Pacjenci bez ochrony
Skuteczna walka z dezinformacją i szarlatanami to nie tylko karanie już po fakcie. W polskim prawie brakuje narzędzi, które pozwoliłyby działać, zanim dojdzie do tragedii, na której oszuści zarabiają potężne pieniądze.
- Obecne przepisy nie chronią pacjentów - przyznaje w rozmowie z WP abcZdrowie dr n. med. Artur Drobniak, prezes Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie, która zorganizowała konferencję "ZERO tolerancji dla dezinformacji w medycynie!".
DLA CIEBIEStosujesz probiotyki. Ekspert mówi, jak działają
Wyjaśnia, że brakuje możliwości szybkiej reakcji na wczesnym etapie, kiedy jeszcze nie doszło do pokrzywdzenia, ale wiadomo, że w krótkim czasie tym by się właśnie skończyło. - Mamy przyzwoite przepisy prawa karnego, które pozwalają na pociągnięcie do odpowiedzialności np. pod zarzutem oszustwa czy narażenia na utratę zdrowia i życia, ale to są trudne do udowodnienia i wymagające wieloletniego postępowania sprawy - zaznacza dr Drobniak.
Zobacz także: "Wątpliwości? Dziwię się prezydentowi". Uderzają w szarlatanów i apelują o podpisanie ustawy
Dodaje, że najczęściej dotyczą oszustw na masową skalę, podczas gdy szarlatanów w mniej spektakularnych sprawach nie ma jak ścigać. - Brakuje szybkiej ścieżki, prostego ostrzeżenia, to nie zawsze musi być kara - podkreśla.
Przyznaje, że przeciętnemu pacjentowi trudno rozpoznać dezinformację medyczną, bo często wymaga to specjalistycznej wiedzy. Są jednak czerwone flagi, na które warto zwrócić uwagę. - Na pewno podszywanie się pod specjalistę medycznego. Można to zweryfikować, bo izba lekarska czy pielęgniarska prowadzi rejestr. To się da błyskawicznie sprawdzić, czy dana osoba w ogóle istnieje i czy wykonuje ten zawód - zaznacza lekarz.
Wyganiali "przetrwańca" wodą z Nilu
O tym, jak perfidnie działają tacy oszuści, świadczą natomiast sprawy, jakie prowadził m.in. Wydział do Walki z Przestępczością Ekonomiczną Komendy Stołecznej Policji. Wśród nich jest oszustwo oparte na historii o rzekomym zagrożeniu, jakim jest "przetrwaniec", czyli dusza, która za życia była bardzo złym człowiekiem. Oszuści straszyli nim głównie seniorów. Dzwonili do konkretnej osoby, twierdząc, że "przetrwaniec" jest w ich domu, stara się ich opętać i zniszczyć im życie.
Jedynym sposobem na pozbycie się tego zagrożenia miały być konkretne produkty sprzedawane w sieci lub właśnie przez call center. Sprzedawano w ten sposób np. wodę z Nilu, pióra marabuta czy plastry, w których finalnie wykrywano jedynie pieprz cayenne. Seniorzy wydawali na to fortunę.
Skala oszustwa jest niebywała. - Prowadziliśmy postępowanie w sprawie oszustwa na szkodę kilkuset osób w kwocie szacowanej łącznie na około 40 mln zł - przyznał podczas konferencji podinsp. Tomasz Wierzba, zastępca naczelnika Wydziału do Walki z Przestępczością Ekonomiczną Komendy Stołecznej Policji.
Przytoczył też inną, równie spektakularną sprawę. Chodzi o Piotra K., który był okrzyknięty najmłodszym polskim milionerem. Sprzedając m.in. produkty kosmetyczne i dietetyczne, oszust wprowadził 180 tys. klientów w błąd. Postawiono mu zarzut wyłudzenia niemal 31 mln zł; odpowiadał też za pranie brudnych pieniędzy. Dodatkowo zarabiał na infolinii - rzekomo do reklamacji, dzięki której wyłudził kilkaset tysięcy złotych.
Luka w ochronie przed szarlatanami
- Przeglądałem projekt ustawy "lex szarlatan" (w piątek prezydent skierował go do Trybunału Konstytucyjnego - red.) i zauważyłem, że sam projekt nie zawierał przepisów karnych, natomiast zawierał szereg sankcji natury administracyjnej, finansowej. Dawał Rzecznikowi Praw Pacjenta m.in. możliwości nałożenia tam miliona złotych kary za określone rzeczy, czy do 100 tys. zł kary, a także wydawania nakazów natychmiastowego zaprzestania niebezpiecznych praktyk. W mojej ocenie to mogłoby uzupełnić drogę karną - zaznaczył podinsp. Wierzba.
