Pierwszy Polak pod nadzorem po epidemii na statku. "Niemal pewne, że będą kolejni"
Pierwszy Polak objęty nadzorem służb sanitarnych po możliwym kontakcie z hantawirusem, który wywołał epidemię na statku MV Hondius, jest aktualnie za granicą. Szef GIS jest niemal pewny, że na tym jednym przypadku się nie skończy.
Kolejni Polacy trafią pod nadzór epidemiologiczny?
Po wybuchu epidemii hantawirusa na statku MV Hondius pierwszy Polak został objęty nadzorem epidemiologicznym w odróżnieniu od pasażerów statku, których sytuacja wymagała kwarantanny. Nadzór epidemiologiczny jest mniej restrykcyjny i dotyczy osób, które prawdopodobnie nie miały bezpośredniej styczności z osobami zakażonymi.
- Trzeba jednak podkreślić, że ta osoba nie przebywa aktualnie w Polsce, ale w podróży służbowej za granicą. Aktualnie nie ma żadnych objawów, nie ma konieczności hospitalizacji - wyjaśnia w rozmowie z WP abcZdrowie dr n. med. Paweł Grzesiowski, szef Głównego Inspektoratu Sanitarnego.
Zobacz także: Eksperci o hantawirusie. Czy Polacy mają się czego bać?
- Została jednak poinformowana o procedurze: ma się obserwować i w razie gdy pojawiłyby się jakieś objawy, ma poinformować nasze służby sanitarne i niezwłocznie zgłosić się do najbliższego ośrodka, w którym można wykonać badania laboratoryjne w kierunku zakażenia hantawirusem. To nie są proste badania, które wykona każda placówka; to musi być specjalistyczny ośrodek - dodaje.
Zaznacza, że nie ma gwarancji, że takie objawy się nie rozwiną. - To może stać się w ciągu sześciu tygodni od kontaktu z zakażonym. Dlatego tyle trwa nasz nadzór. W przypadku tej osoby - do początku czerwca - precyzuje minister Grzesiowski.
Tłumaczy, że pierwszy Polak, który został objęty nadzorem, nie był pasażerem statku MV Hondius, na którym jest ognisko hantawirusa Andes (typ, który może przenosić się z człowieka na człowieka).
- To osoba wskazana na podstawie analiz list pasażerskich w ramach szerokiej międzynarodowej akcji, którą obecnie prowadzimy. Mogła mieć najprawdopodobniej kontakt z zakażoną pasażerką, która po zejściu ze statku na ląd próbowała się przedostać z Johannesburga do Amsterdamu (ostatecznie nie poleciała, bo ze względu na stan jej zdrowia nie zgodziła się na to załoga, kobieta dzień później zmarła - red.) - wyjaśnia szef GIS.
Dodaje, że jest "niemal pewne", że pod nadzorem znajdą się kolejni Polacy. - 24 kwietnia wycieczkowiec dopłynął do Wyspy Św. Heleny, gdzie wysiadło ponad 30 osób z 12 różnych krajów. Wiele z nich wracało do Europy, więc statystycznie to niemożliwe, by ich drogi nie przecięły się na lotnisku czy w samolocie z Polakami. Jesteśmy przygotowani na taki scenariusz. To oczywiście nie oznacza, że te osoby są chore, ale zgodnie z procedurami muszą być poddane weryfikacji - tłumaczy dr Grzesiowski.
Co robić po wybuchu epidemii na statku?
- Musimy jasno powiedzieć, że z epidemiologicznego punktu widzenia źle się stało, że część osób opuściła statek i rozjechała się do domów w różnych stronach świata. Nie był to jednak błąd zawiniony, bo prawnie nie było podstaw, by zatrzymać ich na statku. Wówczas była jedynie informacja o pierwszym zgonie pacjenta, ale nie była znana przyczyna, nie było mowy o epidemii. To zostało ogłoszone dopiero 2 maja po śmierci pacjentki (tej, która po opuszczeniu statku chciała polecieć do Amsterdamu - red.) - zaznacza.
- Nie popadajmy w panikę. To nie oznacza, że osoby, które planują podobny rejs statkiem, objawy pojawiły się u niego tydzień po wejściu na pokład. Tego nie da się przewidzieć i to może dotyczyć nie tylko statku - dodaje.
Jak się zachować, kiedy na statku wybuchnie epidemia? - Pierwszym odruchem powinno być założenie maseczki i unikanie kontaktu z innymi osobami. To najprostsze metody - wskazuje Grzesiowski.
Zaznacza, że w tym momencie na statku nie ma żadnych Polaków, poza kapitanem. Aktualnie nikt nie ma objawów, a na pokładzie są już eksperci WHO oraz ECDC.
Szef WHO: To nie jest drugi COVID
Szef GIS zaznacza, że na pokładzie statku zostało ponad 100 osób. - Zostaną one poddane 6-tygodniowej kwarantannie. Część zostanie w Hiszpanii. Jeden z oddziałów w szpitalu w Madrycie został już przygotowany do tego celu - wyjaśnia Grzesiowski.
- Kiedy statek dopłynie do wybrzeża Teneryfy, po pasażerów przyjedzie transport medyczny i zostaną oni przewiezieni do miejsc kwarantanny. Nikt nie będzie się przemieszczał samodzielnie lądem, więc nie ma zagrożenia dla mieszkańców - dodaje.
Mieszkańców Teneryfy uspokaja też szef WHO. "Nieczęsto piszę bezpośrednio do mieszkańców jednej społeczności, ale dziś czuję, że jest to konieczne. Wiem, że kiedy słyszycie słowo 'epidemia' i patrzycie, jak statek płynie w kierunku waszych brzegów, powracają wspomnienia. Ból z 2020 roku jest wciąż realny. Ale chcę, abyście usłyszeli mnie jasno: to nie jest kolejny COVID" - podkreślił w liście do mieszkańców Teneryfy szef WHO Tedros Adhanom Ghebreyesus.
Wyjaśnił, że choć ognisko na statku to "poważna sprawa" i zmarły już trzy osoby, to ryzyko dla mieszkańców jest niewielkie. Potwierdza też, że na pokładzie nie ma w tym momencie osób z objawami.
- Władze Hiszpanii przygotowały szczegółowy, stopniowy plan: pasażerowie zostaną przewiezieni na ląd w porcie Granadilla, z dala od obszarów mieszkalnych, w zamkniętych, strzeżonych pojazdach, przez całkowicie odgrodzony korytarz, a następnie repatriowani bezpośrednio do swoich krajów. Nie spotkacie ich wy ani wasze rodziny - zapewnił.
Źródła: WP abcZdrowie, Główny Inspektorat Sanitarny, Światowa Organizacja Zdrowia
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.