Doktor Michał nie pije od 7 lat. Dla pacjentów ma "ostateczny argument"

Lek. Michał Domaszewski, specjalista medycyny rodzinnej, siedem lat temu stał się abstynentem. Opowiedział WP abcZdrowie, co zyskał na tym, że nie sięga po alkohol, dlaczego się na to zdecydował i co na ten temat sądzą jego pacjenci.

Lek. Michał DomaszewskiLek. Michał Domaszewski
Źródło zdjęć: © Instagram, ai
Marta Słupska

Marta Słupska, dziennikarka Wirtualnej Polski: Kiedy miał pan ostatni raz w życiu w ustach alkohol?

Lek. Michał Domaszewski, specjalista medycyny rodzinnej, w sieci znany jako Doktor Michał: Siedem lat temu. To był lipiec 2019 roku.

Dokładnie pan pamięta.

Tak. Szedłem na imprezę z myślą: to będzie mój ostatni raz.

I się udało. Odciął się pan tak definitywnie, od razu?

Tak, choć to był proces: rok wcześniej zrezygnowałem z mocnych alkoholi, potem z piwa. Zaznaczam, że nigdy nie piłem nałogowo. Tylko okazyjnie – na imprezach, spotkaniach.

A ten ostatni raz, to jaki to był trunek?

Prosecco.

Dlaczego akurat ten raz stał się tym ostatnim?

Ta myśl dojrzewała we mnie od dłuższego czasu. Od roku czułem narastające uczucie, że to mi nie służy. Widziałem, jak alkohol źle wpływa na mój sen, jak zaostrza stres. Wystarczyło wypić kilka drinków na imprezie. Nie daje nic poza negatywnymi efektami. Po prostu nie ma sensu go pić.

Zaostrza stres? Wiele osób może dziwić taka konstatacja. W przestrzeni publicznej alkohol łączony jest właśnie odwrotnie – z odstresowaniem.

To błędne myślenie wpajane nam od dekad przez producentów alkoholi i reklamy. Tak naprawdę jest odwrotnie: wystarczy regularnie pić alkohol i mamy większe stężenie hormonów stresu niż ludzie niepijący i gorszą jakość snu, udowodnione zresztą w badaniach.

No właśnie, ma pan wiedzę na temat badań. Nie każdy zwykły Kowalski je śledzi. Na ile zatem to, że jest pan lekarzem, miało wpływ na decyzję porzucenia alkoholu?

Zdecydowanie duży. Jestem lekarzem, w dodatku dość aktywnym w internecie, więc chcę pokazywać pacjentom siebie jako przykład, że można nie pić, że to niezdrowe. Wiem, że panuje takie przekonanie, że wielu medyków przekonuje do zdrowego stylu życia w gabinecie, a sami źle się odżywiają, piją, są otyli, nie dbają o siebie. Nie chcę być takim lekarzem. Nie jestem ideałem oczywiście, ale trzeźwość szczególnie leży mi na sercu.

Przypuszczam jednak, że w komentarzach pod swoimi postami nie natyka się pan jedynie na słowa uznania.

Oj, nie. Jak piszę o tym, że jestem abstynentem, dużo osób mi przyklaskuje, ale są i tacy, którzy piszą: "A ja piję, no i co z tego?!", "A ja dziś wypiłem dwa piwa i dobrze się czuję" albo "A ja piję codziennie od 20 lat i jakoś jestem zdrowy".

Jak pan myśli, dlaczego to piszą?

Myślę że te osoby zderzają się ze swoją słabością. Muszą sobie jakoś poradzić ze swoim nałogiem. A to nie jest łatwe. Ale kontrowersja się klika: jak kilka lat temu opublikowałem swoją pierwszą rolkę o tym, że codzienne picie piwa szkodzi, miałem z niej chyba z 6 mln wyświetleń.

Odpisuje pan takim osobom?

Bardzo rzadko. Czasem na przykład, że jak wytrzeźwieją, to pogadamy (śmiech).

A w gabinecie mówi pan otwarcie o tym, że nie pije? Przekonuje pan pacjentów, by też rzucili alkohol?

