Wyniki najnowszej kontroli Najwyższej Izby Kontroli malują dramatyczny obraz polskiego systemu ratownictwa medycznego. Głównymi problemami, z jakimi mierzą się Szpitalne Oddziały Ratunkowe oraz pogotowia, są gigantyczne braki kadrowe, ekstremalne przeciążenie personelu oraz traktowanie SOR-ów jako darmowej i szybkiej alternatywy dla tradycyjnych przychodni POZ.
6 dób dyżuru pod rząd
Najbardziej porażającym wnioskiem z raportu jest czas pracy medyków, którzy nierzadko funkcjonują na granicy fizycznej wytrzymałości. Rekordzista, lekarz z Radomia, przepracował bez przerwy aż 144 godziny, czyli pełne sześć dób.
Najpierw cel, potem pieniądze. Jak naprawić system ochrony zdrowia?
Podobna sytuacja miała miejsce w Sulęcinie, natomiast w Szczecinie pięciu lekarzy w kilkudziesięciu przypadkach dyżurowało bez przerwy przez pięć dni. Problem ten dotyka również ratowników medycznych. Jeden z nich, zatrudniony w szczecińskim pogotowiu, przepracował w ciągu jednego miesiąca aż 456 godzin, co daje średnio ponad 15 godzin pracy każdego dnia.
"Praca na pogotowiu nie ma charakteru ciągłego"
Tak drastyczne wydłużanie dyżurów było możliwe dzięki powszechnemu stosowaniu umów cywilnoprawnych, które w przeciwieństwie do kodeksu pracy nie limitują czasu świadczenia usług. Dyrektorzy placówek tłumaczyli te praktyki faktem, że praca w pogotowiu nie ma charakteru ciągłego, co rzekomo pozwala personelowi na regenerację między wyjazdami. Wskazywano również, że sami lekarze i ratownicy, z uwagi na duże odległości od miejsca zamieszkania, często świadomie wnioskowali o kilkudniowe dyżury, gdyż krótsza praca była dla nich po prostu nieopłacalna finansowo.
Niewielki odsetek w stanie zagrożenia życia
Równolegle do problemu przemęczenia personelu, SOR-y zmagają się z ogromnym napływem pacjentów, którzy w ogóle nie powinni tam trafić. Kontrola wykazała, że niemal połowa osób szukających pomocy na oddziałach ratunkowych nie potrzebowała pilnej opieki doraźnej. Co więcej, ponad 60 procent pacjentów przywiezionych przez karetki nie wymagało dalszej hospitalizacji, a zaledwie niewielki odsetek znajdował się w stanie bezpośredniego zagrożenia życia. Ponieważ najwięcej chorych zgłaszało się w dni robocze w porze dziennej, NIK wprost oceniła, że pacjenci traktowali SOR-y jako sposób na ominięcie kolejek do lekarzy rodzinnych i specjalistów.
Sytuację pogarsza fakt, że na oddziałach dramatycznie brakuje wykwalifikowanej kadry. Zaledwie niewiele ponad trzy procent lekarzy pracujących na SOR-ach to specjaliści medycyny ratunkowej, a w niektórych placówkach, takich jak szpitale w Choszcznie czy Gryficach, odpowiednich kwalifikacji nie posiadali nawet kierownicy oddziałów. Z powodu braków kadrowych, specjalistyczne zespoły ratownictwa medycznego, które powinny wyjeżdżać z lekarzem w składzie, bardzo często funkcjonowały w okrojonym, podstawowym składzie.
Wnioski z raportu
Jedynym obszarem, który NIK oceniła jednoznacznie pozytywnie, był stan techniczny ratownictwa. Zarówno ambulanse, śmigłowce Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, jak i same oddziały dysponowały nowoczesnym sprzętem medycznym oraz zapewniały sprawny dostęp do pełnej diagnostyki laboratoryjnej i obrazowej.
W podsumowaniu raportu NIK skierowała pilne wnioski do Ministerstwa Zdrowia o systemowe zwiększenie liczby specjalistów medycyny ratunkowej. Wojewodowie zostali wezwani do lepszego planowania sieci karetek i zabezpieczenia obsady dyspozytorni, natomiast dyrektorzy szpitali otrzymali nakaz usprawnienia procedur, tak aby decyzje o przyjęciu pacjenta na oddział zapadały szybciej, co pozwoliłoby rozładować tłok na SOR-ach.
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.