Kolejne porodówki zamknięte. Pacjentki "będą drżały, czy zdążą dojechać do szpitala"
Kolejne oddziały ginekologiczno-położnicze przestały działać. Tym razem los ten spotkał porodówki w Lesku i Leżajsku. Ministerstwo Zdrowia zapowiadało, że w razie nagłej potrzeby porody będą zabezpieczane na izbach przyjęć lub SOR-ach, a ciężarne dostaną transport do najbliższej porodówki przez całą dobę. Szpitale słyszą o tym głównie w deklaracjach, bo brakuje rozporządzeń i pieniędzy.
Zamknięte porodówki
W Polsce z roku na rok ubywa oddziałów położniczo-ginekologicznych. Przyczyną są nie tylko coraz niższe wskaźniki urodzeń, ale też duże straty finansowe, jakie ponoszą szpitale utrzymujące porodówki. Z danych NFZ wynika, że w 2010 r. istniało 407 porodówek, na których odbył się co najmniej jeden poród, w 2023 r. już 333, a w 2024 – tylko 328. Od 2024 r. do końca lipca 2025 r. zamknięto co najmniej 19 oddziałów położniczo-ginekologicznych (najwięcej na Śląsku, w Małopolsce, na Warmii i Mazurach oraz w województwie kujawsko-pomorskim).
31 grudnia 2025 r. był ostatnim dniem pracy porodówek w Lesku i Leżajsku oraz powiązanych z nimi oddziałów neonatologicznych. Podkarpacki Oddział NFZ przypomina, że to kolejny etap zmian: w krótkim czasie zamknięto oddziały w Przeworsku i Nisku, a wcześniej także w Ustrzykach Dolnych i Sanoku. Powód zwykle jest ten sam: mniej urodzeń i coraz większe straty.
W Leżajsku statystyka miała być argumentem przesądzającym. Zastępca dyrektora ds. medycznych SPZOZ Bogusław Piersiak mówi o ok. 250 porodach rocznie, a połowę stanowiły cięcia cesarskie. "Jeden poród naturalny na trzy dni to za mało, by utrzymywać oddział w gotowości" – podkreśla. A gotowość to nie tylko sala i sprzęt, ale też dyżury: przed likwidacją pracowało tam siedmiu lekarzy i dwanaście położnych. Po zmianach lekarze przeszli do poradni, a położne rozdzielono między inne oddziały i SOR.
Sprawdziliśmy warszawskie SOR-y
Lesko to osobna historia, bo porodówka była jedyną w tej części województwa. Dla wielu mieszkanek Bieszczad dojazd do najbliższego szpitala oznacza nawet 100 km, a zimą dochodzą warunki drogowe. Przez lata trwała walka o utrzymanie oddziału, jednak mimo obietnic – w tym deklaracji minister Izabeli Leszczyny z 1 lipca 2025 r. – oddział nie wrócił do pracy.
Sale narodzin
W zamian pojawiła się koncepcja "sal narodzin" przy SOR-ach i izbach przyjęć. Pod koniec października 2025 r. do konsultacji trafił projekt rozporządzenia, który zakładał dyżury położnych i organizację transportu medycznego w szpitalach oddalonych o ponad 25 km od najbliższego oddziału położniczego.
Plan był prosty: dyżurująca na SOR-ze położna ocenia, czy poród można bezpiecznie odebrać na miejscu, czy trzeba przewieźć pacjentkę. Prezes NFZ Filip Nowak podkreślał, że porody na SOR-ze miałyby dotyczyć wyłącznie sytuacji awaryjnych. Plan miał też obejmować całodobowy transport medyczny, ale dyrektorzy pytają, kto będzie zlecał wyjazdy i jak je rozliczać.
Tyle że wraz z początkiem 2026 r. przepisy nie weszły w życie. Bez nich mnożą się pytania: kto zapłaci za dodatkowe dyżury, jaki ma być standard zabezpieczenia i kto sfinansuje transport.
"Nie wiemy nic. Nie ma rozporządzenia ani zasad finansowania. Sami zdecydowaliśmy o całodobowych dyżurach położnych na SOR-ze. Minimalna obsada – pięć położnych – to koszt miliona złotych" – mówi dyrektor Piersiak.
Niejasne jest też, czy placówki będą musiały kupować karetki typu "N" i z jakich środków.
Problem rodzących
Zamykanie porodówek dotyczy różnych placówek w różnych województwach, m.in. podkarpackiego, łódzkiego, wielkopolskiego czy podlaskiego. Wśród nich jest m.in. SPZOZ w Bielsku Podlaskim. Tamtejszy oddział ginekologiczno-położniczy, jak tłumaczy dyrektor szpitala Piotr Selwesiuk, generował ogromne straty – rocznie było to około 4 mln zł, co przy ograniczonych budżetach i rosnących kosztach utrzymania szpitala okazało się nie do udźwignięcia.
Największy ciężar zmian spada jednak na kobiety w ciąży. Zamknięta porodówka nie jest dla nich liczbą w sprawozdaniu, tylko ryzykiem, że skurcze zaczną się w złym miejscu i o złej porze.
– Będą drżały, czy zdążą dojechać do szpitala. Czy nie urodzą w karetce? Albo będą wynajmować mieszkania w Rzeszowie czy Przemyślu na miesiąc przed porodem, żeby mieć pewność, że zdążą – mówi jedna z położnych.
Podkarpacie staje się więc poligonem dla rozwiązania, które ma ratować bezpieczeństwo, a na razie opiera się na improwizacji. Dopóki nie pojawią się konkretne przepisy i finansowanie, "sale narodzin" pozostaną hasłem. A ciężarne dalej będą pytać: gdzie naprawdę będą rodzić?
Marta Słupska, dziennikarka Wirtualnej Polski
Źródło: "Gazeta Wyborcza"
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.