Jasne.

Jakie są reakcje?

Wiele osób chce mi dorównać. Niektórzy chwalą się okresami abstynencji, ale jak dopytuję, często okazuje się, że raz na jakiś czas wypili piwo. Zresztą, często słyszę: "Panie doktorze, ale ja nie piję". "Naprawdę, nawet piwa?". "A, piwko od czasu do czasu to tak". Niestety, wielu Polaków – według jednego z badań prawie połowa badanych – nie uznaje piwa za alkohol.

Z czego może to wynikać?

Nie mam pojęcia. Mamy z piwem ogromny problem jako społeczeństwo, bo nie dość, że można je reklamować, to jeszcze większość reklam łamie w mojej ocenie obowiązujące prawo, pokazując je jako coś, co powinno się nam kojarzyć z relaksem i wypoczynkiem. W dodatku tych reklam jest mnóstwo, czasem trafiam na pięć pod rząd w telewizji.

Alkohol jest normalizowany. Wystarczy wejść do pierwszego lepszego sklepu, by już na wejściu trafić na promocje piwa typu "drugi sześciopak za pół ceny".

Tak. Przecież to absurd, że wmawia się nam: masz czas wolny, to musisz się napić. A to tak bardzo nam pogarsza ten czas wolny!

Proszę też zwrócić uwagę, jak to działa podprogowo: jak pijemy alkohol, jakieś wino czy drinki, to oczywiście w najpiękniejszych kieliszkach. To śmieszne, że najpiękniejsze naczynia do picia w domu przeznaczamy na truciznę. Mówimy "na zdrowie", a się trujemy.

Na alkoholu tracimy także ekonomicznie. Mamy 10 mld zł przychodu z akcyzy, a koszty nadużywania alkoholu przez społeczeństwo stanowią między 100 a 180 mld zł! W to wchodzą m.in. koszty związane z wypadkami, chorobami, jakie wywołuje alkohol, lekami, psychologami… Jesteśmy w plecy o gigantyczne pieniądze!

Mówił pan o tym kłamliwym przekazie "piwo równa się relaks". Teraz często trafiam na taką reklamę piwa, w której znany aktor zachęca do kufla słowami, by "zrzucić zbroję".

Właśnie to jest ogromny problem, widoczny szczególnie wśród mężczyzn. Myślenie na zasadzie: mam tyle kłopotów, nie będę o nich mówił, tylko pójdę z kumplami na kieliszek czy piwo, odstresuję się. A to działa odwrotnie.

Odstawienie alkoholu to droga do samorozwoju i poznania samego siebie. Gdy nie pijesz, to nagle okazuje się, że na imprezie nie masz tego wsparcia w postaci alkoholu – możesz czuć wstyd, by wyjść na parkiet, by z kimś zagadać.

Cieszę się, bo udało mi się już kilku kolegów namówić do tego, by nie pić. Niektórzy przeżyli kilkumiesięczny okres abstynencji i zobaczyli, ile ten czas dał im siły, jak poprawiła się ich wydolność, jak się rozwinęli wewnętrznie.

Każdy, nawet krótki okres niepicia, liczy się na plus.

Pewnie. Pozwala też zobaczyć, że po imprezie można być pełnym energii, szczęśliwym, że mieliśmy super wieczór. A nie "umierać" na kacu. Nienawidziłem kiedyś tych niedziel po imprezach. Teraz nie piję i dzień po czuję się świetnie, robię to, na co mam ochotę.

Zyskał pan dodatkowy dzień tygodnia (śmiech).

Tak! Smutne jest to, że mężczyźni upatrują w takim alkoholowym wieczorze jakiejś siły, wspólnoty, że oto pijemy razem. A ja widzę w tym absolutnie coś odwrotnego: słabość. Bo nie umieją się bawić bez substancji psychoaktywnych.

A zdarza się, że przekonuje pan pacjenta w gabinecie do abstynencji, a on na to wprost: "nie ma mowy"?

