Porażka, patologia, kryzys, katastrofa? Potrzebujemy zmian w ochronie zdrowia [OPINIA]

"Potrzebujemy zmian systemowych – powołajmy więc zespoły, które przygotują reformę wykraczającą poza ramy jednej kadencji, ponad partyjnymi podziałami". Zdanie to – w różnych formach i w różnych kontekstach – towarzyszy mi przez całe życie zawodowe. I – jak wnioskuję z Narodowej Debaty o Zdrowiu – będzie mi towarzyszyło jeszcze długo.

Kolejki w szpitalachKolejki w szpitalach
Źródło zdjęć: © East News | Adam Staskiewicz
Mateusz Różański

Zacznijmy od faktów: 30 października odbyła się w Sejmie Pierwsza Narodowa Debata o Zdrowiu. Jej organizatorzy chwalą się, że było to pierwsze takie wydarzenie w historii Polski, a jego celem jest dialog między pacjentami i lekarzami, który ma doprowadzić do reformy rozwiązującej dużą część problemów polskiej ochrony zdrowia.

Czy na pewno pierwsza?

Trudno mi ocenić, czy to rzeczywiście pierwsza inicjatywa tego typu i o tej skali. Na pewno jednak pierwsza, która odbywa się nie tylko w kontekście niedofinansowania opieki medycznej, wydłużających się kolejek do specjalistów czy kryzysu wywołanego chorobami cywilizacyjnymi – od miażdżycy, przez cukrzycę, po depresję – ale też w realiach głębokiego kryzysu zaufania do całego systemu.


DLA CIEBIE
Chorują miliony kobiet, ale wstydzą się iść do lekarza. "Cierpią w milczeniu"

Kryzysu, który wywołały doniesienia o nadużyciach w warszawskim Szpitalu Południowym, przychodni w Piasecznie, działalności spółki neurochirurgów Spine w Miastku i Mogilnie czy kryzysach w szpitalach we Włocławku, Sanoku i Toruniu. Do tego dochodzą co najmniej niepokojące doniesienia na temat nierówności w dostępie do świadczeń, katastrofalnego stanu szpitali powiatowych, epidemii otyłości wśród dzieci i zamrożenia reformy psychiatrii. Gdzieś w tle majaczą też wspomnienia z pandemii. W tym momencie typowo polskie "jakoś to będzie" brzmi jak wyrok śmierci – choćby i w zawieszeniu.

Jak Holendrzy

A tę śmierć, czy raczej katastrofę, która miała nastąpić już tej jesieni, prognozował jeden z organizatorów debaty, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Łukasz Jankowski. Na spotkaniu – już nie po raz pierwszy – użył słowa "patologia" w kontekście sytuacji w polskiej ochronie zdrowia. I miał do tego pełne prawo ze względu na pełnioną funkcję. Zaznaczył, że sami lekarze domagają się reformy.

Przemawiający po nim drugi z inicjatorów – dr Michał Sutkowski – wplótł w swoją wypowiedź przeprosiny skierowane do pacjentów. Zawierały one nie tyle obietnicę poprawy, ile zapowiedź radykalnej i drastycznej reformy na wzór tej przeprowadzonej w latach 80. w Holandii przez Komisję do spraw Struktury i Finansowania Opieki Zdrowotnej (powszechnie znaną na świecie jako Komisja Dekkera).

Stworzeniu takiego ponadpartyjnego ciała miała w perspektywie służyć właśnie sejmowa debata, choć gospodarz miejsca, marszałek Włodzimierz Czarzasty, z naprawdę godną podziwu szczerością przyznał, że przeprowadzenie z sukcesem reformy ochrony zdrowia nie udało się jeszcze żadnemu politykowi. Tym razem ma jednak być inaczej, bo inicjatywa ma zostać oddana nie politykom, lecz ekspertom. Można to odczytać jako mniej lub bardziej zawoalowaną aluzję, że temat tak złożony najlepiej powierzyć bezpartyjnym fachowcom.

Niewłaściwie rozdysponowane pieniądze

Zresztą, podczas całego wydarzenia szczerości było bardzo dużo. Mnie zapadły w pamięć słowa s. Małgorzaty Chmielewskiej o tym, że gdyby stawiane i prowadzone z pieniędzy wyżebranych od ludzi dobrej woli ośrodki dla chorych i bezdomnych wyglądały tak, jak niektóre szpitale psychiatryczne, natychmiast by je zamknięto.

