Ma 101 lat. Charakteryzatorka z Łodzi zdradza sekret długowieczności
Przez lata pracowała w Wytwórni Filmów Fabularnych w Łodzi przy tworzeniu takich produkcji jak "Chłopi" czy "Kariera Nikodema Dyzmy". To praca, jak zdradziła nam Irmina Romanis, jest jednym z sekretów jej sprawności umysłowej mimo wieku. Co jeszcze stoi za długowiecznością charakteryzatorki z Łodzi?
Mateusz Różański: Zawsze, gdy przychodzę do kogoś do domu, patrzę na bibliotekę. U pani widzę sporo nowości. Dużo pani czyta?
Irmina Romanis: Ostatnio całkiem sporo, mniej więcej jedną książkę dziennie. Moim głównym zainteresowaniem stały się biografie, bo beletrystyka zaczęła mnie już nieco nudzić. Wolę dowiadywać się czegoś o prawdziwym życiu. Niedawno czytałam biografię Antoniego Słonimskiego. Niezwykle ciekawy człowiek.
Rozmowa z psychologiem Ewą Niewolą. "Długowieczność zaczyna się od zdrowia"
Dobrze, w takim razie zapytam: jak czuje się osoba, która w tym roku obchodziła 101. urodziny?
Wszyscy mnie o to pytają! A ja nie czuję wielkiej różnicy w porównaniu z tym, jak się czułam, mając dziewięćdziesiąt lat. No, może doszło kilka dolegliwości zdrowotnych, które w tym wieku po prostu muszą się już pojawić.
Wie pani, chciałbym w pani wieku mieć choć połowę tej sprawności. Zwłaszcza intelektualnej.
Umysł miałam zawsze sprawny. A to dlatego, że moje życie było niezwykle pracowite, a swoją pracę lubiłam, a nawet kochałam. Przepracowałam w ten sposób ponad 40 lat, będąc przy tym od samego początku istnienia łódzkiej kinematografii. Po zakończeniu wojny i powrocie do domu dowiedziałam się, że otwierają Szkołę Charakteryzacji Artystycznej dla Teatru i Filmu w Łodzi. Od razu się zgłosiłam. Tak zaczęła się moja wielka przygoda z kinem. Mogłam obserwować, jak rozkwitały kariery nowych gwiazd, w tym mojej serdecznej przyjaciółki Aleksandry Śląskiej, ale miałam też okazję poznać wybitnych aktorów i aktorki kina przedwojennego.
A pamięta pani swój pierwszy film?
Oczywiście! To był "Dom na pustkowiu", w którym występowała m.in. właśnie Oleńka Śląska. Wtedy produkcja nie wyglądała tak jak teraz, że film powstaje w miesiąc. Prace potrafiły ciągnąć się latami. "Dom na pustkowiu" kręciliśmy przez rok i w tym czasie bardzo się wszyscy ze sobą zżyliśmy. Atmosfera była cudowna, mimo że wszyscy niezwykle ciężko pracowaliśmy.
Ta praca, choć wymagająca, była dla pani przede wszystkim przyjemnością?
Tak, choć sprawy skomplikowały się, gdy wyszłam za mąż i urodziłam dziecko. Trzeba było wstawać o czwartej lub piątej rano. To był trudny logistycznie czas, ale jakoś przeżyłam (śmiech).
Co w takich trudnych chwilach było dla pani największym życiowym napędem?
Miłość do kina. Gdy byłam jeszcze dzieckiem, przed wojną, mama co tydzień kupowała ilustrowane pismo. Wycinałam z niego zdjęcia aktorów, wklejałam je do zeszytu i każde z nich pracowicie opisywałam. Jako młoda dziewczyna podkochiwałam się w tych artystach…
…a potem z częścią z nich widywała się pani na planie filmowym.
Właśnie tak. Byli wobec nas pełni szacunku, niezwykle szarmanccy. Założycielką szkoły, w której się uczyłam, była prof. Kazimiera Narkiewicz, charakteryzatorka pracująca przed wojną w wielu filmach, żona wielkiego aktora Kazimierza Opalińskiego. Nauka trwała dwa lata. Nie wszystkie dziewczęta dostały potem etat w filmie, ale ja znalazłam się w tej szczęśliwej grupie.
