Uchodziła za sprawną menedżerkę, która doświadczenie z lokalnych sukcesów wykorzysta do przeprowadzenia restrukturyzacji w ochronie zdrowia. Jednak wszystko wskazuje na to, że zostanie zapamiętana głównie za sprawą afer związanych z astronomicznymi zarobkami lekarzy i nadużyciami w systemie ochrony zdrowia, którym towarzyszą radykalne cięcia np. w diagnostyce, zamykanie porodówek i lawinowo rosnące zadłużenie szpitali powiatowych. Czy naprawdę zasłużyła na tak surową ocenę i czy największym jej grzechem nie była bierność wobec narastających patologii w ochronie zdrowia?
Politycy blokują zmiany
Restrukturyzacja szpitali, wykorzystanie środków z KPO i cyfryzacja – to zadania, przed którymi rok temu stanęła ministra zdrowia, gdy obejmowała urząd. Oczekiwania wobec niej były naprawdę duże.
– Ja nie wydałbym na panią ministrę wyroku skazującego. Mam świadomość, że część zmian, które chciałaby wprowadzić, nie może się wydarzyć wyłącznie decyzją samego Ministerstwa Zdrowia – mówi w rozmowie z Wirtualną Polską dr Bartosz Fiałek, reumatolog i popularyzator wiedzy medycznej z Pomorskiego Centrum Reumatologicznego w Sopocie.
Żukowska: Szpital nie ma być agencją zatrudnienia
– Po pierwsze dlatego, że ministra zdrowia nie ma dziś silnej pozycji politycznej, a po drugie dlatego, że dla wielu zmian, z którymi przyszła do resortu, niestety nie ma wystarczającego poparcia większości — także w koalicji rządzącej. Dlatego gdybym miał oceniać panią ministrę, to jej dymisja byłaby w mojej ocenie absurdem. Najpierw trzeba osobie, która ma ekspercką wiedzę i rozumie system, pozwolić się wykazać oraz dać jej realną możliwość wprowadzenia zapowiadanych przez siebie zmian – stwierdza lekarz.
W podobnym duchu o ewentualnej dymisji ministry wypowiada się dr Krzysztof Łanda, założyciel Fundacji Watch Health Care.
– Pani minister doskonale wie, co należy zrobić, tylko nie pozwalają jej na to politycy. Polska klasa polityczna wciąż nie dojrzała do poważnej reformy systemu opieki zdrowotnej. Dlatego ewentualna dymisja – czy to pani minister, czy prezesa NFZ Filipa Nowaka – byłaby klasycznym szukaniem kozła ofiarnego. Osoby te mają świetny wgląd w system i wiedzą, jakich zmian potrzeba. To politycy blokują wdrożenie tych rozwiązań w życie – zauważa.
Banialuki czy radykalna redukcja
Obaj eksperci wskazują, że przyczyny napiętej atmosfery wokół resortu zdrowia w dużej mierze są efektem nie tyle osobistych zaniedbań jego szefowej, ile podejścia całego rządu. To samo dotyczy restrukturyzacji szpitali, czyli jednego z głównych wyzwań, które w ostatnich latach stoją przed ministerstwem.
– Politycy w Polsce często opowiadają banialuki o tym, że chcą odwrócić piramidę świadczeń. I kierunek mają słuszny. Problem polega jednak na tym, że kiedy o tym mówią, to po prostu oszukują – zauważa dr Krzysztof Łanda.
– Jednak zmiany zachodzą, choć niekoniecznie tak, jak pacjenci by sobie tego życzyli – zwraca uwagę dr hab. Monika Raulinajtys-Grzybek, prof. SGH, kierowniczka Think Tanku #SGH dla ochrony zdrowia.
Reforma przez wykrwawianie
– To, co obserwujemy teraz, to reorganizacja przez wykrwawianie. Czekamy, aż szpitale znajdą się w tak dramatycznej sytuacji, że w końcu same zaczną dążyć do łączenia się – wskazuje w rozmowie z Wirtualną Polską ekspertka SGH. – Taka reforma to najgorszy scenariusz dla pacjenta. Inercja jest z jednej strony najprostsza, ale generuje więcej ofiar niż zdecydowane, otwarte działanie.
Ekonomistka podkreśla, że reforma szpitali zachodzi po cichu. – Przecież organizacja leczenia dziś jest inna niż 10 lat temu – znacznie częściej odbywa się w ramach procedur jednodniowych czy krótkich pobytów. To się po prostu dzieje – zaznacza. – Obecnie mamy do czynienia z próbą ustalenia optymalnej liczby placówek. Nasze możliwości utrzymania infrastruktury są niewystarczające dla obecnej liczby podmiotów. Każdy szpital i każdy oddział szpitalny generuje koszty tylko dlatego, że funkcjonuje – nawet jeśli nie ma w nim żadnego pacjenta. To winduje wydatki na szpitalnictwo – stwierdza.
