240 zł za godzinę dla lekarzy? Zarządzający szpitalami komentują
Ministerstwo Zdrowia rozważało wprowadzenie górnego limitu wynagrodzeń na lekarskich kontraktach: 240 zł za godzinę, czyli ok. 36,5 tys. zł miesięcznie w przeliczeniu na etat, a wyjątkowo – do 48 tys. zł. Z propozycji ostatecznie się wycofano, ale dyskusja o "kominach płacowych" wróciła ze zdwojoną siłą. Dyrektorzy szpitali ostrzegają: w jednych miejscach taki "CAP" niczego nie naprawi, w innych może wywołać kadrowe trzęsienie ziemi.
W tym artykule:
Zdanie zarządzających szpitalami
Ministerstwo planowało, by limit obowiązywał w placówkach finansowanych z pieniędzy NFZ. Stawka 240 zł za godzinę miała zamknąć część najwyższych kontraktów, które szczególnie na dyżurach i w deficytowych specjalizacjach potrafią windować koszty. Gdy resort wycofał się z pomysłu, tłumacząc, że był to postulat strony społecznej, pozostało pytanie: czy w publicznej ochronie zdrowia da się w ogóle uregulować rynek, na którym braki kadrowe są realną walutą?
Wśród zarządzających szpitalami nie ma jednej odpowiedzi. Marta Nowacka, prezeska Zarządu Szpitala Miejskiego w Siemianowicach Śląskich i prezeska Związku Szpitali Powiatowych Województwa Śląskiego, przyznaje w rozmowie z "Rynkiem Zdrowia", że jest zwolenniczką porządkowania wynagrodzeń, ale wolałaby rozwiązanie oparte o udział kosztów osobowych w przychodach z NFZ. W jej ocenie proponowany "CAP" na poziomie 36-48 tys. zł jest dla części placówek po prostu zbyt wysoki. Innymi słowy: nie wszędzie problemem są rekordowe stawki, a samo ustawienie sufitu nie wyrówna różnic między szpitalami o różnym profilu i możliwościach.
Z kolei Edward Piechulek, dyrektor szpitala w Oświęcimiu, zwraca uwagę na szerszy kontekst: najlepiej opłacani specjaliści często wypracowują dla placówki realne przychody, więc ocena kontraktów tylko przez pryzmat kosztu bywa myląca. Podkreśla też potrzebę jednolitych, systemowych zasad, które obowiązywałyby wszędzie, a nie wyłącznie w części publicznej.
Sprawdziliśmy warszawskie SOR-y
"Obie strony na tym korzystają"
Marek Tombarkiewicz, dyrektor Szpitala Specjalistycznego Ducha Świętego w Sandomierzu, zauważa, że naprawdę wysokie kontrakty dotyczą kilku wąskich specjalizacji realizujących wysokospecjalistyczne świadczenia. To właśnie na nich szpitale potrafią zarabiać, a zysk pomaga łatać dziury w innych obszarach, chociażby w ginekologii i położnictwie. Jak mówi, "obie strony na tym korzystają", dlatego wprowadzenie limitów może odbić się nie tylko na płacach, ale też na dostępie pacjentów, jeśli lekarze ograniczą liczbę świadczeń. Jednocześnie Tombarkiewicz deklaruje sprzeciw wobec "medycyny walizkowej", czyli pracy na wielu kontraktach i w wielu miejscach naraz, która destabilizuje grafiki i ciągłość opieki.
Anna Gil, dyrektorka Szpitala im. św. Łukasza w Końskich, wskazuje, że sam powrót do rozmowy o limitach był przełomem w wieloletnim sporze o "kominy płacowe". Widzi w tym szansę na poprawę stabilności finansowej szpitali publicznych, ale stawia warunek: muszą temu towarzyszyć równoległe zmiany, przede wszystkim podniesienie i urealnienie wycen świadczeń, większa elastyczność dla specjalizacji deficytowych oraz ograniczenie części formalnych wymogów. Bez tego system może tylko na chwilę "odetchnąć", ryzykując spadek dostępności i dłuższe kolejki.
Czy 240 zł za godzinę odpowiada rynkowi? Gil ocenia, że "częściowo tak": stawka jest wyższa niż mediana kontraktów (ok. 24,6 tys. zł miesięcznie), ale niższa niż realia w deficytowych dziedzinach i na dyżurach, gdzie kontrakty potrafią sięgać 100-300 tys. zł miesięcznie. W wielu poradniach i oddziałach taki pułap może zostać przyjęty, jednak w SOR, anestezjologii, radiologii czy intensywnej terapii może okazać się zbyt niski, by utrzymać kadrę.
Marta Słupska, dziennikarka Wirtualnej Polski
Źródło: rynekzdrowia.pl
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.