Piotr to niejedyny przypadek. "Nasz kraj produkuje osoby niepełnosprawne"
Robert Mikołajewski wiele przeszedł, by sprowadzić do Polski syna, który dwa lata temu miał wypadek w Albanii. Dziś, działając w Fundacji Wstawaj i Walcz, pomaga rodzinom osób, które w wyniku nagłych zdarzeń utknęły za granicą. Mówi o trudnych sytuacjach medycznych, takich jak sprawa Piotra Moczulskiego przebywającego w filipińskim szpitalu, oraz o brakach polskiego systemu w tym zakresie.
Magdalena Pietras, Wirtualna Polska: Jak Fundacja Wstawaj i Walcz zaangażowała się w sprawę Piotra Moczulskiego?
Robert Mikołajewski, sekretarz zarządu Fundacji Wstawaj i Walcz: Szczerze mówiąc, byliśmy zaangażowani, ale niewiele mogliśmy pomóc. Kiedy brat pana Piotra się do nas zgłosił, wiedzieliśmy już, że zwracał się właściwie do wszystkich najważniejszych organów: do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Ministerstwa Zdrowia, Kancelarii Premiera, do ówcześnie urzędującego prezydenta Andrzeja Dudy.
Znam ten mechanizm z innych spraw. Kiedy jako fundacja piszemy maile do urzędów, bardzo często nikt nam nie odpowiada. Dlatego w przypadku pana Piotra skupiliśmy się bardziej na próbie zorganizowania pieniędzy.
Przypadek Piotra nie jest odosobniony. Wiem, że fundacja miała kontakt z wieloma podobnymi historiami. Która z nich najbardziej pana poruszyła?
Najbardziej poruszyła mnie sprawa pani Luizy Lach z Jaworzna, która wyjechała do Turcji do pracy. Zabrała ze sobą 12-letniego syna. Pewnego dnia straciła przytomność. Jak się później okazało, powodem było pęknięcie tętniaka w głowie.
Chłopiec nie wiedział wtedy, co robić. Po wielu godzinach zadzwonił do swojej 22-letniej siostry w Polsce i powiedział, że mama się nie rusza. Siostra kazała mu polać mamę wodą, ale to nie pomogło. Ten chłopiec nie znał języka. Wyszedł na ulicę i próbował kogoś zaczepić. Łapał ludzi za rękę. W końcu udało mu się sprowadzić jakąś kobietę do mieszkania. Ona zobaczyła, co się dzieje, i wezwała pomoc. Pogotowie zabrało mamę, a chłopiec został sam.
Dla mnie to jest nie do pomyślenia. W takiej sytuacji polska ambasada powinna natychmiast wysłać przedstawiciela. Kogoś, kto mówi po polsku, kto zajmie się dzieckiem, kto zapewni mu psychologa. Ten chłopiec przez kilkanaście godzin był sam z nieprzytomną mamą, potem został w obcym kraju, bez języka, bez bliskich.
Co stało się później z chłopcem?
Po kilku dniach przyleciała po niego siostra i zabrała go do Polski. Ale przez ten czas był pod opieką pracodawcy matki, którego znał zaledwie od tygodnia. Moim zdaniem placówka dyplomatyczna powinna zareagować od razu i pomóc formalnie w powrocie do Polski. Tymczasem rodzinę jedynie pouczono, żeby przy przekraczaniu granicy chłopiec nie płakał, bo jeśli służby graniczne to zauważą, mogą go nie wypuścić.
Pan również ma trudne doświadczenia związane z hospitalizacją bliskiej osoby za granicą.
Zgadza się. Wydarzyło się to dwa lata temu. Polecieliśmy na kilka dni do Tirany. Mój syn był tam ze swoją dziewczyną już wcześniej, ja doleciałem później z kolegami. Tego dnia mieliśmy obejrzeć relację z meczu tenisa. Było gorąco, przechodziliśmy obok zbiornika wodnego. Mój syn chciał przepłynąć kawałek w stronę plaży. Patrzyłem, jak płynie, był już prawie przy brzegu. Nagle zniknął pod wodą.