Dalej w ocenie obecnego systemu ochrony zdrowia idzie Krzysztof Łanda. Jego zdaniem realne odwrócenie piramidy wiązałoby się z likwidacją – jak przypuszcza – od 40 do nawet 70 proc. łóżek szpitalnych lub oddziałów. Redukcja musiałaby być ogromna, a to już rodzi opór polityczny. Szczególnie na poziomie lokalnym, gdzie samorządowcy nie mogą sobie pozwolić na zamykanie szpitali działających na ich terenie.
Konsolidacja w realizacji
Rozwiązaniem części z tych problemów miała być firmowana przez Ministerstwo Zdrowia konsolidacja szpitali. – Jolanta Sobierańska-Grenda przyszła do Ministerstwa Zdrowia po to, żeby przeprowadzić restrukturyzację, a dokładniej konsolidację szpitali. To kierunek, który w mojej ocenie mógłby doprowadzić do znacznej poprawy wykorzystania kadr oraz dostępności świadczeń zdrowotnych – zauważa z kolei Bartosz Fiałek. – Na Pomorzu to się udało. Wiem też, że podobne działania są realizowane lokalnie na Dolnym Śląsku, ale nie dzieje się to systemowo w całej Polsce – dodaje.
Jego zdaniem ministra zdrowia nie ma takiej pozycji politycznej, żeby jej często słuszne propozycje mogły automatycznie przełożyć się na realne działania. – Wiemy doskonale, jak zarówno opozycja, jak i część obozu rządzącego podchodzą do likwidacji czy konsolidacji szpitali. Wystarczy przypomnieć sytuację po likwidacji oddziału położniczego w Lesku. To była awantura, jakby co najmniej zamknięto połowę szpitali w Polsce – stwierdza lekarz.
Temat mało wdrażalny
Inne spojrzenie na ten proces ma Anna Gołębicka, ekonomistka, strateżka Centrum im. Adama Smitha i współzałożycielka Human Answer Institute. – Pani minister dostała również tematy w trakcie realizacji, które też nie rozwiązały problemów. Są nimi między innymi reforma szpitalnictwa i prace mające ułatwić samorządom łączenie i przekształcanie szpitali, czyli tak zwana konsolidacja. Jest to przykład tematu, który teoretycznie był super rozwiązaniem, ale w praktyce od początku był rynkowo mało wdrażalny.
Zdaniem ekspertki reforma szpitalnictwa oparta na konsolidacji zrzuca odpowiedzialność na samorządy i nie uwzględnia realiów ich działania.
– Samorządy twierdzą, że pierwsza przeszkoda to różne osobowości prawne, ale kluczowe jest to, kto miałby podjąć decyzje o konsolidacji? Tu już na poziomie decyzji pojawiają się duże potencjalne straty "wizerunkowe" dla włodarzy. Nie mówiąc o tym, co będzie, jeśli projekt się nie uda? Samorządy, z którymi rozmawiam, twierdzą, że bardziej potrzebna jest im koordynacja niż konsolidacja– uważa ekonomistka.
Jednak sam proces konsolidacji – mimo trudności wykonawczych – jak zauważa dr Fiałek, w jakiejś formie pozostaje konieczny dla uzdrowienia sytuacji w polskiej ochronie zdrowia. – Rozdrobnienie właścicielskie jest jedną z przyczyn patologii systemowych. To właśnie ono prowadzi do sytuacji takich jak ta opisana przez Wirtualną Polskę w tekście o neurochirurgach, którzy zarabiali astronomiczne kwoty za godzinę – mówi lekarz.
Mapa potrzeb zdrowotnych
W kwestii zapowiadanych zmian strukturalnych sprawa jest jednak bardziej skomplikowana. – Zgodnie z zapowiedziami 1 lipca miały zostać opublikowane mapy potrzeb zdrowotnych. Jednak sytuacja w warszawskim Szpitalu Południowym oraz pokłosie kolejnych doniesień medialnych spowodowały, że ta decyzja została wstrzymana, a dokument nie został jeszcze wydany. Nie wiem, czy w ogóle trafi do publikacji – przyznaje prof. Raulinajtys-Grzybek.
