Daleko od porodówki. "Obywatelki trzeciej kategorii"
Za każdym razem pokonują dziesiątki kilometrów, żeby dostać się do ginekologa. Rodzą nawet 100 km od domu – i nie zawsze jest to ich wybór. Po drugiej stronie są szpitale liczące straty i dramatycznie spadająca liczba urodzeń. Czy falę zamykanych porodówek da się jeszcze zatrzymać? A może nie wszystkie powinny przetrwać? 1 lipca Ministerstwo Zdrowia wyłoży karty na stół.
- Karolina z Pszczelin: – Śmigłowiec lądował na naszym podwórku. Nie było czasu na transport karetką. Strach pozostał na długo
- Arleta z Hańska: – Do najbliższej porodówki w Chełmie jest około 40 km. Dalej są Lublin i Biała Podlaska. To już ponad godzina drogi
- Z powodu niżu demograficznego likwidowane są kolejne porodówki. Od 2020 r. z mapy zniknęła ich już niemal setka
- 1 lipca Ministerstwo Zdrowia ogłosi nową mapę sieci oddziałów ginekologiczno-położniczych, ale także np. chirurgicznych czy internistycznych
- Wiceminister Tomasz Maciejewski mówi Wirtualnej Polsce, że wzrosną stawki za porody, a maksymalny czas dojazdu ciężarnej do szpitala ma wynosić 45 minut
Przerażenie. Obezwładniający ból powala ją na kanapę. Nagle przestaje czuć prawą stronę ciała. Mąż w pracy, nie odbiera. Monika sięga po komórkę i wybiera numer alarmowy. – Jestem w 31. tygodniu ciąży. Jestem sama – mówi urywanym głosem.
Czas dłuży się niemiłosiernie. Kiedy ratownicy wreszcie docierają na miejsce, decyzję podejmują natychmiast: trzeba wezwać śmigłowiec.
W powietrzu Monika czuje każdy wstrząs maszyny. Ma wrażenie, że dziecko reaguje na nie równie gwałtownie, jak ona.
– Do Rzeszowa. Tam mają moją dokumentację – prosi. Pilot kieruje się jednak do Przemyśla. Teraz liczą się minuty.
Co 10. Polka nie chodzi do ginekologa. Oto, co słyszą w gabinecie
Jedenaścioro dzieci na gminę
Lutowiska, położone w sercu Bieszczadów, są jedną z największych powierzchniowo gmin w Polsce i jednocześnie jedną z najmniej zaludnionych. Na obszarze większym niż wiele polskich miast wojewódzkich mieszka zaledwie około 2 tys. osób. Aż 90 proc. terenu to lasy, parki krajobrazowe i rezerwaty przyrody. Nieprzypadkowo mówi się o tym miejscu "polska Alaska".
Okolica od lat się wyludnia. Dlatego ubiegły rok był dla gminy wyjątkowy – urodziło się jedenaścioro dzieci. Wśród nich były Anielka i Helenka.
Sprzed domu Moniki Mizgały-Janc w Pszczelinach widać lasy Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Do granicy z Ukrainą rzut beretem. Śmigłowiec, którym transportowano ją do szpitala, jest już tylko wspomnieniem, ale tamtego strachu nie zapomni nigdy.
– Nasze księżniczki – mówi z uśmiechem, tuląc półroczną Anielkę. "Księżniczki", bo obok siedzi Karolina Czarnik z Helenką na rękach.
– Jest młodsza od Anielki o dwa tygodnie – mówi matka, głaszcząc córkę po głowie.
Dziewczynki mieszkają po sąsiedzku. Urodziły się w listopadzie, w jednej z najbardziej odludnych części Polski. Choć Bieszczady przyciągają turystów, wielu młodych wyjeżdża stąd przy pierwszej okazji. Monika zrobiła odwrotnie. Po studiach w Krakowie wróciła w rodzinne strony.
– To mój dom. Wiedziałam, że życie tutaj wymaga determinacji. Nie spodziewałam się jednak, jak trudne okaże się bycie w ciąży. W najgorszych momentach naprawdę bałam się, czy uda mi się bezpiecznie donosić dziecko – mówi.
Bez ginekologii i położnictwa
Kiedy Monika i Karolina były w ciąży, najbliższy szpital w Lesku nie przyjmował już porodów. Najpierw działalność oddziału zawieszono, później został zamknięty. Wcześniej zniknęły także porodówki w Sanoku i Ustrzykach Dolnych.