Od razu rzuciliśmy się na pomoc i go wyciągnęliśmy. Na miejscu szybko pojawiło się pogotowie, policja. Zabrali go do szpitala. Ja byłem w szoku, ale myślałem: żyje, więc będzie dobrze. Następnego dnia pielęgniarka powiedziała tylko: "critical". Wtedy ugięły mi się nogi. Zrozumiałem, jak poważna jest sytuacja.
Co działo się później?
Pierwsze dni były bardzo trudne. Syn trafił do szpitala w Tiranie i przez długi czas walczył o życie na oddziale intensywnej terapii. Po około trzech tygodniach lekarze w Albanii powiedzieli wprost, że zrobili wszystko, co mogli, i że syn powinien zostać przewieziony do Polski.
Wydawało się wtedy, że najtrudniejsze jest już za nami, ale okazało się, że prawdziwe problemy dopiero się zaczynają. Mieliśmy zapewniony prywatny transport medyczny i byliśmy gotowi za niego zapłacić, jednak firma transportowa postawiła jeden warunek – musiała otrzymać gwarancję, że po przyjeździe pacjent zostanie przyjęty do konkretnego szpitala w Polsce. I właśnie znalezienie miejsca okazało się największym wyzwaniem.
Kontaktowaliśmy się ze szpitalami, NFZ-em, Ministerstwem Zdrowia, Ministerstwem Spraw Zagranicznych i wieloma innymi instytucjami. Przez długi czas nikt nie chciał zagwarantować przyjęcia syna. Słyszeliśmy, że nie ma miejsc albo że dana placówka nie może podjąć takiej decyzji.
W pewnym momencie byliśmy już kompletnie bezradni. Odbijałem się od kolejnych instytucji, szpitali i urzędów, a nikt nie potrafił wskazać konkretnego rozwiązania.
W końcu zadzwoniłem do Kancelarii Premiera, wtedy Donalda Tuska. To był moment, kiedy miałem poczucie, że wykorzystałem już wszystkie inne możliwości. Z tego, co później zaobserwowałem, po interwencji kancelarii sprawa zaczęła nabierać tempa. Ambasada i przedstawiciele służb konsularnych zaczęli się z nami częściej kontaktować i pytać, w czym mogą pomóc.
Jak polskie instytucje sprawdziły się tuż po wypadku?
Kiedy syn był tam w szpitalu, zadzwoniłem do konsula. Chciałem tylko ustalić, czy to jest dobra placówka, czy może jest inna, lepsza. Wiedziałem, że w Tiranie jest też szpital amerykański. Mówiłem: może przewieziemy syna tam, może trzeba coś zorganizować. Konsul później już się nie odezwał. Po kilku dniach zadzwonił ktoś z konsulatu z prośbą o numer dowodu. I tyle.
Byliśmy w obcym kraju, nie znaliśmy dobrze języka, a przecież w szpitalu każde słowo jest ważne. Szukałem tłumacza. Przez przypadek trafiłem na człowieka, który mówił świetnie po polsku, bo studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim, a jednocześnie był związany z albańskim Ministerstwem Zdrowia. Bardzo nam pomógł, również w kontaktach ze szpitalem.
Czy po sprowadzeniu pacjenta problemy się skończyły?
Nie. Często dopiero wtedy zaczyna się kolejna walka. W naszym przypadku po powrocie syna do Polski zaczęły się problemy z ZUS-em, dokumentacją, świadczeniami, ubezwłasnowolnieniem, rehabilitacją. Syn pracował, był ubezpieczony, a mimo to ZUS odmówił mu chorobowego, bo szpital w Albanii nie określił, do kiedy będzie niezdolny do pracy. Ja mówiłem: przecież ja nie wiem, czy on przeżyje do popołudnia, a wy chcecie, żeby albański szpital napisał, kiedy wróci do pracy?
Było kilka decyzji odmownych. Odwoływaliśmy się do sądu. Dopiero po interwencji mediów część decyzji została uchylona. I to jest kolejny problem: bardzo często jedyną realną siłą są media. Dopóki sprawa nie stanie się medialna, urzędy mogą przeciągać odpowiedzi albo nie reagować.
