Karolina Kowalska, WP abcZdrowie: Zarzuty chirurga Emila Jędrzejewskiego wobec lekarza-radnego Dawida Kacprzyka wstrząsnęły opinią publiczną. Usłyszeliśmy, że na skutek zaniedbań na SOR w Szpitalu Południowym umierali ludzie. Czy to afera na miarę warszawskich "łowców skór"?
Joanna Budzowska, radczyni prawna: Porównanie do sprawy "łowców skór" to według mnie daleko idące nadużycie. Informacje przekazane przez sygnalistę są, oczywiście, niepokojące, a każdy sygnał dotyczący błędów medycznych, które są zatajane czy wręcz tuszowane przez fałszowanie dokumentacji powinien być wyjaśniony, jednak w tej sprawie nie ma żadnych konkretów.
To mnie trochę martwi, ponieważ jeżeli założymy, że przez SOR Szpitala Południowego przewija się do 100 pacjentów dziennie, a wiemy, że powinny tam trafiać osoby w stanie nagłego zagrożenia życia i zdrowia, to ryzyko powikłań, które mogły się rozwinąć później, jest z założenia wysokie, więc poszukiwanie historii chorób tych pacjentów, o których mówi sygnalista, wydaje się być jak poszukiwanie igły w stogu siana.
Jak więc wyjaśnić tę sprawę?
W pierwszej kolejności te informacje powinna w drodze czynności wyjaśniających zweryfikować prokuratura: przesłuchać inne osoby z listy personelu medycznego, które mogły mieć wiedzę na temat wydarzeń na SOR. Potem powinna zostać wytypowana lista spraw, które winny znaleźć głębsze wyjaśnienie w toku postępowania przygotowawczego, bo – bądźmy realistami – nie jest możliwe, żeby prokuratura zweryfikowała każdą dokumentację i każdy przypadek pacjenta SOR, nawet jeśli mówimy o przypadkach śmiertelnych, bo tych w skali roku mogły być dziesiątki.
A w każdej sprawie, jeśli by to miały być regularne czynności śledztwa, musiałby być na w miarę wstępnym etapie przeprowadzony dowód z opinii biegłego. To wszystko trwa. Jeżeli mówimy, że z powodu błędów lekarskich ginęli ludzie, to na początek trzeba te alarmujące stwierdzenia wstępnie zweryfikować.
W jaki sposób, skoro to tak żmudne i niemal niewykonalne?
Dużą rolę do odegrania ma Rzecznik Praw Pacjenta. Zgodnie z ustawą o jakości w ochronie zdrowia i przepisami dotyczącymi funkcjonowania Funduszu Kompensacyjnego Zdarzeń Medycznych, rzecznik analizuje wszystkie informacje, które do niego wpływają i ma dane nie tylko statystyczne, ale i dotyczące konkretnych zdarzeń medycznych w konkretnym szpitalu. Interesujące mogłoby być, ile wniosków do Funduszu czy skarg do RPP dotyczyło funkcjonowania SOR-u w Szpitalu Południowym.
Dla mnie to, co mówią lekarze czy personel medyczny, to jedno, ale papierkiem lakmusowym jest liczba skarg pacjentów złożonych do RPP i wniosków do Funduszu. Można też się przyjrzeć, czy wnioski pacjentów wpływały do dyrekcji szpitala. Liczba skarg pacjentów złożonych na funkcjonowanie SOR-u jest informacją publiczną.
Prokuratura nie jest w stanie przeanalizować wszystkich skarg pacjentów, ale jeżeli chcemy skrócić ścieżkę wyjaśnienia, można sprawdzić skargi dotyczące przebiegu leczenia pacjentów w okresie, w którym jednocześnie w szpitalu byli zatrudnieni i sygnalista, i koordynator SOR. Należy przy tym oddzielić dwie kwestie – odpowiedzialność organizacyjną szpitala i jego władz, związaną z tolerowaniem naruszeń prawa, i indywidualną odpowiedzialność karną i cywilną koordynatora SOR.
Czym naruszenie prawa różni się od indywidualnej odpowiedzialności?
Naruszeniem prawa będzie np. nieobecność lekarza w szpitalu, podczas gdy formalnie miał być na dyżurze. To jest narażenie życia i zdrowia pacjentów poprzez osłabienie kadry szpitala w danym momencie. Mniej rąk do pracy to zwykle opóźniona reakcja na potrzebę pomocy pacjentowi. Podobnie naruszeniem prawa są wszystkie kwestie finansowe, a więc to, czy obecność lekarza w szpitalu była fikcyjna czy realna, a także to, czy miał on kompetencje do sprawowania powierzonej mu funkcji i czy w tym zakresie nadzór szpitala był odpowiedni. Są to rzeczy do relatywnie prostego wyjaśnienia i wyciągnięcia konsekwencji wobec winnych takiej sytuacji.