Dziś najbliższy oddział położniczy znajduje się w Brzozowie. To ponad 95 km od Pszczelin. Trzeba pokonać kręte drogi, przejechać Wielką Pętlę Bieszczadzką, minąć kolejne remonty. Nawet przy sprzyjających warunkach podróż zajmuje około półtorej godziny.
Kolejna porodówka działa dopiero w Rzeszowie, ale to już 150 km. W praktyce oznacza to, że trzy bieszczadzkie powiaty zostały bez oddziału ginekologiczno-położniczego.
– Do ostatniej chwili liczyłam, że Lesko wznowi działalność – mówi Monika. – Sama świadomość, że szpital jest blisko, dawała poczucie bezpieczeństwa. W razie niepokojących objawów mogłam szybko uzyskać pomoc. Dziś każda taka sytuacja oznacza wyjazd do Brzozowa.
Nie kryje, że najbardziej przerażała ją nie sama odległość, ale niepewność. – W ciąży ciągle zadawałam sobie pytanie: a co, jeśli coś pójdzie nie tak? – mówi.
Minus cztery porodówki
Podobny problem narasta w województwie lubelskim. W ciągu dwóch ostatnich lat zamknięto porodówki we Włodawie, Parczewie i Janowie Lubelskim. Na początku tego roku dołączył do nich oddział w Radzyniu Podlaskim. I wiele wskazuje na to, że to nie koniec.
W marcu Narodowy Fundusz Zdrowia przyznał, że większość porodówek w Polsce nie osiąga poziomu 700 porodów rocznie – to liczba uznawana przez resort zdrowia za istotny wskaźnik bezpieczeństwa i efektywności funkcjonowania oddziału.
Z danych przygotowanych dla Wirtualnej Polski przez NFZ wynikało, że problem dotyczy aż 173 spośród 284 porodówek w kraju. W województwie lubelskim takich oddziałów jest szczególnie dużo.
– Mamy bardzo trudną sytuację – mówi Arleta Kwiatkowska z Hańska. – Do najbliższej porodówki w Chełmie jest około 40 km. Dalej są Lublin i Biała Podlaska. Dla wielu kobiet oznacza to ponad godzinę drogi.
Arleta przeprowadziła się tutaj kilka lat temu z Łodzi. Powiat włodawski należy do najrzadziej zaludnionych w Polsce. Na obszar liczący około 35 tys. mieszkańców przypada zaledwie 28 osób na kilometr kwadratowy. Średnia krajowa jest ponad czterokrotnie wyższa.
Właśnie tutaj szczególnie mocno widać skutki zapaści demograficznej. Zamknięcie porodówki we Włodawie tłumaczono spadkiem liczby urodzeń oraz problemami kadrowymi. Według danych NFZ w 2023 r. odebrano tam zaledwie 77 porodów. Rok później oddział już nie funkcjonował.
– Kiedy człowiek planuje dziecko, nie myśli o takich rzeczach – mówi Gabriel, mąż Arlety. – Dopiero później dociera do niego, że do szpitala może mieć ponad godzinę drogi.
Dzieci państwa Kwiatkowskich urodziły się w Lublinie. Dwuletni Kazik, wtulony w mamę, przysłuchuje się rozmowie. Trzymiesięczna Ala śpi w pokoju obok.
– Jechałem do szpitala z duszą na ramieniu – przyznaje Gabriel. – Jestem ratownikiem medycznym z wykształcenia, ale nie pracuję już z pacjentami. Nie wiem, czy chciałbym odbierać pierwszy poród w życiu gdzieś na poboczu drogi – dodaje.
Arleta wspomina, że przez całą ciążę próbowała nie myśleć o najgorszych scenariuszach.
– Miałam świetną lekarkę prowadzącą, dlatego od początku planowałam poród w Lublinie. Mimo to trudno było całkowicie pozbyć się obaw. Przy takich odległościach zawsze pojawia się pytanie, co się stanie, jeśli wystąpią komplikacje albo poród zacznie się wcześniej – mówi.
W ciąży w trasie
Monika i Karolina przez wiele miesięcy przed porodem żyły w rytmie kolejnych podróży.
Do ginekologa w Ustrzykach Dolnych miały około 40 km w jedną stronę. Nie chodziło wyłącznie o planowane wizyty. W ciąży pojawiają się przecież dodatkowe badania, pilne konsultacje, niepokojące objawy. Tego nie da się zaplanować.
