"System tworzy patologie"
Wirtualna Polska ujawniła, że neurochirurg dr Łukasz Grabarczyk za kilkuminutowy zabieg w szpitalu w Piszu zarabiał prawie tysiąc złotych. W placówkach północno-wschodniej Polski wykonywał proste zabiegi przeciwbólowe kręgosłupa – te same, przez które problemy mają szpitale w Mogilnie i Miastku.
Zabiegi trwały od 5 do 19 minut, a pacjenci po krótkiej obserwacji wychodzili do domu. Tymczasem – według NFZ – rozliczano pełną hospitalizację. Z powodu nieprawidłowości związanych z rozliczaniem zabiegów szpital ma oddać ponad 670 tys. zł tylko za jeden rok.
– Bulwersuje mnie to tak samo, jak chyba wszystkich Polaków. To jest absolutny skandal, bo są świadczenia, które pozwalają na klasyczne "rodzynkowanie". Znajdą się one w leczeniu bólu, chirurgii kręgosłupa, ale też je też w kardiologii inwazyjnej, elektorokardiologii, w tym słynne ablacje. Są w ortopedii czy urologii – podkreśla w rozmowie z WP abcZdrowie Anna Gołębicka, ekonomistka i strateżka Centrum im. Adama Smitha, współzałożycielka Human Answer Institute.
– Ci, którzy są bardziej operatywni, korzystają z okazji i nauczyli się wydłubywać z ciasta rodzynki, czyli wykonują te najbardziej opłacalne zabiegi, które są najlepiej wyceniane. Do tego podpisują korzystne dla siebie umowy ze szpitalem nawet na 60 proc. przychodu za dany zabieg – dodaje.
A szpitalowi i tak się to opłaca. – Czasem jest to jedyny sposób, by utrzymać inne oddziały, bo nie ma alternatywy w dostępie do tych specjalistów i w pozyskaniu środków dla szpitala – zwraca uwagę ekspertka.
Tymczasem zarobki w tym samym szpitalu potrafią się różnić diametralnie, co rodzi frustracje w środowisku, a na koniec odbija się na pacjencie. – W jednym ze szpitali klinicznych w Lublinie, bo mamy akurat nowe dane, najlepiej zarabiający lekarz na kontrakcie w pierwszym półroczu 2026 r. zarobił 170 tys. zł brutto na miesiąc, a mediana zarobków lekarzy zatrudnionych na umowę o pracę w tym samym szpitalu wynosiła około 17 tys. zł brutto z dodatkami i z premiami, nawet jeśli doliczymy do tego średnie z dyżurami – dodaje.
– Jako środowisko neurochirurgów i ja osobiście także, jako konsultant krajowy, potępiamy opisywaną w mediach patologię, która, jak się okazuje, miała miejsce także w kolejnym szpitalu w Piszu. Polskie Towarzystwo Neurochirurgów zajęło się już sprawą z Mogilna i Miastka. Nosi ona cechy przestępstwa i jest niezgodna z etyką lekarską – komentuje prof. Tomasz Trojanowski, konsultant krajowy w dziedzinie neurochirurgii.
– Dopatruję się tutaj także nieprawidłowości ze strony szpitala, który podpisuje tego typu kontrakt. Nie ma możliwości, by lekarz coś zaraportował bez wiedzy szpitala. Szpital zgadza się więc na tego typu działalność, a ma przecież prawników, administratorów, dyrektorów od leczenia i organizacji, którzy powinni pilnować, żeby do takich praktyk nie dochodziło. Jeśli tego nie robi, to jest to naganne – zaznacza.
Według Anny Gołębickiej są dwa problemy w jednym. – Z jednej strony system wycenia niektóre zabiegi nadmiarowo, a niektóre poniżej kosztów, co tworzy patologie "rodzynkowe", a z drugiej strony mamy pole do nadużyć, gdy zabieg, który robi się w ciągu kilkunastu minut i pacjent wraca do domu, jest rozpisywany jako lepiej wyceniana hospitalizacja – tłumaczy.
Zwraca uwagę, że szpitale powiatowe, które walczą z problemami finansowymi wynikającymi m.in. z braku obłożenia, "produkują pacjentów". Choć można byłoby chorego wypuścić, szpital go przetrzyma, bo wtedy lepiej to rozliczy niż puste łóżko.
"Podstawowa wada" systemu
Co zrobić, żeby doniesień o takich skandalicznych praktykach było mniej? – Potrzebujemy zarówno działań doraźnych, jak i strategicznych. Te doraźne, które już wprowadzi MZ, to ograniczenia pensji. To jednak wszystkiego nie rozwiąże, jest to zalepianie plastrem i trzeba szukać rozwiązań na stałe – ocenia Anna Gołębicka.
– To, co powinno za tym iść, to gruntowna reforma ochrony zdrowia, w której określilibyśmy dokładnie, co pacjentowi dajemy, ile pacjent ma za to zapłacić ze swoich składek, jak płacimy placówce, a przede wszystkim jaką mamy mapę świadczeń w Polsce, żebyśmy nie mieli pustych szpitali i zapełnionych szpitali, żeby szpitale nie udawały, że świadczyły całodobową opiekę, jak pacjenta wypuszczają po paru godzinach albo nie trzymały na siłę, żeby lepiej rozliczyć – zaznacza.
Anna Gołębicka zwraca uwagę, że aktualnie szpitalowi w wielu przypadkach "nie opłaca się wyleczyć od razu pacjenta kompleksowo, bo sobie tego nie rozliczy".
