Wyznaczyli 700 porodów na rok. Wiele szpitali ma teraz problem. "Duże pole do domysłów"
Aż 111 porodówek nie spełnia kryterium 700 porodów rocznie określonego przez Ministerstwo Zdrowia - wynika z danych, które przekazał nam NFZ. Resort unika odpowiedzi na pytanie o ich losy. Znaków zapytania jest więcej.
Niemal połowa porodówek nie spełnia kryterium resortu zdrowia
"Bezpieczny szpital to taki, który zapewnia personelowi ciągłość praktyki. Według WHO (Światowa Organizacja Zdrowia) i FIGO (Międzynarodowa Federacja Ginekologii i Położnictwa) to powyżej tysiąca porodów rocznie. Naszym celem jest dążenie do standardu minimum dwóch porodów dziennie, czyli ponad 700 rocznie, co pozwala na utrzymanie wysokich umiejętności zawodowych kadr" - czytamy w stanowisku przesłanym do naszej redakcji przez Ministerstwo Zdrowia.
Tymczasem z danych, które przekazał nam Narodowy Fundusz Zdrowia, wynika, że kryterium 700 porodów rocznie nie spełnia aż 111 z 284 porodówek w kraju (dane na koniec 2025 roku).
Zapytaliśmy więc MZ, czy takie oddziały będą z automatu do zamknięcia? "Podkreślamy, że Ministerstwo Zdrowia nie zamyka oddziałów, to zawsze decyzja organów zarządzających" - odpisał nam resort.
Przypomnijmy, że na zorganizowanej przez ministerstwo w połowie stycznia konferencji prasowej prof. Ewa Wender-Ożegowska, konsultant krajowa w dziedzinie położnictwa i ginekologii, wskazała, że projekt MZ przewiduje konsultowanie zamykania kolejnych porodówek z konsultantem wojewódzkim. Chodziło o to, by nie zamykać oddziałów w sytuacji, kiedy w danym regionie kobiety nie miałyby już bezpiecznego dojazdu do porodówki.
Z prof. Wender-Ożegowską nie udało nam się od wczoraj skontaktować. Od piątku próbowaliśmy też uzyskać komentarz od prof. Mirosława Wielgosia, konsultanta krajowego w dziedzinie perinatologii, który także brał udział w styczniowej konferencji. Lekarz nie odbierał od nas telefonu, nie odniósł się też do sprawy w SMS-ie.
Których konkretnie regionów i szpitali miałoby to ostatecznie dotyczyć? MZ w tej sprawie milczy. Zapytaliśmy wprost o wyjątkowe sytuacje, w których porodówka powinna zostać, mimo że nie spełnia ustalonego kryterium porodów. Resort w ogóle się do tego nie odniósł.
- O takim limicie możemy mówić tylko przy założeniu, że w konkretnych, strategicznych miejscach w Polsce, gdzie muszą zostać oddziały położnicze, nawet jeśli nie spełniają kryterium 700 porodów. Jeśli przyjęlibyśmy sztywne kryterium, okazałoby się, że w niektórych miejscach do najbliższej porodówki byłoby grubo ponad 100 kilometrów - podkreśla w rozmowie z WP abcZdrowie dr n. med. Artur Drobniak, ginekolog, prezes Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie.
Pole do domysłów
Ministerstwo Zdrowia w przesłanym stanowisku podkreśla: "Chcemy zapewnić bezpieczeństwo i wyrównać dostęp do opieki położniczej". Czy wymóg 700 porodów rocznie to dobry kierunek? Przypomnijmy, że w ubiegłym roku, kiedy ważyły się losy porodówki w Lesku, nazywanej "ostatnią porodówką w Bieszczadach", mówiło się o kryterium 400 porodów.
Szefowa resortu zdrowia, którą była wówczas Izabela Leszczyna, obiecywała pomoc dla tego oddziału, mimo że było tam mniej niż 200 porodów. - Sieć porodówek musi zapewniać dostępność w określonej odległości i określonym czasie dojazdu - mówiła wówczas Leszczyna w rozmowie z Wirtualną Polską.
- Z medycznego i demograficznego punktu widzenia 700 porodów rocznie to jest racjonalny limit. Chodzi o bezpieczeństwo pacjentek, które może zapewnić jedynie zespół, który ma odpowiednią praktykę. Nie da się zdobyć takiej praktyki, odbierając poród raz na kilka tygodni - ocenia dr Drobniak.