Porozmawiajmy chwilę o realiach tamtej pracy. Dziś, gdy mówimy o sekretach długowieczności, eksperci podkreślają wagę diety, regularnego snu i unikania stresu…
O, to u nas z tym wszystkim był spory problem! Jadło się to, co akurat było pod ręką, a na planie filmowym często nie było zupełnie nic. Pojęcie cateringu wtedy nie istniało, więc spędzenie całego dnia o głodzie było czymś zupełnie normalnym. Nikt nie zawracał sobie głowy takimi rzeczami jak dbanie o zdrowie. Na plan jechało się skoro świt, pierwszym tramwajem, czasem o czwartej rano, bo zdjęcia startowały o ósmej, a charakteryzację trzeba było zrobić wcześniej. Prace kończyliśmy niekiedy późno w nocy, bo w ciągu jednego dnia potrafiliśmy robić nawet dwadzieścia pięć dubli. Mimo to naprawdę nikt nie narzekał. Nikt nawet nie mówił, że jest zmęczony, bo wszyscy bezgranicznie kochaliśmy film. Ja sama nigdy w życiu nie marudziłam i chyba wyszło mi to na dobre. Wszyscy – i twórcy przedwojenni, i ci powojenni – mieliśmy jeden wspólny cel, któremu oddawaliśmy całe swoje życie.
Co stanowiło dla pani największą motywację?
Samo to, że znalazłam się w takim towarzystwie. Otaczali mnie ludzie inteligentni, światowi, sławni – dokładnie ci, których zdjęcia jako dziewczynka wklejałam do swojego zeszytu. Pracowałam ze śmietanką przedwojennego kina. Ta atmosfera była dla mnie czymś niesamowitym. Wcześniej o tym nawet nie marzyłam. Urodziłam się i wychowałam w Łodzi, która przed wojną przecież w ogóle nie kojarzyła się z kinem.
Łódź była wtedy bardziej polskim Manchesterem niż polskim Hollywood.
Dokładnie. A potem przyszła wojna, Warszawa została zniszczona i całe życie kulturalne, instytucje, urzędy, filharmonia oraz radio przeniosły się właśnie do Łodzi. W tej nowej rzeczywistości po prostu dorastałam. Wszyscy zaczynaliśmy wtedy od zera, wspólnie uczyliśmy się robić filmy i bezinteresownie sobie pomagaliśmy.
Domyślam się, że w charakteryzatorni nie miała pani do dyspozycji takiej palety kosmetyków, jak dzisiejsze wizażystki.
Wtedy znana była jedna Helena Rubinstein, która mieszkała w Ameryce. Wszystkie profesjonalne kosmetyki sprowadzano dla nas zza oceanu właśnie od niej. Na planie nikt nie tolerował tandety. Wszystko musiało być najwyższej możliwej jakości i każdy o to dbał.
Podobnie było z relacjami międzyludzkimi. Podam panu przykład: pracowałam przy filmie "Załoga" (1951). Grało w nim wielu bardzo młodych aktorów, którzy równolegle występowali w słynnym widowisku Leona Schillera "Kram z piosenkami". Godziny spędzane u nas w charakteryzatorni wykorzystywali na ćwiczenie swoich partii wokalnych. A byli to wspaniali chłopcy między innymi: Tadeusz Łomnicki, Tadeusz Janczar, Włodzimierz Skoczylas.
Czyli miała pani prywatne koncerty w ramach obowiązków służbowych?
I to codziennie! Jednak najważniejsze było to, jak głęboko się przyjaźniliśmy. Z Łomnickim nie widziałam się później przez jakieś dwadzieścia lat. A gdy spotkaliśmy się w 1984 r. na planie "Domu wariatów" Marka Koterskiego, wyściskaliśmy się i wycałowaliśmy jak para najbliższych przyjaciół.
Piękna historia.
Wie pan, myślę, że mieliśmy wtedy zupełnie inne podejście do czasu. Nie było tego dzisiejszego pędu, wiecznego ścigania się ze wszystkim i poganiania. Filmy robiło się powoli, rzetelnie, poświęcając każdej scenie mnóstwo uwagi. Takim naszym nieformalnym egzaminem po ukończeniu szkoły była praca przy filmie "Ostatni etap" (1948). Pojechałyśmy całą grupą wraz z ekipą filmową do Oświęcimia na kilka miesięcy. Wszyscy byliśmy w podobnym wieku. Codziennie budzono nas strażacką syreną o czwartej rano, wsiadaliśmy w samochody i jechaliśmy na plan. Choć temat filmu był niezwykle trudny i bolesny, to dla nas, młodych ludzi, była to jednocześnie niesamowita przygoda.
A co było najtrudniejsze dla pani w pracy?
Najtrudniejszy był dla mnie serial "Królowa Bona" w reżyserii Janusza Majewskiego, gdzie trzeba było ucharakteryzować dojrzałą Aleksandrę Śląską na młodą dziewczynę. To był rok 1980, czyli ponad czterdzieści lat temu, a nie było też takich możliwości i materiałów charakteryzatorskich jak dzisiaj.