– Wykonuje więc często procedury w jednym obszarze, wypisuje i ewentualnie przyjmuje pacjenta dopiero za odpowiednią liczbę dni. Wtedy od początku całe badanie i świadczenia w kolejnym obszarze, które w normalnie działającym systemie powinny być wykonane od razu – zaznacza ekspertka.
Ocenia, że potrzebny jest zupełnie inny system płacenia za świadczenia, "uwzględniający koordynację ścieżki pacjenta i efekt zdrowotny, który jest najtrudniejszym do określenia elementem". Chodzi o to, by opłacała się całość, a nie tylko pojedynczy zabieg.
– Dziś za często mamy pacjentów opłacalnych i nieopłacalnych oraz lekarzy opłacalnych i opłacanych oraz nieopłacalnych i mniej opłacanych. Myślimy o systemie, silosowo, procedurowo, a nie tak, by priorytetem był pacjent, żeby traktować go całościowo, by uwzględnić przyczynę jego problemu – podkreśla ekspertka.
– Sposób płacenia za zdrowie i nierówne wyceny zmieniły totalnie mental. W brudnej wodzie, jak widać, można się odnaleźć i prawdopodobnie wielu brak zmian jest na rękę. Nauczyli się już tu pływać i uważają, że to jest w porządku, tym bardziej że wiele takich historii szybkich fortun nawet nie narusza prawa – ocenia.
Na dodatkowy aspekt zwraca uwagę prof. Trojanowski. – Podstawowa wada tego systemu to fakt, że szpitale, które nie posiadają oddziałów neurochirurgicznych, kontraktują wykonywanie zabiegów neurochirurgicznych. We wszystkich tych trzech szpitalach – w Miastku, Mogilnie i Piszu – nie było neurochirurgii – zwraca uwagę konsultant krajowy.
– Widzę proste rozwiązanie: szpitale, które nie posiadają oddziałów neurochirurgii, nie powinny kontraktować zabiegów neurochirurgicznych. Na przykład oddział chirurgii ogólnej nie ma uprawnień, by wykonywać takie zabiegi, a zdarza się, że właśnie takie oddziały to realizują – zaznacza.
Operacja zamiast diagnostyki
Prof. Trojanowski zauważa, że termolezja wymagająca hospitalizacji jest lepiej wyceniana niż ta ambulatoryjna, bo oznacza "położenie chorego na oddziale, założenie historii choroby, zapewnienie opieki pielęgniarskiej czy wyżywienia". – To wyższy koszt, więc NFZ wycenia to wyżej. Dlatego to zwykłe oszustwo, jeśli zabieg, który trwa kilkanaście minut do pół godziny, rozlicza się, jak hospitalizację – podkreśla.
I zaznacza, że w neurochirurgii zbyt często wykonywane są także operacje kręgosłupa. – Jeśli ktoś ma ból kręgosłupa przez trzy miesiące, ale w badaniach obrazowych nie widać przyczyny tego bólu, to nie znaczy, że są wskazania do operacji. W pierwszej kolejności powinna być zdiagnozowana przyczyna, a nie wykonany zabieg – wskazuje ekspert.
– Jeżeli na badaniu widać, że na przykład dysk wypadł, czyli jest przyczyna tego bólu, którą można skorygować operacyjnie, to wtedy powinno się wykonać operację. Natomiast bardzo często te bóle ustępują po leczeniu zachowawczym, rehabilitacyjnym z czasem, więc kwalifikowanie do operacji jest błędem – zaznacza lekarz.
Zwraca też uwagę na powszechne zjawisko szukania przez szpitale sposobów na "podreperowanie budżetu". – Szpital prywatny może to robić, jak każda firma, musi zarabiać pieniądze, jest nastawiony na zysk. Szpital publiczny jest instytucją, która powinna wykorzystać składki obywateli tak, by leczyć jak najlepiej, przyjąć jak najwięcej potrzebujących chorych. A nie kierować się zyskiem, bo to rodzi patologiczne zjawiska – zwraca uwagę prof. Trojanowski.
– Szpital często rozlicza oddziały na podstawie zysku, jeden oddział jest dobry, bo zarabia, inny zły, bo przynosi straty. To nie powinno mieć miejsca, to powinno być zadanie NFZ, ewentualnie resortu zdrowia, by systemowo zorganizować to tak, by każde świadczenie było opłacane właściwie – dodaje.
Nastawienie na zysk potęguje połączenie kontraktowego zatrudnienia z pracą w szpitalu publicznym. – Taki lekarz jest zatrudniony po to, by wytwarzać zysk dla szpitala, a nie taki powinien być priorytet publicznej placówki. Dlatego przyzwoite połączenie tych dwóch funkcji jest bardzo trudne – zaznacza prof. Trojanowski.
– W sytuacji, gdy szpital ogłasza konkurs na procedury, zgłaszają się szpitale, które mogą je wykonać, ale zgłaszają od razu uczciwie, że zamiast np. 100 operacji wyrostka mogą wykonać mniejszą ich liczbę ze względu na posiadane zasoby ludzkie i materialne. NFZ kontraktuje wówczas świadczenia w kilku szpitalach. I wtedy jest rola instytucji, które odpowiadają za wycenę świadczeń. By tak zmienić wyceny, by szpital mógł wykonać ich tyle, ile faktycznie potrzebują pacjenci – podsumowuje.
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.