– Z moich informacji wynika, że projekt jest gotowy i czeka na zatwierdzenie. Ma on stanowić formę odwrócenia piramidy świadczeń oraz wprowadzić istotne zmiany w strukturze szpitalnictwa. W tym sensie resort wywiązał się ze swoich zadań, jednak dopóki dokument pozostaje poufny i nie znamy jego ostatecznego kształtu, trudno go jednoznacznie oceniać – dodaje ekspertka.
Jej zdaniem w obecnym modelu i przy obecnych możliwościach finansowych ochrony zdrowia po prostu nas na to nie stać, przez co system musimy pilnie przeorganizować. Jednak – jak zauważa badaczka – choć to właśnie z takim zadaniem Jolanta Sobierańska-Grenda przyszła do resortu, brakuje woli politycznej, by przeprowadzić systemową reformę. I to mimo że sytuacja ekonomiczna brutalnie wymusza zmiany w strukturze szpitali.
Szóstka za KPO
Po stronie sukcesów obecnej ministry zdrowia ekonomistka zapisuje natomiast sprawne wdrażanie środków unijnych. – W przypadku Krajowego Planu Odbudowy działania były najbardziej widoczne w mediach. Wiceminister Kacperczyk wraz z minister Grendą aktywnie wizytowały placówki w całej Polsce, przyznając środki finansowe dla poszczególnych oddziałów. Nie ulega wątpliwości, że ten unijny zastrzyk gotówki jest niezwykle potrzebny. W sytuacji, gdy większość budżetu szpitali pochłaniają wynagrodzenia, każde dodatkowe środki na rozwój infrastruktury, nowoczesne technologie medyczne, sprzęt, onkologię czy bieżącą działalność przynoszą realną korzyść pacjentom – podsumowuje.
Cyfryzacja na plus
Jako kolejny sukces zapytani przez nas eksperci wskazują cyfryzację ochrony zdrowia. Od stycznia system e-rejestracji umożliwia zapisywanie się na pierwszorazowe wizyty kardiologiczne oraz na badania profilaktyczne, takie jak mammografia i cytologia, a od 1 sierpnia 2026 r. nastąpi rozszerzenie systemu o choroby naczyń, choroby zakaźne, endokrynologię, hepatologię, immunologię, nefrologię, neonatologię oraz pulmonologię.
– Wiceminister Maciejewski działa bardzo sprawnie i sprawił, że procesy cyfrowe zyskały ludzką twarz oraz prawdziwego gospodarza. Mam na myśli zarówno zmiany w Departamencie E-zdrowia, jak i w samym Centrum e-Zdrowia. Oceniam te instytucje bardzo dobrze, ponieważ zaczęły jasno komunikować, gdzie się znajdujemy, czym dysponujemy i jakie mamy plany. Prawidłowe wdrożenie e-rejestracji to proces wymagający czasu, ale tu możemy mówić o realnym sukcesie – ocenia ekspertka SGH. – Myślę, że za pół roku będziemy już w zupełnie innym miejscu, a za rok e-rejestracja stanie się dla nas tak naturalna, że nie wyobrazimy sobie, jak dawniej można było zapisywać się do lekarza inaczej – podkreśla prof. Raulinajtys-Grzybek.
Nie brak jednak głosów krytyki, które dotyczą nie tyle samego kierunku cyfryzacji, ile sposobu, w jaki jest ona finansowana.
– Cyfryzacja się rozwija, ale nie tak, jak powinna. Przede wszystkim jest bardzo kosztowna. Brakuje synchronizacji działań oraz spójnych zapisów prawnych. Progres oczywiście widać, bo nowoczesne narzędzia informatyczne funkcjonują, ale moim zdaniem są one silnie przepłacane. Czasem płacimy za nie nawet od 5 do 10 razy więcej, niż powinniśmy – podsumowuje dr Krzysztof Łanda.
Cienie nad resortem
Sukcesy związane z cyfryzacją i środkami z KPO nie zmieniają ogólnego, trudnego obrazu sytuacji, w jakiej znajduje się ochrona zdrowia. Jest to jednak w dużej mierze efekt wieloletnich zaniedbań, z którymi ministra Sobierańska-Grenda po prostu musiała się zmierzyć.
– Trudno winić obecną minister za patologie związane z finansowaniem ochrony zdrowia. Te wadliwe kontrakty i mechanizmy nie powstały wczoraj ani rok temu – to zjawisko, które narastało od wielu lat. Wszyscy w sektorze ochrony zdrowia doskonale wiemy, jaki udział w kosztach placówek medycznych mają koszty pracy, i nie jest to dla nikogo zaskoczeniem – tłumaczy prof. Raulinajtys-Grzybek.
