Aktorka "Leśniczówki" podaje chemię synowi. "To jest aż tak toksyczne"

Trzyletni Leon choruje na ostrą białaczkę limfoblastyczną. Jego mama, aktorka Marta Chyczewska, opowiedziała Medonetowi o codziennej chemioterapii, izolacji i nadziei, którą przynoszą wyniki badań.

Marta Chyczewska z synkiemMarta Chyczewska z synkiem
Źródło zdjęć: © Instagram
Marta Słupska

Diagnoza zmieniła życie rodziny

Marta Chyczewska, znana m.in. z serialu "Leśniczówka", mieszka w Paryżu z partnerem Kevinem i ich trzyletnim synem. Codzienność rodziny zmieniła się, gdy u Leona rozpoznano ostrą białaczkę limfoblastyczną typu B.

Aktorka musiała szybko poznać medyczne słownictwo, zasady terapii i sposób działania komórek krwi. Chłopcu wszczepiono pod skórę port naczyniowy, przez który leki trafiają bezpośrednio do dużej żyły. Pierwsze urządzenie trzeba było usunąć z powodu infekcji.

Sam port długo budził u dziecka lęk. Leon nie chciał się rozbierać, kąpać ani pozwalać rodzicom zbliżać się do miejsca wkłucia.

– Przez pierwszy miesiąc czy nawet dwa było naprawdę ciężko. Każda kąpiel kończyła się płaczem i histerią – wspomina Marta.

Pomogła praca z psychologiem, który tłumaczył chłopcu, że pod skórą znajduje się mała "skrzyneczka" potrzebna do podawania leków. Z czasem Leon zaakceptował jej obecność.

Chemioterapia także w domu

Chłopiec został zakwalifikowany do grupy średnio niskiego ryzyka. Plan leczenia ma potrwać około dwóch lat i obejmuje pobyty w szpitalu, częste badania krwi, transfuzje oraz wizyty pielęgniarek. Każda gorączka oznacza konieczność natychmiastowego przyjazdu do placówki, wykonania badań i podania antybiotyku.

Część chemioterapii rodzice podają dziecku samodzielnie. Lek ma postać syropu, ale kontakt z nim wymaga zachowania szczególnej ostrożności.

– Mam zalecenie, żeby podczas podawania tej "chemii" zakładać gumowe rękawiczki, aby żadna kropla leku nie miała kontaktu z moją skórą. To jest aż tak toksyczne – mówi aktorka.

– Można sobie wyobrazić, jak silne są to leki, skoro ja, jako dorosła osoba, nie powinnam mieć z nimi kontaktu nawet przez skórę. A moje dziecko je przyjmuje – dodaje.

Mimo obaw Marta podkreśla, że jest wdzięczna za dostęp do skutecznej terapii.

– Wiemy, że ten protokół leczenia działa – zaznacza.

Wyniki dają nadzieję

Pierwsze badanie szpiku wykazało, że komórki nowotworowe stanowiły 86 proc. jego zawartości. Były to blasty, czyli nieprawidłowe, niedojrzałe komórki wypierające zdrowe elementy krwiotwórcze.

Po miesiącu leczenia ich poziom spadł do 0,005 proc. Rodzina czeka na rezultat kolejnego badania, które ma potwierdzić, że chłopiec znajduje się w remisji.

– Wszyscy, w tym lekarze, mamy nadzieję, że wynik pokaże całkowity brak komórek nowotworowych – mówi mama Leona.

Poprawę widać również w jego samopoczuciu. Na początku chłopiec był osłabiony, opuchnięty, cierpiał z powodu nudności i wymiotów. Stracił energię i rzadko się uśmiechał. Obecnie znów żartuje, bawi się samochodami i odzyskuje siły.

– Leoś jest obecnie w naprawdę dobrej formie. Poza tym, że nie ma włosów – przyznaje Marta.

Przymusowa izolacja i rezygnacja z pracy

Ze względu na osłabioną odporność Leon nie może chodzić do żłobka, korzystać z placów zabaw ani swobodnie spotykać się z innymi dziećmi. Obowiązuje go także dieta ochronna. Produkty nie mogą być otwarte dłużej niż dobę, a w lodówce ma wydzielone miejsce, aby ograniczyć ryzyko kontaktu z drobnoustrojami.

– Bardziej niż brak kontaktu z rówieśnikami smuci go to, że nie może robić tego, co inne dzieci. Nie może nawet swobodnie się do nich zbliżać – wyjaśnia mama.

Rodzice zrezygnowali z większości planów zawodowych. Nie są w stanie przewidzieć, kiedy konieczna będzie wizyta w szpitalu ani jak długo potrwa hospitalizacja. Marta odwołała zajęcia i udział w kilku spektaklach. Rodzina uruchomiła zbiórkę, która ma pomóc pokryć koszty życia podczas przymusowego ograniczenia pracy.

– Nie mogę chodzić na castingi ani angażować się w nowe projekty, ponieważ nigdy nie wiem, kiedy będziemy musieli jechać do szpitala – tłumaczy aktorka.

"To nie jest jego wina"

Rodzice rozmawiają z Leonem o chorobie w sposób dostosowany do jego wieku. Korzystają z książeczek i ilustracji pokazujących zdrowe oraz chore komórki. Regularnie przypominają mu, że białaczka nie jest karą ani skutkiem złego zachowania.

– Małe dzieci mogą myśleć: "czy zachorowałem, bo byłem niegrzeczny?". Dlatego trzeba stale powtarzać, że choroba nie jest konsekwencją niczego, co zrobił – podkreśla Marta.

Rodzice starają się również zachować zwykłe zasady wychowawcze. Wiedzą, że leczenie potrwa długo, a chęć wynagrodzenia dziecku cierpienia nie może oznaczać rezygnacji ze wszystkich granic.

– Choć chcemy oszczędzić mu jak najwięcej trudnych doświadczeń, naszym zadaniem nadal jest wychowywanie go i przygotowywanie do normalnego życia – mówi aktorka.

Źródło: Medonet

Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.

Wybrane dla Ciebie