Jasne. Ale mam ostateczny argument, którym przekonuję pacjentów do rzucenia alkoholu. Mówię im, jak bardzo źle działa na męskie hormony, potencję, popęd. I sprzyja otyłości.

A co pan zauważył u siebie po odstawieniu alkoholu? Siedem lat abstynencji to niemało.

Na pewno lepiej się wysypiam, mam więcej siły – także do ćwiczeń na siłowni, czuję mniejszą kumulację stresu. Te siedem lat to dla mnie praca nad pewnością siebie, nad charakterem. Nauczyłem się, jak radzić sobie z codziennymi trudami bez żadnych dodatkowych substancji. To wymaga pracy, ale korzyści są ogromne. Poza tym bez alkoholu mózg lepiej funkcjonuje, lepiej kojarzymy fakty, skupiamy uwagę.

A w badaniach?

Nie pamiętam już szczegółów swoich własnych, bo kilka lat minęło, ale mam przykład mojego pacjenta, który na trzy miesiące odstawił piwo: do normy wróciły mu zarówno trójglicerydy, glukoza, kwas moczowy, jak i parametry wątrobowe. W efekcie nie potrzebował leków.

Dało mu to do myślenia? Czy wrócił do picia?

Wrócił, ale na krótko. Musiał trochę powalczyć ze sobą, ale się udało i już nie pije.

A jak pana abstynencja wpłynęła na relacje ze znajomymi? Może zakończyła niektóre relacje?

Tak, głównie z osobami, które przestały mnie zapraszać, bo nie piję.

Czy to było tego warte? Nie tęskni pan za takimi spotkaniami?

Nie, wcale. I to jest najpiękniejsze, bo ludziom się wydaje, że dokonałem jakiegoś wielkiego wyboru i kosztuje mnie to ogromną ilość sił. Zawsze mnie to szokuje. U alkoholików jest to ogromny wysiłek, jasne. Ale u takich osób jak ja taka świadoma rezygnacja to żaden problem. Patrzę tylko na korzyści, jakie mi to daje.

A przeszkadza panu, jak ktoś obok pije?

Nie mam nic przeciwko, nie chcę nikogo pouczać.

Zdarza się panu usłyszeć: a dlaczego nie pijesz?

Rzadko. A jeśli już, to mam krótką odpowiedź: a po co mam się truć? To zamyka pole do dyskusji.

Wróćmy jeszcze do pacjentów. Jakie historie utkwiły panu szczególnie w pamięci?

Miałem kiedyś pacjentkę po sześćdziesiątce, która piła z mężem wieczór w wieczór. Mimo że się nie upijali, zaczęło jej to przeszkadzać. Uznała, że chce przestać i zacząć się leczyć.

Ostatnio, jak rozmawialiśmy, mówiła, że musi się rozwieść, bo mąż nie akceptuje tego, że ona już z nim nie pije. Stał się agresywny. Przestała być jego towarzyszką.

To pokazuje, jaki on sam ma problem.

Właśnie. Uważa, że nie jest alkoholikiem, bo nie upija się na ulicy, a jednocześnie wymaga, by żona piła razem z nim.

Niestety, wśród moich pijących pacjentów to jest w kółko jedna ta sama historia: codziennie po pracy sięgają po piwo, ale nie widzą w tym problemu. Przychodzą do gabinetu, bo to picie przeszkadza… ich żonom. A oni przecież "dbają o siebie" i "piwko ich odstresowuje".

Przychodzą też kobiety, które mówią: "Panie doktorze, mąż codziennie pije, ja już nie wiem, co robić".

Co pan im doradza?

Żeby przyszły do mnie z mężami. I rozmawiamy. Panowie mówią, że nie piją tak dużo. A jak dopytuję, to wychodzi 16 piw w tygodniu.

Jak ich pan przekonuje, żeby przestali? Co chce pan przekazać osobom, które przeczytają naszą rozmowę?

Że abstynencja daje ogromną życiową siłę, zmniejsza stres, poprawia sen, wydolność – także seksualną.

Na szczęście młodzi ludzie piją coraz rzadziej. Mam nadzieję, że ten trend się utrzyma.

Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.

Wybrane dla Ciebie