Zobacz także: Nawrocki nie podpisał "lex szarlatan". "To jest skandal"
Zgadza się z nim Jacek Bydłoń, dyrektor Departamentu Dialogu Społecznego Ministerstwa Zdrowia. - Ta ustawa nie jest nakierowana przede wszystkim na karanie. To nie jest zmiana przepisów karnych, tak jak proponuje to prezydent. Pracowaliśmy w ten sposób, żeby stworzyć pewną ścieżkę administracyjną, która ułatwi czy wzmocni ochronę praw pacjenta - wyjaśnił.
Brakuje m.in. narzędzi umożliwiających rejestrację podmiotów czy osób, które szerzą szkodliwą i niebezpieczną dezinformację medyczną. Pacjent nie ma więc możliwości, by to zweryfikować.
- Nie mamy takiego organu, który mógłby w sposób szybki przeciwdziałać praktykom niepopartym dowodami naukowymi już na etapie, kiedy jeszcze nie pojawią się poszkodowani - podkreślił dyr. Bydłoń. Zwrócił też uwagę, że w polskim prawie nie jest sprecyzowane pojęcie paramedycyny.
- "Lex szarlatan" był takim pierwszym krokiem, żeby uporządkować pewne kwestie w obszarze prawa administracyjnego, dając państwu narzędzie właśnie prewencyjne - zauważył Jacek Lachowicz z Departamentu Prawa Karnego z Ministerstwa Sprawiedliwości.
Tymczasem dezinformacja rozprzestrzenia się w sieci błyskawicznie wykorzystując nowe technologie, w tym sztuczną inteligencję, która pozwala np. na tworzenie deepfake'ów.
- To, że my wiemy, że dane zachowanie wypełnia znamiona jednego lub kilku przestępstw, nie oznacza, że my tego sprawcę złapiemy, bo ci, co to robią, czerpią z tego zyski i świetnie wiedzą, jak maskować się w sieci. Niestety tego typu postępowania trwają bardzo długo i ciągną się latami - przyznał prokurator Jakub Ciborski z Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga. Podał przykład sprawy, w której chorzy onkologicznie zaprzestali terapii na rzecz alternatywnej metody wykorzystującej zagraniczne środki przeznaczone dla zwierząt.
Zaznaczył, że czeka się też na opinię biegłych - od pół roku do dwóch lat.
Manipulacja danymi
Problem potęguje brak reakcji ze strony platform internetowych. - Pytania prawne czy zapytania prawne są ignorowane. I to jest ogromny problem. Myślę, że to jest kolejne zagadnienie, czy w ogóle przemyślenie tej cyberprzestrzeni, poszukanie odpowiednich narzędzi i to już na poziomie Unii Europejskiej - ocenił Lachowicz.
- Co z tego, że zamkniemy nawet jedną stronę? Dzisiaj postawienie strony to jest chwila - zaznaczył.
Warto mieć też świadomość, że dezinformacja nie zawsze opiera się na zmyślonym przekazie. Wręcz przeciwnie, może wykorzystywać prawdziwe dane, ale umiejętnie je zmanipulować tak, by osiągnąć cel, czyli wprowadzić w błąd. Do tego mogą służyć np. statystyka, wykresy czy wybiórczo potraktowane badania naukowe. Tym trudniej ją rozpoznać.
- Bardzo często - i dotyczy to np. szczepionek przeciwko HPV - spotykamy się z narracją, że szczepienia w żaden sposób nie wpłynęły na ograniczenie liczby zgonów czy przypadków nowotworów szyjki macicy. Często przeciwnicy szczepień prezentują dane populacyjne, które odnoszą się też w dużej mierze do populacji niezaszczepionej, gdzie ten efekt będzie znacznie mniej widoczny - komentuje dr hab. Tomasz Dzieciątkowski, wirusolog z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.
Ekspert przyznaje, że taką manipulację trudno wyłapać, ale radzi, by ostrożnie podchodzić do przesadnie sensacyjnych doniesień, weryfikować treść badań, które mają je potwierdzać, a także ich autorów, bo opinia pojedynczego badacza jest stosunkowo mało miarodajna w porównaniu z wieloośrodkowymi wynikami badań klinicznych.
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.