Co dzieje się z pacjentami w stanie ciężkim po wyjściu ze szpitala?
Jeśli pacjent wymaga intensywnej rehabilitacji, rodzina bardzo często zostaje sama. Prywatne ośrodki kosztują ogromne pieniądze. Dwa lata temu płaciliśmy 42 tys. zł za cztery tygodnie rehabilitacji. To są kosmiczne kwoty.
Na NFZ dostęp do rehabilitacji jest bardzo ograniczony. Mój syn ma prywatnie około 80 godzin rehabilitacji miesięcznie. Gdyby miał tylko to, co oferuje system, byłby dziś w dużo gorszym stanie. A co mają zrobić ludzie, którzy żyją z najniższej krajowej?
Uważam, że nasz kraj w ten sposób produkuje osoby niepełnosprawne. Jeśli ktoś przez dwa lata za granicą ma po kilka godzin rehabilitacji dziennie, a potem wraca do Polski i dostaje minimalne wsparcie, to jego stan może się dramatycznie pogorszyć.
Co wobec tego, pana zdaniem, powinno się zmienić w naszym kraju?
Po pierwsze, trzeba uznać, że to nie są pojedyncze przypadki. Polacy podróżują coraz więcej i takie sytuacje będą częstsze.
Po drugie, potrzebny jest koordynator. Rodzina powinna mieć jeden numer telefonu. Zgłasza problem i dalej rozmawia z jedną osobą, a ta osoba zbiera informacje i uruchamia procedury. W kryzysie człowiek nie jest w stanie dzwonić do NFZ, ZUS, ministerstw, szpitali, ambasady i jeszcze walczyć z kolejnymi odmowami. Ja się napędzam działaniem, ale też byłem wykończony psychicznie. A co ma zrobić ktoś, kto siada i płacze? Co ma zrobić starsza osoba? Co ma zrobić matka, która dowiaduje się, że jej dziecko może umrzeć?
Po trzecie, trzeba rozmawiać o obowiązkowym, realnym ubezpieczeniu podróżnym. Dziwi mnie, że wciąż nie ma powszechnego obowiązku posiadania ubezpieczenia podróżnego. W przypadku samochodów nikogo nie dziwi obowiązkowe OC. Zdarza się, że ktoś wydaje kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych na wyjazd, a później rezygnuje z ubezpieczenia kosztującego kilkaset złotych. Tymczasem koszty transportu medycznego mogą być ogromne. W przypadku odległych kierunków, jak kraje azjatyckie, koszty mogą oscylować nawet wokół miliona złotych.
Po czwarte, trzeba uprościć dostęp rodzin do podstawowych dokumentów w sytuacjach nagłych. Jeśli dorosły człowiek ulega wypadkowi, traci świadomość albo jest w ciężkim stanie za granicą, rodzina bardzo często nie może uzyskać nawet podstawowych informacji. Rodzic idzie do ZUS-u i słyszy, że nie dostanie dokumentów, bo nie ma pełnomocnictwa. A ile osób ma wcześniej złożone pełnomocnictwo dla rodziców, żony czy dzieci? Prawie nikt. Przecież młody człowiek nie zakłada, że będzie miał ciężki wypadek za granicą i ktoś będzie musiał w jego imieniu załatwiać dokumenty.
Kiedy rozmawiam z rodzinami osób, które są w ciężkim stanie za granicą, mówię im: sprawdźcie pełnomocnictwa, załatwcie je jak najszybciej, jeśli pacjent jest jeszcze w stanie cokolwiek podpisać. Bo później może być za późno.
Trzeba też stworzyć jasną ścieżkę: co dzieje się z pacjentem od momentu wypadku za granicą, przez transport do Polski, przyjęcie do szpitala, rehabilitację, ZUS, świadczenia i opiekę prawną. Dzisiaj każda rodzina uczy się tego sama, w najgorszym momencie życia.
Wiele osób mówi: trzeba było się ubezpieczyć albo nie jechać za granicę. Co pan odpowiada na takie komentarze?