Utkwiła mi też w głowie jedna myśl – która padła chyba z ust każdego lekarza zabierającego głos – że w polskim systemie nie tyle brakuje pieniędzy, co są one niewłaściwie rozdysponowane. Nadmienię tylko, że w obliczu informacji o lekarzach-milionerach pracujących w zadłużonych szpitalach powiatowych zdanie to można by wręcz uznać za zachowawczy eufemizm.

Znacznie mniej zachowawcze były postulaty mające stanowić podstawę przyszłej reformy: odwrócenie piramidy świadczeń, rozwój zdrowia publicznego i profilaktyki finansowanej dzięki "podatkom od grzechu", a nawet odejście od PKB jako głównego miernika rozwoju. Ten ostatni miałby zostać zastąpiony – o czym mówiła ekonomistka prof. Małgorzata Gałązka-Sobótka – wskaźnikiem uwzględniającym kapitał zdrowotny i długość życia w zdrowiu.

Przyznam, że jako dziennikarz zajmujący się ochroną zdrowia znam tę litanię jak najbardziej słusznych postulatów na pamięć. Mogę też zapewnić, że – być może nie zawsze w całości, ale w poszczególnych fragmentach – była ona wielokrotnie recytowana w parlamencie. Podobnie jak wyrażony przez s. Chmielewską postulat, by polska ochrona zdrowia zawróciła z kursu na prywatyzację i porzuciła korporacyjne podejście przeliczające jej wydajność w tabelach Excela.

Za biedni na cynizm i złośliwość

Ktoś złośliwy mógłby stwierdzić, że to kolejna huczna impreza, na której politycy chcą ocieplić swój wizerunek, podpisując się pod powszechnie akceptowanymi hasłami i powtarzając mantry o rozwiązaniach systemowych oraz stawianiu człowieka na pierwszym miejscu. Jednak złośliwość i tym razem jest złym doradcą.

Czy widać dobrą wolę po stronie lekarzy i szeroko rozumianego środowiska medycznego? Tak, i to bardzo. Trzeba to przyznać, choć zapewne w tekście lepiej wybrzmiałaby surowsza i bardziej cyniczna ocena. Nawet jeśli, mając w pamięci czasy pandemii i ówczesne solenne zapewnienia o konieczności zmian, mogę założyć, że i w tym wypadku krąży myśl: "cóż szkodzi obiecać".

Na cynizm i złośliwość po prostu nas jednak teraz nie stać. Stać nas za to na kibicowanie, ponaglanie, przypominanie i ciągłe podkreślanie wagi reformy ochrony zdrowia. Zwłaszcza że w grze jest już pakiet pięciu ustaw zaprezentowany przez ministrę zdrowia Jolantę Sobierańską-Grendę, które dotyczą m.in. zarobków lekarzy.

Dlatego rolą choćby nas, dziennikarzy, jest to, by obietnice składane i przez polityków i przez lekarzy weryfikować. A nas wszystkich jako wyborców – rozliczać z ich wypełnienia. Ja wiem, że brzmi to jak frazes z podręcznika do wychowania obywatelskiego i poziom frustracji związanej ze stanem ochrony zdrowia zabrania myśleć o niej w barwach innych niż najciemniejsze. Jednak wywieranie presji na zmianę jest trochę lepszym sposobem na jej uzyskanie niż powtarzanie, że ona i tak nie przyjdzie.

W Wirtualnej Polsce wiemy, że presja, w odpowiednim stężeniu, aplikowana z właściwą częstotliwością, przynosi rezultaty. Dlatego możemy obiecać, że sprawy reformy ochrony zdrowia nie pozwolimy schować, zakopać czy skryć za parawanem "bieżączki". Nie na naszej wachcie.

Życzmy sobie entuzjazmu

Wyborcą tej czy innej formacji można być albo nie. Bycie pacjentem jest już znacznie mniej dobrowolne. Zamiast więc przewracać oczami na dźwięk mantry o rozwiązaniach systemowych, trzeba na ten dźwięk się budzić i się ich głośno domagać.

Trzeba pytać o to, co z rozwojem profilaktyki, co z konsolidacją szpitali, co z interną, chirurgią, psychiatrią, geriatrią i porodówkami. Politycy i eksperci lubią debatować – sprawdzajmy więc konsekwentnie, co z tych debat wyniknie.

Na początku wydarzenia dr Michał Sutkowski przytoczył słowa Winstona Churchilla: "Sukces polega na przechodzeniu od porażki do porażki bez utraty entuzjazmu". Tych porażek w ochronie zdrowia mieliśmy już bardzo dużo. Dlatego, jeśli chcemy wreszcie do jakiegoś sukcesu dojść, entuzjazmu do zmian potrzebujemy co najmniej tak bardzo, jak samych reform systemowych.

Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.

Wybrane dla Ciebie