- Przy takim progu zakładamy, że na oddziale odbierane są dwa porody dziennie. To wcale nie jest wygórowane kryterium, tym bardziej że są w Polsce porodówki, gdzie dziennie rodzi się nawet 18-20 dzieci - zwraca uwagę lekarz.
Podkreśla jednak, że resort zdrowia, zakładając konkretny limit porodów, powinien też "wyraźnie mówić o wyjątkowych sytuacjach i przedstawić mapę takich miejsc". - Aktualnie tego brakuje, co daje duże pole do domysłów i niepotrzebnie podsyca emocje - zauważa ginekolog.
Interwencyjne punkty położnicze
Znakiem zapytania są również tzw. pokoje narodzin, które na mocy rozporządzenia (weszło w życie 31 stycznia tego roku) miały działać w szpitalach, gdzie zamknięto porodówki. Przypomnijmy, że za opiekę ma odpowiadać dyżurująca tam położna.
Tymczasem MZ mówi na razie tylko o prognozach, a nie realnie działających miejscach w konkretnych szpitalach. Co więcej, pojawia się nowa nazwa - interwencyjne punkty położnicze.
"Szacujemy, że interwencyjne punkty położnicze powstaną w ok. sześciu szpitalach - to prognoza z oceny skutków regulacji" - czytamy w odpowiedzi Ministerstwa Zdrowia. Nie wiadomo, w których konkretnie. Jak przekazał nam resort, "to nie jest odgórna decyzja MZ".
Konkretów nie potrafiła też podać szefowa resortu zdrowia. W rozmowie z Radiem Zet wskazała, że na razie są "plany i rozmowy". Na pytanie o termin uruchomienia pierwszego punktu odpowiedziała: "Zobaczymy", dodając, że "to nie jest długi okres".
Prezes warszawskiej OIL przyznaje, że dla niego termin "interwencyjny punkt położniczy" też jest nowością, ale go nie krytykuje. - Być może pod wpływem debaty na temat tego rozwiązania MZ chciało jeszcze bardziej podkreślić, że poród w takich miejscach ma być faktycznie wyjątkową i nagłą sytuacją, a nie stałą praktyką - komentuje dr Drobniak.
Okazuje się jednak, że szpital, który chce otworzyć taki punkt, musi najpierw uporać się z wieloma formalnościami. To może być jeden z powodów, dla których takie miejsca nadal oficjalnie nie działają.
- Szpital, który chce zorganizować tzw. interwencyjny punkt położniczy, musi spełniać oczywiście kryteria z rozporządzenia ministra zdrowia, czyli m.in. posiadać SOR lub izbę przyjęć z odpowiednio przygotowanym pomieszczeniem i sprzętem, zapewnić funkcjonowanie poradni położniczo-ginekologicznej i gotowość dwóch położnych - jedną na miejscu, drugą na dyżurze pod telefonem oraz osobną karetkę, przeznaczoną tylko do tego celu - przypomina w rozmowie z WP abcZdrowie Paweł Florek, dyrektor Biura Komunikacji i Promocji NFZ.
- Zanim złoży do nas wniosek, musi mieć także pozytywną opinię dwóch konsultantów wojewódzkich w dziedzinie położnictwa i ginekologii oraz pielęgniarstwa ginekologiczno-położniczego - zaznacza. Dodaje, że szpital będzie dostawał ryczałt za funkcjonowanie takiego punktu w wysokości ok. 8,7 tys. zł.
- Formalnie nie wpłynęły jeszcze do nas wnioski ze szpitali, ale to kwestia czasu, bo kilka placówek już się tym interesowało i jest na etapie przygotowań, najprawdopodobniej czekają na opinie konsultantów. Chodzi np. o szpital w Dąbrowie Tarnowskiej - wskazuje Florek.
- Ministerstwo Zdrowia przewidywało ok. sześć takich punktów, ale jeśli zgłosi się więcej szpitali, które spełnią wszystkie warunki, także one mogą liczyć na finansowanie ze strony NFZ - podsumowuje.
Katarzyna Prus, dziennikarka Wirtualnej Polski
Źródła:
- WP abcZdrowie
- Narodowy Fundusz Zdrowia
- Ministerstwo Zdrowia
- Radio Zet
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.