Z tego, co pani mówi, wyłaniają się już pierwsze składniki pani przepisu na długowieczność: optymizm, ciężka praca i głębokie relacje.
Tak, te relacje były kluczowe. Przyjaźnie zawarte na planie trwały dekadami. Tak było chociażby z Barbarą Krafftówną. Nasi mężowie się przyjaźnili, a my mocno wspierałyśmy się nawzajem przy wychowywaniu dzieci. Takich bliskich relacji miałam o wiele więcej, choć niestety większość moich przyjaciół już odeszła.
Domyślam się, że tej ciężkiej pracy towarzyszyło również bogate życie towarzyskie?
Zawsze znaleźli się jacyś weseli chłopcy i dziewczęta, a z nimi okazja do świętowania. Życie towarzyskie kwitło w każdych okolicznościach. W szkole filmowej praktycznie bez przerwy trwała jakaś impreza. Musi pan jednak zrozumieć kontekst czasów, o których opowiadam. Myśmy wtedy dopiero co przeżyli straszliwą wojnę. Wielu z nas miało za sobą doświadczenia obozów czy pracy przymusowej. Mnie samą jako młodą dziewczynę wywieziono do pracy w fabryce silników w Poznaniu. Przed samym końcem wojny całą pozostałą przy życiu młodzież zaganiano do kopania okopów. Trafiłam do wsi pod Płockiem. Spaliśmy w szopach i wiejskich chałupach, myliśmy się przy studni. Do miejsca pracy szliśmy w jedną stronę trzy godziny, więc wychodziliśmy i wracaliśmy w kompletnych ciemnościach. Pracowaliśmy tak od września 1944 r. do stycznia 1945. Ale nawet tam nawiązaliśmy przyjaźnie. Pamiętam, jak mężczyźni pomagali nam kopać doły przeciwczołgowe, bo wiedzieli, że to zbyt ciężka fizyczna praca dla kobiet.
A potem zamieniła pani łopatę na szminkę, a kopanie okopów na magię kina. Słuchając pani, dostrzegam niesamowitą zdolność do cieszenia się życiem i szukania szczęścia w drugim człowieku.
Wcześniej nawet nie marzyłam, że mogłabym osobiście poznać tych wszystkich wspaniałych aktorów, reżyserów i artystów. A do tego jeszcze mi za to płacili. Co prawda były to niewielkie pieniądze, ale przecież w życiu wcale nie chodzi o pieniądze.
A co robiła pani po przejściu na emeryturę? Dla wielu osób nagły koniec pracy zawodowej bywa momentem kryzysowym.
Odeszłam na emeryturę w czasie stanu wojennego i większość czasu spędzałam na swojej działce nad Pilicą. Był to wreszcie czas relaksu i zasłużonego odpoczynku po trudach dotychczasowego życia.
Żyjąc tak barwnie, dożyła pani pięknego wieku.
No tak, ale wie pan, swoje dolegliwości też mam, mimo że nigdy nie piłam alkoholu i nie paliłam papierosów. Niedawno przechodziłam operację wymiany zastawki serca. Profesor Krzysztof Jerzy Wranicz stwierdził, że mam organizm osiemdziesięciolatki (śmiech).
Muszę panu powiedzieć, że do lekarzy też mam w życiu szczęście – wszyscy są dla mnie niezwykle pomocni, sympatyczni, a leczą mnie sami najlepsi. I to jest tajemnica mojej długowieczności.
Myślę, że ma pani ich dużo więcej. I nie tylko lekarze mogliby się od pani uczyć.
A co ja tam mogę wiedzieć? Nigdy nie robiłam sobie żadnego planu na długie życie. Po prostu żyłam najlepiej, jak potrafiłam.
Irmina Romanis – charakteryzatorka. Urodzona w Łodzi w 1925 r. Od 1947 aż do przejścia na emeryturę była zatrudniona w Wytwórni Filmów Fabularnych w Łodzi. Pracowała przy realizacji kilkudziesięciu filmów i seriali telewizyjnych, m.in. "Chłopi" (1972) i "Kariera Nikodema Dyzmy" (1980), "Jak być kochaną" (1962), "Jak rozpętałem II wojnę światową" (1969), "Zazdrość i medycyna" (1973), "Królowa Bona" (1980), "Akademia Pana Kleksa" (1983) i "Dom wariatów" (1984). W 2020 została uhonorowana Nagrodą Stowarzyszenia Filmowców Polskich za wybitne osiągnięcia artystyczne.
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.