W podobnym duchu wypowiada się dr Krzysztof Łanda. – Obecni rządzący doskonale wiedzieli i byli ostrzegani, że brak zablokowania mechanizmu automatycznego wzrostu pensji medyków doprowadzi do potężnych perturbacji i ostatecznie do bankructwa systemu. Ani pani minister, ani prezes Funduszu nie są tutaj winni, ponieważ oboje ostrzegali przed takimi konsekwencjami – stwierdza założyciel Fundacji Watch Health Care.
Ekonomistka Centrum im. Adama Smitha zauważa, że w polskiej ochronie powstał w ten sposób niesprawiedliwy, zlepiony z wielu części system, który przy odrobinie sprytu pozwala nieźle zarobić.
– Niektóre osoby ze smykałką do interesów zrobiły na tym świetny biznes, a pacjent nadal się tuła i stoi w kolejkach. Jednocześnie w tych samych szpitalach mamy lekarzy i generalnie personel zarabiający po wielokroć mniej niż to, o czym słyszymy w mediach, co rodzi dramatyczną atmosferę.
- I tak, i kolejni ministrowie zdrowia odpowiadają za regulacje w swoim obszarze, a te wpływają na zarobki i tworzą patologiczne kominy - odpowiada Anna Gołębicka na pytanie o to, czy ministra zdrowia jest odpowiedzialna za wysokość zarobków lekarzy.
Marazm i stagnacja
Z drugiej strony jednak opinie o Jolancie Sobierańskiej-Grendzie jako o niezwykle sprawnej menedżerce, która wie, jak można zrestrukturyzować polską ochronę zdrowia, zderzyły się z twardą rzeczywistością.
– W szpitalnictwie nie wydarzyło się nic, co realnie zmieniałoby je na lepsze. Sieć szpitali, która nie realizuje pokładanych nadziei, została po prostu przedłużona. Podobnie z wspomnianą już konsolidacją – niby ustawa funkcjonuje i jakieś pojedyncze jednostki się połączyły, ale nie widać żadnego pospolitego ruszenia w tym kierunku i chyba nie ma co liczyć na niewidzialną rękę rynku. Nie ruszyliśmy do przodu z wyceną świadczeń, wciąż czekamy też na Mapę potrzeb zdrowotnych. Może to nie jest tak, że się nic nie dzieje, ale na pewno nie widać na zewnątrz efektów, jakich oczekują Polacy – wylicza ekonomistka.
Ekspertka zwraca również uwagę na brak postępów w dialogu społecznym oraz kwestiach kadrowych. – W rozmowach zespołu trójstronnego cały czas tkwimy w tym samym punkcie – przy "ustawie o najniższym wynagrodzeniu" nic się nie podziało. Podobnie rzecz się ma z zapowiadanymi porządkami w kompetencjach zawodów medycznych. Jedyne co mamy, to niezadowolenie położnych i kolejne dialogi bez dialogu. Cały czas mamy do czynienia z rzeczami, które nie poszły do przodu – niby są na agendzie, a w rzeczywistości jakby ich nie było.
Z kolei prof. Raulinajtys-Grzybek tak podsumowuje działania ministry Sobierańskiej-Grendy. – Wciąż nie udało się wypracować trwałego porozumienia pomiędzy resortem zdrowia a resortem finansów, a także szerokiej ugody społecznej w kwestii finansowania systemu – mówi. Jak dodaje badaczka, problemy, które obserwujemy obecnie wokół wynagrodzeń lekarzy, są bezpośrednim pokłosiem tej nieuregulowanej sytuacji makroekonomicznej.
Bareja i Kafka jednocześnie
Nie można oceniać działań ministry bez wspomnienia o kontrowersjach wokół jej oświadczenia majątkowego. Jak ujawniła Wirtualna Polska, część wykazanych przez Jolantę Sobierańską-Grendę dochodów stanowiło odszkodowanie za zakaz konkurencji wynikający z kontraktu menedżerskiego ze Szpitalami Pomorskimi.
To właśnie ten element wzbudził największe pytania. Odszkodowanie za zakaz konkurencji ma rekompensować powstrzymanie się od pracy u konkurencji po zakończeniu zatrudnienia. Trudno jednak wskazać, w jaki sposób objęcie stanowiska ministra zdrowia mogłoby stanowić konkurencję dla samorządowej spółki prowadzącej szpitale.
- I tu wyszły nam kolejne kominy tym razem w świecie ministrów. Co branża, to obyczaj, można by powiedzieć. Robi się jak w filmie Barei, tylko że pacjent czuje się jak w dramacie Franza Kafki i to już nie jest śmieszne, bo tu chodzi o zdrowie i życie ludzi - komentuje tę sprawę Anna Gołębicka z Instytutu im. Adama Smitha.
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.