Mieszkający na stałe za granicą pan Jarosław przyjechał z żoną w odwiedziny do rodzinnego Lublina. Przed północą poczuł się źle – obudziły go dreszcze i niepokój, a z czasem pojawiły się silny ból w klatce piersiowej, duszności i drętwienie.
"To było dziwne uczucie"
Gdy stan mężczyzny zaczął się gwałtownie pogarszać, małżeństwo rozważało telefon pod numer 112. Uznając jednak, że samodzielny dojazd będzie szybszy, ruszyli do najbliższej lecznicy z całodobową izbą przyjęć – szpitala przy ul. Herberta. Jest to filia podległa Wojewódzkiemu Szpitalowi Specjalistycznemu im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego w Lublinie.
WIDEOKardiolog: Miażdżyca jest jak rozsiany nowotwór
Około godziny 3:00 nad ranem dotarli na miejsce. Drzwi do izby przyjęć były zamknięte na głucho. Mimo wyraźnej tabliczki informującej o konieczności użycia dzwonka po godzinie 22:00, wielokrotne próby wezwania pomocy nie przyniosły rezultatu.
– To było dziwne uczucie, nigdy z czymś takim się nie spotkałem. Bolały mnie ręce, szczęka, nie mogłem złapać oddechu – relacjonował pan Jarosław w rozmowie z portalem RadioZET.pl, który jako pierwszy opisał tę sprawę.
Żona mężczyzny dodaje: – Jarek na wpół skulony dzwonił. Ja zaglądałam przez drzwi, próbowałam znaleźć kogoś z personelu. W holu był półmrok. Liczyliśmy na to, że zaraz światło się świeci i ktoś do nas wyjdzie. Pielęgniarka, lekarz, może portier czy ochroniarz. Ktokolwiek, kto nam powie, co mamy robić.
Pół godziny bez reakcji personelu
Widząc brak jakiejkolwiek reakcji, zdesperowana kobieta sprzed zamkniętych drzwi izby przyjęć zadzwoniła po pogotowie. Cała akcja ratunkowa – od przyjazdu małżeństwa, przez oczekiwanie, aż po przyjazd karetki, badania w ambulansie i odjazd – trwała około pół godziny. Z relacji małżeństwa wynika, że mimo migających świateł sygnalizacyjnych karetki, żaden z pracowników lecznicy nie zainteresował się losem pacjenta.
Zespół ratownictwa medycznego przetransportował mężczyznę do oddalonego o 5 kilometrów Szpitala MSWiA przy ul. Grenadierów. Tam pacjent trafił bezpośrednio na stół operacyjny z rozpoznaniem ostrego zawału serca i przeszedł zabieg koronarografii. Kardiolodzy przekazali mu później, że gdyby nie natychmiastowa interwencja pogotowia, nie dożyłby rana. Po tygodniowej hospitalizacji mężczyzna wyszedł ze szpitala i powoli wraca do zdrowia.
"Sytuacja nieakceptowalna"
Po nagłośnieniu sprawy Piotr Matej, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Lublinie, oraz zastępca dyrektora ds. lecznictwa dr n. med. Małgorzata Piasecka wszczęli wewnętrzne postępowanie wyjaśniające.
Z analizy monitoringu wynika jednoznacznie, że pacjent stał przed drzwiami i nie otrzymał pomocy. Weryfikacja techniczna wykazała, że dzwonek działał prawidłowo. W tym czasie w izbie przyjęć powinny czuwać dwie pielęgniarki, a na terenie placówki przebywał lekarz dyżurny, którego personel pielęgniarski miał obowiązek niezwłocznie wezwać po zgłoszeniu pacjenta. Pielęgniarki tłumaczyły się tym, że nie słyszały sygnału, jednak dyrekcja uznała te wyjaśnienia za niewystarczające, a zachowanie personelu określiła jako absolutnie nieakceptowalne.
Wobec obu pielęgniarek wszczęto postępowanie dyscyplinarne. Do czasu jego zakończenia zostały one odsunięte od pracy na izbie przyjęć oraz od nocnych dyżurów i przeniesione na inne oddziały pod nadzór pielęgniarek oddziałowych. Dyrekcja weryfikuje również, czy podobne sytuacje miały miejsce w przeszłości.
Prokuratura i NFZ
Zawiadomienie do organów ścigania złożył sam dyrektor szpitala. Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Lublinie, prok. Marcin Kozak, potwierdził wszczęcie śledztwa w sprawie narażenia człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu przez osoby, na których ciążył obowiązek opieki (art. 160 § 2 Kodeksu karnego). Grozi za to od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności.
Śledczy planują przesłuchanie dyrektora szpitala, pacjenta oraz świadków, zabezpieczenie nagrań z monitoringu oraz dokumentacji medycznej i procedur obowiązujących w placówce. Celem jest ustalenie, czy personel dopuścił się niedopełnienia obowiązków. Na ten moment nikomu nie postawiono zarzutów.
Izba przyjęć przy ul. Herberta działa w ramach kontraktu z NFZ i ma ustawowy obowiązek być otwarta przez całą dobę. Lubelski oddział Funduszu zażądał od szpitala szczegółowych wyjaśnień i po zapoznaniu się z ostatecznymi ustaleniami podejmie stosowne decyzje.
Źródła: fakt.pl, lublin24.pl, Wyborcza Lublin, Radio Zet
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.