Pojechał do sanatorium na rehabilitację. Kilka tygodni później stracił nogę

Dariusz Sierański miał w Busku-Zdroju rehabilitować kręgosłup. Po zabiegach jego stan gwałtownie się pogorszył, a na nodze pojawiły się rany. Sprawą zajęło się Biuro Rzecznika Praw Pacjenta, które stwierdziło naruszenie praw pacjenta.

Dariusz Sierański Dariusz Sierański
Źródło zdjęć: © Getty Images, Interwencja
Marta Słupska

Konieczna była amputacja nogi

Dariusz Sierański pojechał do sanatorium w Busku-Zdroju w grudniu. Liczył na poprawę stanu zdrowia i rehabilitację kręgosłupa. Zamiast tego, jak relacjonował w materiale "Interwencji", po zabiegach pojawiła się gorączka i silny ból nogi. Mężczyzna trafił do szpitala na oddział geriatryczny.

Na nodze zaczęły tworzyć się bąble, a później otwarte rany. Mimo pogarszającego się stanu pacjent został wypisany do domu. Niedługo później konieczna była amputacja nogi.

– Najbardziej to mam pretensje do szpitala. Były tam zmieniane opatrunki, ale było przekłamanie. Nie goiło się, a oni twierdzili, że się goi. Rany były coraz czarniejsze – mówił Dariusz Sierański dziennikarzom "Interwencji".

Mężczyzna podkreślał, że poruszanie się sprawiało mu ogromny ból. Jak twierdził, prosił o konsultację chirurgiczną.

– Taki chodzik był, to z wielkim bólem, dosłownie wyłem z bólu, żeby się dostać do łazienki. Trzeba było chirurga zawołać, dwa razy zamawiano go i nie przyszedł ani razu – relacjonował.

Doszło do naruszenia praw pacjenta

Sprawę zbadało Biuro Rzecznika Praw Pacjenta. Postępowanie zakończyło się stwierdzeniem naruszenia praw pacjenta podczas pobytu w Zespole Opieki Zdrowotnej w Busku-Zdroju. Zastrzeżenia dotyczyły m.in. wypisu pacjenta oraz dokumentacji medycznej.

– Najbardziej bulwersujące jest to, że pacjent został wypisany z tego podmiotu z ropiejącą raną, z otwartą raną, tak naprawdę z dysfunkcją ruchu. Pacjent nie mógł się poruszać, w związku z czym podmiot zobowiązany był do tego, żeby zapewnić transport sanitarny – skomentowała Urszula Rygowska-Nastulak z Biura Rzecznika Praw Pacjenta.

W szpitalu dziennikarze usłyszeli jednak, że pacjentowi bezpłatny transport się nie należał.

– Pan nie miał stopnia niepełnosprawności, nie musiał jechać na leżąco. Pacjent dostał propozycję transportu z 40 procentami odpłatności. Nikt temu pacjentowi nie odmówił transportu – tłumaczono.

RPP zwrócił też uwagę na sposób prowadzenia dokumentacji.

– Dokumentacja jest tak nieczytelna, że musieliśmy się domyślać, co jest napisane, a i tak ciężko nam było wysnuć odpowiednie wnioski, co z pacjentem konkretnie się działo i jakie świadczenia były mu udzielane bądź nieudzielane – mówiła Urszula Rygowska-Nastulak.

Dziennikarze "Interwencji" próbowali uzyskać komentarz dyrekcji szpitala przed kamerą. Dyrektor placówki odmówiła oficjalnej rozmowy. Przekazała, że lekarz złożył wyjaśnienia, a w placówce przeprowadzono szkolenia z zakresu praw pacjenta.

Dlaczego ja mam tego lekarza pozbawiać pracy? – usłyszeli dziennikarze.

Biuro Rzecznika Praw Pacjenta negatywnie oceniło również postępowanie lekarza POZ. Jak wynika z ustaleń, podczas jedynej wizyty lekarz nie obejrzał ran pacjenta i nie wystawił zleceń na opiekę pielęgniarską.

Naruszenie praw pacjenta stwierdzono także w uzdrowisku. Według RPP problemem była m.in. kwalifikacja do zabiegów.

– W przypadku uzdrowiska Busko-Zdrój dokumentacja była prowadzona tak, że tak naprawdę ciężko było stwierdzić, co tak naprawdę się działo. Jednak najbardziej bulwersujące było to, że pacjent został zapisany na zabiegi bez tak naprawdę analizy ryzyka – przekazała Urszula Rygowska-Nastulak.

Uzdrowisko nie zgadza się z zarzutami. Artur Durda, dyrektor ds. lecznictwa Uzdrowiska Busko-Zdrój, zapewnił, że pacjent był oceniony przez lekarza, a zabiegi zlecono zgodnie z procedurami.

– Z dokumentacji i z tych schorzeń, co pacjent miał, nie wynika, żeby zabiegi zostały zlecone źle – powiedział.

Dodał, że gdy podczas badania pielęgniarskiego zauważono zmiany na nodze, pacjent został skierowany do szpitala.

– Nie było w tym momencie żadnych zmian pęcherzowych na nodze – podkreślił.

Znajoma pana Dariusza przyznała, że mężczyzna miał świadomość swoich chorób, w tym miażdżycy. Jak mówiła, sam zastanawia się, czy pobyt w sanatorium nie przyspieszył dramatycznego przebiegu choroby.

– Darek ma świadomość tego, że ma miażdżycę, że ma inne choroby, on tak myśli, że wizyta w Busku w sanatorium przyspieszyła jeszcze bardziej postępowanie choroby – powiedziała Marzena Cegiełka.

Źródło: Polsat News

Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.

Wybrane dla Ciebie