Trwa ładowanie...

Młodzi i zniechęceni. O sytuacji młodych lekarzy w Polsce

Z pensji lekarza nie da się utrzymać. O założeniu rodziny można tylko pomarzyć. Są młodzi, sfrustrowani i zniechęceni. - Gdybyśmy pracowali tylko na jednym etacie, wszystko runęłoby jak domek z kart. Pracowników medycznych po prostu brakuje – mówi Joanna Matecka, lekarz stażysta.

Zobacz film: "Tłumaczą medycynę zwykłym Polakom. Przyszli lekarze podbijają internet"

Agnieszka Gotówka, WP abcZdrowie: Ludzkie życie wycenione zostało na 14 zł/h. Tyle zarabia rezydent w czasie procesu specjalizacyjnego, który trwa 6 lat.

Joanna Matecka, lekarz stażysta, wiceprzewodnicząca Porozumienia Rezydentów OZZL: Kwota naszych pensji jest regulowana ustawą, więc nie powinnam nikogo zaskoczyć, mówiąc, że tuż po zakończeniu studiów zarabiamy 2007 zł brutto. Od tej kwoty należy odjąć 10 zł, które co miesiąc przekazujemy na rzecz Okręgowej Izby Lekarskiej. Netto otrzymujemy więc nieco powyżej 1400 zł. Taka kwota zasila nasze konto przez 13 miesięcy od chwili zakończenia trwających 6 lat studiów. Po tym stażu przystępujemy do Lekarskiego Egzaminu Końcowego, którego pozytywny wynik daje nam możliwość pełnego prawa wykonywania zawodu. Od tego momentu możemy leczyć pacjentów również poza terenem jednostki medycznej, w której odbywało się staż, oraz ubiegać się o rezydenturę (miejsce specjalizacyjne z danej dziedziny medycyny).

Rozumiem, że od tego momentu jest już tylko lepiej.

Niekoniecznie. Na początku rezydentury otrzymujemy "na rękę" 2275 zł (3170 zł brutto). Ta stawka może być minimalnie wyższa, jeśli rezydentura dotyczy specjalizacji deficytowej. I tu możemy już, mówiąc kolokwialnie, "dorobić". Bierzemy więc dodatkowe dyżury, możemy pracować w POZ, nocnej i świątecznej opiece zdrowotnej lub w transporcie medycznym.

Przeczytaj również:

Wydaje się więc, że pod koniec miesiąca uzbiera się wysoka suma. Wie pani, że niektórym trudno zaakceptować wasze roszczenia?

Zdaję sobie z tego sprawę, ale tak naprawdę te osoby nie mają pojęcia, jak rzeczywiście wygląda nasza praca i jakimi obciążeniami jesteśmy obarczeni. Teoretycznie studia medyczne w Polsce są bezpłatne. Ale po ich zakończeniu każdy, kto chce być dobrym lekarzem i z pełną odpowiedzialnością zdecydował się wykonywać ten zawód, musi kontynuować kształcenie. Na własny koszt, oczywiście. Przykład? Kurs USG kosztuje 3 tys. zł., EKG – niewiele mniej. By je ukończyć, często idziemy na urlop wypoczynkowy, bo na ten cel nie przewidziano urlopu szkoleniowego.

Do tego dochodzi również konieczność zakupu książek. Cena za jednej egzemplarz to nawet kilkaset złotych. W innych krajach europejskich młodych lekarzy ten problem nie dotyczy. Tam kursy są finansowane przez szpital, w którym zatrudniony jest dany lekarz. Zwraca się również koszty zakupu podręczników.

W swoich wypowiedziach często odwołujecie się do europejskich realiów...

Podawane przez nas liczby pozwalają pokazać panującą w tym zakresie przepaść. Nasi koledzy za zachodnią granicą na rezydenturze zarabiają netto 2300-2400 euro. Trudno się dziwić, że wielu moich znajomych rozważa możliwość wyjazdu. Sama chodzę na kurs języka niemieckiego. Chcę zdobyć certyfikat, który pozwoli mi praktykować u naszych sąsiadów. Może mi się przydać, bo marzę o specjalizacji z anestezjologii, a w Polsce w województwie mazowieckim na wiosnę było tylko jedno miejsce na rezydenturze z tej dziedziny. W zeszłym roku było ich 25.

Może anestezjologów mamy w Polsce za dużo?

Wręcz przeciwnie! U nas brakuje lekarzy niemal każdej specjalizacji. Mamy również deficyt pielęgniarek. W warszawskim szpitalu powiatowym, w którym pracuję, nie ma instrumentariuszek. A bez nich nie mogą odbywać się operacje. Za kilka lat polski pacjent zostanie pozostawiony sam sobie.

