Nowelizacja ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta, znana jako "Lex szarlatan", została przygotowana przez Ministerstwo Zdrowia we współpracy z Rzecznikiem Praw Pacjenta. Ma umożliwić szybszą reakcję na działania zagrażające zdrowiu lub życiu.
Chodzi m.in. o oferowanie niesprawdzonych metod leczenia, podszywanie się pod specjalistów oraz nakłanianie pacjentów do rezygnacji z diagnostyki, chemioterapii, radioterapii czy innych terapii o udowodnionej skuteczności.
WIDEOPrezydent podpisze Lex Szarlatan? Jest odpowiedź jego rzecznika
- Dziwię się, że są jakieś wątpliwości z podpisywaniem tej ustawy. Medycyna powinna się opierać, jak wszędzie w całym cywilizowanym świecie, na nauce i potwierdzonych przez nią faktach - mówi w rozmowie z WP abcZdrowie prof. Krzysztof Simon, specjalista chorób zakaźnych i internista.
Biznesplan oparty na ludzkiej krzywdzie
W podobnym tonie wypowiada się prof. Agnieszka Szuster-Ciesielska z Katedry Wirusologii i Immunologii UMCS, która od lat walczy z dezinformacją medyczną.
- "Lex szarlatan" jest koniecznością. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że powinna być podpisana, bo bardzo jej potrzebujemy. Chodzi o krzywdę osób, których nie można winić za to, że zwróciły się w stronę pseudomedycyny i szarlatanów. Często stoją za tym bezradność, lęk, życiowy kryzys. Jednak głos tych, którzy zostali skrzywdzeni i perfidnie wykorzystani w ogóle nie jest słyszalny. O takich historiach słyszymy przeważnie dopiero, kiedy kończą się śmiercią. Dlatego trzeba działać od razu, żeby do tego nie dopuścić, bo ofiar będzie więcej - podkreśla w rozmowie z WP abcZdrowie.
Ekspertka przyznaje, że jest przerażona skalą reklam, ofert i socjotechnik, jakie stosują szarlatani.
- To jest perfekcyjny biznesplan, który bazuje na ludzkiej krzywdzie. To nie jest niszowa działalność, wszystko jest na wyciągnięcie ręki nie tylko w sieci, ale nawet w tak newralgicznych miejscach jak placówki medyczne. Ostatnio trafiłam na przykład pracowni biorezonansu, której reklama była tuż obok przychodni, która ma kontrakt z NFZ. Pacjent automatycznie skojarzy, że to jedna placówka - zwraca uwagę prof. Szuster.
Biorezonans i robaki w oczach
- Niestety trafia do mnie wiele historii o osobach, które padły ofiarą szarlatańskich praktyk. To są absurdalne opowieści: bioimpedancje, jakieś bioprądy, leczenie nowotworów suplementami diety. To działania sprzeczne z nowoczesną medycyną. I dziwię się prezydentowi, że przeciąga podpisywanie tej tak ważnej ustawy, bądź przyjmuje jakiegoś pana Ziębę. To jest w ogóle przerażające - stwierdza prof. Simon.
Podaje przykłady konkretnych ludzkich historii, z którymi spotyka się w swojej praktyce medycznej. Jednym z nich jest pacjent, który chodził na chelatację, żeby wyleczyć miażdżycę.
- Chelatacja to działanie eliminujące na przykład związki toksyczne. Stosujemy ją przy usunięciu złogów miedzi czy żelaza, ale nie w żadnych innych sytuacjach, a szczególnie w miażdżycy - to jest po prostu oszustwo - mówi prof. Simon.
- Druga rzecz to tzw. biorezonans. Przychodzi do mnie pacjent, wykłada listę: ma w oku robaki, raka płuc, coś w wątrobie i tak dalej. Ja mówię: Proszę pana, to są absurdy. A on: Jak to? Zapłaciłem ileś tysięcy złotych za badanie i przecież wykazało wyraźnie, że mam tyle różnych chorób - relacjonuje ekspert.
Kolejną sferą działań szarlatanów są tzw. naturoterapie. - Zioła są ważnym elementem wspomagającym terapię, wiele leków pochodzi z ziół przebadanych. Tymczasem ludziom sprzedaje się na przykład "chińskie zioła" czy "słowiańskie", które mają wieloaspektowe działanie blokujące działanie normalnych leków. Jeśli pan bierze na przykład dziurawiec i stosuje pan niektóre leki nowotworowe, to one przestają działać. Ale to się nie przebija do społeczeństwa - tłumaczy profesor.