Natomiast osobną historią jest odpowiedzialność indywidualna lekarza jako koordynatora SOR-u i medyka – czy miał prawo samodzielnie wykonywać pewne procedury, czy miał odpowiednie doświadczenie i wiedzę, czy też miał obowiązek wykonywać je pod nadzorem specjalisty, a tego nie robił, czy na skutek jego działań czy zaniechań doszło do narażenia życia i zdrowia pacjenta, czy jest związek przyczynowo-skutkowy między jego ewentualną niewiedzą lub niekompetencją i zachowaniem niezgodnym z prawem i aktualną wiedzą medyczną a szkodą na zdrowiu pacjentów.
Bo żeby udowodnić mu jako lekarzowi odpowiedzialność karną lub cywilną za niekompetencję, musimy udowodnić szkodę na zdrowiu każdego pojedynczego pacjenta. I tu widzę trudność. To dokładnie taka sama sytuacja, jak w każdej sprawie, którą prowadzę – czy to karnej, czy cywilnej – dotyczącej błędu lekarskiego.
A więc jeśli rodzina pacjenta albo pacjent chcieliby mieć wobec Dawida Kacprzyka roszczenia odszkodowawcze, to muszą poczekać, aż prokuratura udowodni mu winę?
Jeżeli pacjent czy jego rodzina chce dochodzić roszczeń albo skierować sprawę do prokuratury, to musi przedstawić choćby podstawowe argumenty i spróbować udowodnić tę odpowiedzialność, czyli spróbować udowodnić – nawet odwołując się do przykładu podanego przez sygnalistę – że np. członek jego rodziny został przyjęty na SOR o godz. 17, po triażu został zakwalifikowany jako przypadek pilny, a nikt przez pięć godzin się nim nie zajął i dodatkowo nie był monitorowany, bo znaleziono go martwego po pięciu godzinach. To uprawdopodabniałoby jakieś zaniedbanie.
Uprawdopodabnia – to jeszcze nie znaczy udowadnia. Teraz trzeba prześledzić całą dokumentację medyczną, zobaczyć, jakie było obciążenie pracowników SOR w tamtym czasie, czy wszyscy byli na dyżurze, czy była odpowiednia liczba personelu, żeby zająć się pacjentami, czy rzeczywiście pacjent nie był zaniedbany. To wymaga prześledzenia dokumentacji medycznej nie tylko tego pacjenta, ale dokumentacji np. obsady dyżurowej, wykazu godzinowego wykonywanych różnych czynności, wpisanych obserwacji pielęgniarek i lekarzy itd. Jest tego naprawdę bardzo dużo.
Pacjenci w takiej sytuacji składają wniosek do Funduszu Kompensacyjnego Zdarzeń Medycznych i wówczas dowody gromadzi RPP. Mogą też złożyć zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa i wtedy prokuratura prowadzi postępowanie pod kątem ewentualnego postawienia zarzutów konkretnej osobie. Wreszcie pacjenci mogą się domagać odszkodowania na ogólnych zasadach, udowadniając przesłanki odpowiedzialności cywilnej, i wtedy odpowiada szpital.
W tym przypadku mówimy już o tzw. winie anonimowej, najczęściej organizacyjnej, czyli ze strony pacjenta jest łatwiej, bo wystarczy pokazać chaos organizacyjny czy nieprawidłowe funkcjonowanie SOR i nie musimy wykazywać winy konkretnego członka personelu. Wówczas jednak jednocześnie tracimy z pola widzenia odpowiedzialność indywidualnej osoby, lekarza, którego błąd schodzi na dalszy plan.
To nie jest takie proste, jak wszyscy przedstawiają, szczególnie od strony dowodowej. Ja jestem zawsze po stronie pacjentów, ale to, że – jak usłyszeliśmy w telewizji Zero – zachowanie lekarza nie tylko w Szpitalu Południowym miało się cechować niekompetencją i ułańską fantazją, nie pozwala jeszcze na postawienie mu zarzutów, że ktoś zmarł na skutek takiego zachowania. To trzeba jeszcze mu udowodnić.
W serwisie "X" napisała pani, że jeśli w Szpitalu Południowym – jak stwierdził sygnalista – istnieje monitoring audio i wideo, to jest to sprawa dla Urzędu Ochrony Danych Osobowych.
Monitoring w szpitalu jest dopuszczalny, a nawet zalecany. Ma on służyć bezpieczeństwu pacjentów oraz personelu medycznego. Może także stanowić bardzo skuteczny środek dowodowy. Jeśli jednak chodzi o monitoring audio, to zainstalowanie go stanowi absolutny wyjątek. Jeżeli kamery w Szpitalu Południowym jednocześnie rejestrowały dźwięk tam, gdzie nie jest to dozwolone, to stanowi to naruszenie przepisów o ochronie danych osobowych.
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.