupy kilka osób zadaje podobne pytanie, często okazuje się, że źródłem jest jakaś popularna treść z TikToka - zaznacza.
Dezinformacja może realnie wpływać na zdrowie
Skutki fałszywych lub uproszczonych treści zdrowotnych nie kończą się na chwilowym zamieszaniu. Psycholożka tłumaczy, że dezinformacja może wpływać na sposób, w jaki człowiek postrzega siebie, swoje związki z bliskimi i problemy, a także na decyzję o tym, czy i kiedy sięgnie po profesjonalną pomoc.
- To wpływa na relacje, sposób budowania tożsamości, przekonania o sobie, świecie i innych ludziach, a także na to, czy ktoś sięgnie po pomoc, jak szybko się na nią zdecyduje i czy będzie to pomoc świadczona metodami o udowodnionej naukowo skuteczności - mówi Joanna Gutral.
Jak dodaje, istnieje duże ryzyko, że osoba będąca pod wpływem dezinformacji zamiast gabinetu specjalisty wybierze kurs, e-book czy konsultację u osoby bez odpowiednich kompetencji.
Samodiagnoza może stać się częścią tożsamości
Stąd już tylko krok do samodiagnozy. To jedno z głównych zagrożeń związanych z konsumowaniem treści psychologicznych w internecie. Użytkownik na podstawie pojedynczych filmów czy list objawów przypisuje sobie zaburzenie czy chorobę psychiczną. - W internecie złożone zjawiska są często sprowadzane do prostych komunikatów: "jeżeli robisz X, to znaczy, że masz Y" albo "to odpowiada za wszystkie twoje problemy". A ludzki umysł bardzo lubi proste wyjaśnienia - mówi Joanna Gutral.
Ekspertka alarmuje, że zdarza się, że odbiorca takich treści może na tyle silnie utożsamiać się z nadaną sobie diagnozą, że nie wyobraża sobie innego scenariusza. Jeśli później profesjonalna diagnostyka jej nie potwierdzi, porzucenie takiego przekonania może być trudne, bo zdążyło już wpłynąć na sposób myślenia o sobie i własnych trudnościach. Dotyczy to m.in. ADHD. - Każdemu z nas zdarza się zgubić klucze, a chodzi o nasilenie i trwałość występowania takich objawów - tłumaczy
Samodiagnoza może też stać się czynnikiem uprawniającym do ograniczenia, a nawet porzucenia odpowiedzialności za swoje zachowanie. Zaburzenie, które sobie przypisujemy, zaczyna być traktowane jako ostateczne wyjaśnienie wszystkich problemów albo usprawiedliwienie dla rezygnacji z pracy nad sobą. - Ktoś mówi: mam niską samoocenę, problemy w relacjach, więc "ja nie mogę" - wskazuje psycholog.
- Jeżeli ktoś pomyśli: "mam ADHD", to co dalej? Czy używa tego jako elementu identyfikacji i tożsamości, czy jako pewnej okoliczności, z którą uczy sobie radzić, czy jako etykiety, która ma go z czegoś zwolnić? - pyta ekspertka.
Popularność dezinformacji
Czemu wobec tego wierzymy? Mechanizm popularności dezinformacji polega na tym, że skomplikowane problemy zostają sprowadzone do łatwego komunikatu.
W mediach społecznościowych dodatkowe znaczenie mają emocje. Treść musi przyciągnąć uwagę w ciągu kilku sekund, dlatego większą szansę na rozpowszechnienie mają materiały wywołujące lęk, złość czy oburzenie. Znaczenie ma także powtarzalność. Zetknięcie się z danym przekazem po raz kolejny sprawia, że zaczyna być postrzegany jako bardziej wiarygodny. - Jeżeli widzimy dziesiąty film, który mówi o tym samym, może nam się wydawać, że ta informacja musi być prawdziwa - zauważa psycholog.
Na pozytywny odbiór może również wpłynąć pozornie naukowa forma przekazu. Autor może posługiwać się tytułem doktora, choć jego wykształcenie nie ma związku z obszarem, jaki popularyzuje, albo zamieścić długą bibliografię, której publikacje w rzeczywistości nie potwierdzają przedstawianych tez.
Jak chronić się przed zdrowotną dezinformacją?
Joanna Gutral zaznacza, że całkowite uodpornienie się na fałszywe informacje jest nierealne. Błędom poznawczym ulegają wszyscy, także osoby dobrze wykształcone. Zamiast próbować nigdy nie dać się oszukać, lepiej wyrobić sobie nawyk zadawania kilku prostych pytań. - Ja zazwyczaj zadaję takie pytania: kto to mówi, skąd to wie, na jakich danych? - radzi psycholog.
Warto więc zajrzeć do informacji o autorze, sprawdzić jego wykształcenie, doświadczenie oraz źródła, na które się powołuje. Samo zainteresowanie określonym tematem czy osobiste doświadczenie nie czynią jeszcze z twórcy autorytetu medycznego.
Co oglądać?
Na których twórców warto wobec tego zwrócić uwagę i poświęcić swój czas, który nie ukrywajmy, jest cenną walutą w sieci? - Postawiłabym przede wszystkim na osoby, które pokazują źródła, skąd biorą swoje twierdzenia, odróżniają dane od opinii i nie udają większej pewności, niż rzeczywiście daje nam nauka - wskazuje Gutral.
W przypadku psychologii warto zwracać uwagę na związki specjalisty z towarzystwami naukowymi, praktykę opartą na dowodach, odpowiednie szkolenie i akredytacje. Jak podkreśla Gutral, liczy się nie liczba certyfikatów zamieszczonych na stronie, lecz ich jakość.
Internet może inspirować, ale nie diagnozować
Ekspertka nie przekreśla roli treści psychoedukacyjnych w sieci. Mogą one pomóc nazwać problem, zainteresować się własnym samopoczuciem i skłonić do szukania wsparcia. - Jeżeli psychoedukacja robi coś dobrego w internecie, to może stanowić źródło inspiracji - mówi.
Kluczowe jest jednak, co wydarzy się później. Obejrzenie filmu o ADHD, depresji czy zaburzeniach lękowych nie wpisuje się w proces diagnostyczny. Jeśli odbiorca rozpoznaje u siebie niepokojące objawy, kolejnym krokiem powinna być konsultacja z osobą posiadającą odpowiednie kwalifikacje, a nie budowanie diagnozy wyłącznie na podstawie kolejnych "rolek".
Jak zauważa psycholog, skuteczna walka z dezinformacją nie może polegać jedynie na dostarczaniu jeszcze większej liczby faktów. - Potrzebujemy budowania zaufania, uczenia krytycznego myślenia i tworzenia przestrzeni, w której możemy powiedzieć "nie wiem" bez poczucia wstydu - podsumowuje.
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.