Odpowiadam tak: jeśli byłby konflikt wojenny, to mój syn — młody, sprawny mężczyzna — dostałby karabin i miałby iść bronić kraju. Państwo ma wobec obywatela oczekiwania, ale państwo ma też obowiązki.
Nie może być tak, że obywatel zostaje za granicą tylko dlatego, że nie ma pieniędzy. Oczywiście, trzeba rozmawiać o ubezpieczeniach, trzeba edukować, trzeba wymagać odpowiedzialności. Ale najpierw trzeba ratować człowieka. Nie może być też tak, że wszystko zależy od zbiórki. Sam korzystałem z pomocy ludzi i wiem, jak to wygląda. To jest ciągłe proszenie, czy ktoś wpłaci, czy nie. A przecież mówimy o sytuacjach skrajnych: ciężki wypadek, śpiączka, stan wegetatywny, zagrożenie życia.
Powinna być krótka ścieżka. Dzieje się coś, rodzina zgłasza problem, państwo uruchamia procedury, a dopiero później rozmawiamy o kosztach, ubezpieczeniu, ewentualnym zwrocie czy rozwiązaniach systemowych.
Zwracam też uwagę na pewien paradoks. Przestępców potrafimy ściągać z całego świata, bo obowiązują przepisy, ekstradycja i zasada nieuchronności kary. Nikt wtedy nie mówi: po co ponosić koszty, po co sąd, po co ich utrzymywać. Skoro państwo działa w takich sprawach, bo wymaga tego prawo, to tym bardziej powinno działać wobec obywateli, którzy pojechali za granicę na wakacje albo do pracy i znaleźli się w dramatycznej sytuacji.
Rozumiem. Ale czy faktycznie mamy prawo oczekiwać takiej pomocy ze strony państwa? Mówimy przecież o prywatnych wypadach turystycznych.
Mamy do tego prawo. Dla mnie punktem wyjścia jest art. 36 Konstytucji. On mówi, że podczas pobytu za granicą obywatel polski ma prawo do opieki ze strony Rzeczypospolitej Polskiej. To nie jest dobra wola urzędu, tylko prawo obywatela.
Jest też prawo konsularne. Z tego, jak ja to rozumiem, konsul ma obowiązek udzielić pomocy obywatelowi polskiemu, zwłaszcza w takich sytuacjach jak poważny wypadek, ciężka choroba, zatrzymanie, aresztowanie, śmierć obywatela czy konieczność nagłego powrotu do kraju.
Nie rozumiem, dlaczego organ państwa, taki jak ambasada czy konsulat, mając przepis, szuka sposobu, jak go nie zastosować. Powinno być odwrotnie. Urzędnicy powinni widzieć problem i szukać rozwiązania. Nawet jeśli przepis jest nieprecyzyjny, państwo powinno zainicjować zmianę. Powinno powiedzieć: mamy problem, nasi obywatele zostają za granicą po ciężkich wypadkach i chorobach, trzeba stworzyć jasne procedury.
Czego oczekuje pan dziś od polskich instytucji?
Chciałbym, żeby ktoś wreszcie usiadł do poważnej debaty. Ministerstwo Spraw Zagranicznych, Ministerstwo Zdrowia, NFZ, przedstawiciele fundacji, osoby, które przeszły przez takie sytuacje. My mamy praktyczną wiedzę. Wiemy, gdzie system się zacina, gdzie rodziny są zostawiane same, jakie dokumenty są potrzebne, jakie są problemy ze szpitalami i rehabilitacją.
Nie chodzi o to, żeby pomóc jednej osobie i zapomnieć. Sprawa Klaudii, sprawa Piotra, sprawa pani Luizy, moja historia — to pokazuje, że problem istnieje. I będzie narastał.
Trzeba stworzyć procedury. Dzisiaj wygląda to tak, że kto przebije się do mediów, ten ma większą szansę na pomoc. A co z osobami, które są same? Co z ludźmi starszymi? Co z tymi, którzy nie mają rodziny, nie mają siły, nie wiedzą, gdzie zadzwonić? To są pytania, na które państwo powinno znać odpowiedź.
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.