Problem w ratownictwie medycznym. Ekspert ostrzega przed słabościami systemu
Polski system Państwowego Ratownictwa Medycznego może nie poradzić sobie w warunkach wojny, katastrofy czy masowego napływu rannych - uważa ratownik medyczny Marcin Janik z UCK WUM, instruktor symulacji medycznej i były oficer Państwowej Straży Pożarnej. Jego zdaniem problem nie dotyczy kompetencji pojedynczych ratowników, lecz braku spójnej struktury dowodzenia i systemowych przygotowań do sytuacji kryzysowych.
System działa, dopóki nie ma kryzysu
W ocenie Janika codzienna praca zespołów ratownictwa medycznego odbywa się w ramach określonej wydolności systemu. Karetki, szpitale i dyspozytornie funkcjonują w miarę sprawnie, dopóki liczba zdarzeń mieści się w przewidywalnych granicach. - W normalnych warunkach system funkcjonuje w ramach swojej wydolności. W zdarzeniu masowym ten porządek się załamuje - podkreśla cytowany przez PAP mgr inż. Marcin Janik.
Gorzkie słowa dyspozytora pogotowia. Mówi wprost o "zapaści służby zdrowia"
Sytuacja zmienia się diametralnie w przypadku zdarzenia masowego. Wówczas, jak podkreśla ratownik, zasoby szybko okazują się niewystarczające, a priorytety muszą zostać zmienione. W medycynie katastrof celem przestaje być ratowanie pojedynczego najciężej chorego pacjenta, a staje się nim uratowanie jak największej liczby osób. To oznacza konieczność podejmowania wyjątkowo trudnych decyzji medycznych i etycznych.
Kluczowym elementem działań w sytuacjach kryzysowych jest triaż, czyli medyczna segregacja poszkodowanych. W praktyce oznacza to ocenę, kto powinien otrzymać pomoc w pierwszej kolejności. Zdaniem Janika największy problem pojawia się wtedy, gdy liczba pacjentów wymagających natychmiastowej interwencji przekracza możliwości systemu. Takich decyzji nie da się w pełni oprzeć na schematach czy algorytmach, wymagają doświadczenia, opanowania i wsparcia organizacyjnego. Bez wcześniejszych ćwiczeń i realnego przygotowania ciężar odpowiedzialności spada na pojedynczych ratowników.
Rozproszona struktura i brak centralnego dowodzenia
Ekspert zwraca uwagę, że Państwowe Ratownictwo Medyczne w Polsce jest organizacyjnie rozproszone. Funkcjonuje wiele podmiotów odpowiedzialnych za zespoły ratownictwa, liczne dyspozytornie i brak jednolitej, pionowej struktury dowodzenia. -Mamy setki dysponentów, dziesiątki dyspozytorni i brak jednej pionowej struktury dowodzenia. Nie istnieje systemowa hierarchia, jasne kryteria kompetencji ani obowiązkowe szkolenia przygotowujące do zarządzania zdarzeniami masowymi - dodał.
Janik podkreśla, że inne służby - jak straż pożarna czy policja - regularnie prowadzą ćwiczenia symulujące sytuacje kryzysowe. W ratownictwie medycznym takie działania są sporadyczne i często zależą od inicjatywy lokalnych podmiotów. - Bez centralnej struktury, obowiązkowych szkoleń i realnej odpowiedzialności przełożonych obecny system będzie działał tylko w dobrych czasach. Każdy poważny kryzys - wojna, pandemia czy katastrofa - w ciągu godzin obnaża jego słabości - podkreślił.
Problem, jak zaznacza, dotyczy również szpitali. Choć posiadają one procedury na wypadek zdarzeń masowych, w wielu przypadkach nie są one regularnie testowane w praktyce. Bez ćwiczeń nawet najlepiej opracowane dokumenty mogą okazać się niewystarczające. Zdaniem ratownika obecny model organizacyjny sprawdza się wyłącznie w stabilnych warunkach. W sytuacji poważnego kryzysu, wojny, pandemii czy dużej katastrofy, jego słabości mogą zostać szybko ujawnione.
Źródło: PAP
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.