Ustawa nie zabrania ziołolecznictwa
Wirusolog dr Tomasz Dzieciątkowski w rozmowie z WP abcZdrowie zauważa przy tym, że wbrew powszechnemu mniemaniu projekt nie zakazuje ziołolecznictwa ani badań nad fitoterapią.
- Trzeba wyraźnie powiedzieć, że ustawa jest skierowana przeciwko osobom, które często nie mają wiedzy medycznej lub stoją w kontrze do aktualnych ustaleń naukowych, a mimo to lansują niesprawdzone i niezwalidowane teorie dotyczące leczenia - wskazuje dr Dzieciątkowski.
Ekspert przypomina, że każdy preparat czy metoda mająca leczyć musi charakteryzować się udokumentowaną skutecznością.
- I to najlepiej w wieloośrodkowych, randomizowanych badaniach klinicznych - wyjaśnia wirusolog. - Tymczasem mamy domorosłych specjalistów twierdzących: mamy badania, że witamina C leczy nowotwory. Powołują się przy tym na prace naukowe dotyczące działania kwasu askorbinowego na komórki nowotworowe, ale zapominają dodać, że nie dotyczy to wszystkich typów raka albo odnosi się do laboratoryjnych warunków in vitro, a nie do żywego organizmu (in vivo). O przeprowadzeniu wieloośrodkowych badań klinicznych w tym zakresie nie ma nawet co prosić, bo ich brak.
Dr Dzieciątkowski zauważa, że główną ideą "Lex szarlatan" jest stworzenie prawnych możliwości penalizowania działań osób, które zarabiają na półprawdach lub ewidentnych kłamstwach.
- Chodzi o tych, którzy twierdzą, że uciskiem wykałaczki można powstrzymać udar, albo proponują kilkumiesięczną, szerokospektralną antybiotykoterapię w leczeniu boreliozy. To działania niezgodne z wytycznymi lekarskimi jakiegokolwiek towarzystwa medycznego na świecie - podsumowuje ekspert.
Dać oręż do walki z szarlatanami
Dlatego też lekarze i inni specjaliści ochrony zdrowia zwracają się do Karola Nawrockiego, by ten, wbrew naciskom choćby niektórych środowisk politycznych, podpisał ustawę.
- Do prezydenta apelowały uznane największe towarzystwa medyczne i organizacje pacjenckie w Polsce, ale wiemy, że zwracali się też do niego przeciwnicy tej ustawy. Pojawia się zarzut, że jest ona niedopracowana czy że daje Rzecznikowi Praw Pacjenta zbyt duże kompetencje. Tymczasem prace nad ustawą trwały ponad półtora roku i w tym czasie przeszła cały proces legislacyjny: były prowadzone konsultacje społeczne, w których brała też udział strona przeciwna, i ostatecznie została przyjęta przez Sejm z poprawkami Senatu - przypomina prof. Szuster-Ciesielska.
- Co do kompetencji, które ustawa daje Rzecznikowi Praw Pacjenta, to zyskuje on sprawczość, której często brakuje organom ścigania. Prokuratura często działa dopiero, gdy sprawa ma już gruby kaliber, czyli sytuacje, które kończą się śmiercią. W innych przypadkach takie sprawy są często umarzane albo wyroki są zbyt niskie. To daje szarlatanom poczucie bezkarności. Ustawa umożliwiałaby Rzecznikowi Praw Pacjenta działanie już nie tylko w odniesieniu do placówek medycznych albo w stosunku do osób prywatnych, które np. w piwnicy produkują jakieś preparaty czy nalewki. Mógłby zakazywać takiej działalności i nakładać kary na takich szarlatanów. Co ważne, to byłaby reakcja natychmiastowa, bo pamiętajmy, że sprawy, które prowadzą organy ścigania, toczą się najczęściej bardzo długo - podkreśla prof. Szuster-Ciesielska.
- Prerogatywą prezydenta jest zrobienie z tą ustawą tego, co uważa za stosowne. Może ją podpisać, zawetować lub skierować do Trybunału Konstytucyjnego. I takie jest jego prawo - zauważa dr hab. Tomasz Dzieciątkowski. - Niemniej ustawa jest potrzebna i powinna zostać podpisana. I nie jest to tylko moje odosobnione zdanie - podkreśla ekspert.
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.