Już dzisiaj na 1000 mieszkańców przypada 2,2 lekarzy. Z takim wynikiem jesteśmy na ostatnim miejscu wśród krajów Unii Europejskiej. A będzie jeszcze gorzej, bo blisko połowa lekarzy w Polsce ma ponad 50 lat, prawie drugie tyle rozważa emigrację. Wielu naszych starszych kolegów namawia nas do wyjazdu. Zachęca do uczenia się języków obcych. Oni funkcjonują w tym systemie dużej niż my. Są sfrustrowani, przemęczeni

Trudno się dziwić, że nie mają ochoty nieustannie się uśmiechać do pacjentów.

A kto by miał po kilkunastu godzinach pracy? Skupiamy się, by nie popełnić błędu, bo stawką jest życie. To oczywiście nie tłumaczy braku empatii, ale trzeba też spojrzeć na tę drugą stronę. Pracuję od października i patrząc na moich kolegów, jestem przerażona. Każdy z nich po pracy w szpitalu jedzie np. do przychodni. Wraca do domu ok. 21.00, wstaje o świcie, żeby zdążyć na dyżur. I tak codziennie. Taki system pracy odbija się na pacjencie, ale gdybyśmy pracowali tylko na jednym etacie, wszystko runęłoby jak domek z kart, ponieważ nie ma kto obstawić dyżurów. Pracowników medycznych po prostu brakuje.

Przeczytaj również:

Są w Polsce zatem lekarze z powołania?

Mam wrażenie, zresztą podobnie jak moi koledzy, że hasłem "powołanie" wyciera się dzisiaj wszystko. To gra na emocjach. My naprawdę kochamy swoją pracę. Cieszy nas uśmiech pacjenta, który wraca do zdrowia. Ale trudno jest nam pracować w tym systemie. Wielu osobom wydaje się, że my walczymy jedynie o podwyżki. Nic bardziej mylnego.

To o co walczycie?

Chcemy godnie, adekwatnie do wiedzy i odpowiedzialności zarabiać. Chcemy ograniczenia biurokracji. Praca nad systemem elektronicznym trwa od wielu lat. Efekt? Zamiast rozmawiać z pacjentem, po raz setny przepisujemy jego PESEL i numerujemy strony do historii choroby. Żądamy również zmniejszenia kolejek i zwiększenia dostępności procedur. Bardzo nas frustruje sytuacja, w której nie możemy pomóc pacjentowi tylko dlatego, że skończyły się pieniądze. Walczymy też o przestrzeganie prawa pracy, co łączy się ze zwiększeniem wynagrodzenia.

Prawa pracy lekarzy nie są respektowane?

Oficjalnie są, ale wiele przepisów udaje się obejść. Lekarze są namawiani do podpisywania klauzuli opt-out. Zakłada ona, że lekarz może pracować więcej niż 48 godzin tygodniowo, o ile wyrazi swoją zgodę na piśmie. Gdy ją wprowadzano w 2004 roku, zapewniano, że jest to rozwiązanie tymczasowe. Jeszcze do niedawna podpisywało ją 99 proc. lekarzy. Dzisiaj wielu z nich decyduje się ją wypowiedzieć. Szpitale są zmuszone zamykać oddziały, bo nie ma kto w nich leczyć. Ale przepracowani lekarze i pielęgniarki to zagrożenie dla pacjentów.

Joanna Matecka
Joanna Matecka (Archiwum prywatne )

Wywiad z młodym lekarzem, Tomaszem Rynkiewiczem, odbił się szerokim echem w środowisku medycznym. Publicznie przyznał on, że po dyżurach nalewa wino w jednym z krakowskich lokali i zarabia więcej niż w szpitalu. Tak wyglądają początki pracy zawodowej młodych lekarzy?

Wielu z nas godzi pracę lekarza stażysty i lekarza rezydenta z pracą w restauracjach, marketach, barach. Moje koleżanki opiekują się dziećmi, inne udzielają korepetycji, jeszcze inne przedłużają rzęsy. Kolega schodzi z dyżuru i idzie do klubu, w którym pracuje jako ochroniarz. Z lekarskiej pensji trudno się utrzymać.

Ale to przecież lekarzy uważa się za osoby najlepiej zarabiające.

Taki jest stereotyp, co bardzo niekorzystnie wpływa na odbiór naszych roszczeń i walkę o dobro pacjenta. Wykorzystują to politycy. My - lekarze w państwowej służbie zdrowia - zarabiamy mało. Przypisuje się nam zachłanność, chęć życia na bardzo wysokim poziomie. Ale nie do końca tak jest. Jesteśmy przyzwyczajeni do ciężkiej pracy, lubimy ją, ale pracujemy pod ogromną presją. W naszych rękach jest ludzkie życie.

Polecane dla Ciebie

Pomocni lekarze

Szukaj innego lekarza

Komentarze

Wysyłając opinię akceptujesz regulamin zamieszczania opinii w serwisie. Grupa Wirtualna Polska Media SA z siedzibą w Warszawie jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.