– Mamy poradnię 10 km od domu, ale kiedy zaszłyśmy w ciążę, nie było wiadomo, czy w ogóle będzie działać. Nie było pewności, czy zostanie podpisany kontrakt ani jak często lekarz będzie przyjmował pacjentki – opowiada Karolina.
Dziś poradnia funkcjonuje, ale tylko raz w tygodniu. – A co, jeśli coś wydarzy się wieczorem? Albo w weekend? – pyta Karolina.
W przypadku Moniki sytuacja była jeszcze bardziej skomplikowana. Ze względu na chorobę autoimmunologiczną musiała regularnie jeździć do specjalistów w Rzeszowie. Początkowo raz w miesiącu, później nawet co dwa tygodnie.
– Wyjeżdżałam około szóstej rano. Wracałam po siedemnastej. Na początku prowadziłam sama, później woził mnie mąż. Całe nasze życie podporządkowaliśmy tym wyjazdom – wspomina.
To oznaczało nie tylko zmęczenie. Każda wizyta to paliwo, parkingi, czas wolny od pracy i kolejne godziny spędzone za kierownicą.
– Gdybym chciała korzystać z transportu publicznego, nie miałabym szans wrócić tego samego dnia, bo komunikacja zbiorowa w Bieszczadach praktycznie nie istnieje – mówi Monika.
Im bliżej porodu, tym bardziej narastał lęk. Nie o sam poród. O drogę. – Wiedziałam, że w razie komplikacji mogę po prostu nie zdążyć – przyznaje.
Śmigłowiec
W 31. tygodniu ciąży, o czym już wspominaliśmy, ten lęk stał się rzeczywistością. Monika musiała zostać przetransportowana do szpitala śmigłowcem. Z Przemyśla, gdzie ją przewieziono, i tak została skierowana do Rzeszowa, o który prosiła.
Podobne doświadczenie ma Karolina. W 37. tygodniu ciąży nagle przestała odczuwać ruchy dziecka. Pojawił się silny ból. Ratownicy podejrzewali konieczność natychmiastowego cesarskiego cięcia.
– Nie było czasu na transport karetką. Śmigłowiec lądował na naszym podwórku – wspomina. W szpitalu okazało się, że przyczyną bólu był atak kamicy żółciowej. Dziecku nic nie groziło. Strach pozostał jednak na długo – mówi.
– Najbardziej zabolały mnie komentarze ludzi, że służba zdrowia jest niewydolna, a ja "latam śmigłowcem". Jakby ktoś chciał znaleźć się w takiej sytuacji z własnej woli – dodaje.
Kilka tygodni później urodziła Helenkę po cesarskim cięciu. Karolina wychowuje córkę samotnie. Dlatego każda podróż, każda kontrola i każdy nieplanowany wyjazd oznaczały dodatkowe wyzwania organizacyjne.
– Kobiety z takich miejsc, jak nasze, muszą same organizować sobie dostęp do systemu. Same szukać lekarzy, planować transport, ponosić koszty. Czasami mam wrażenie, że jesteśmy obywatelkami trzeciej kategorii – mówi Monika. – Płacimy takie same składki zdrowotne jak mieszkańcy dużych miast. A jednak nasze możliwości są zupełnie inne.
Zakładnicy porodówek
W Lesku o losie porodówki przesądziło kilka czynników jednocześnie. Było coraz mniej porodów. Oddział generował straty. Równocześnie kobiety coraz częściej wybierały większe szpitale. Sam szpital tonął w długach, których ma już ponad 160 mln zł. Dyrektor Mirosław Leśniewski w rozmowie z Wirtualną Polską przyznał, że być może już w lipcu cały szpital będzie musiał zostać zamknięty.
Dla mieszkańców efekt jest jednak prosty: kolejna porodówka zniknęła z mapy.
Dla dyrektorów szpitali sprawa wygląda bardziej skomplikowanie. Bo problem nie kończy się tam, gdzie porodów jest mało. Najlepiej widać to w Brzozowie.
To właśnie tam trafia dziś wiele ciężarnych z Bieszczadów. Szpital przyjmuje ponad 700 porodów rocznie, czyli przekracza próg, który Ministerstwo Zdrowia uznaje za pożądane minimum. Teoretycznie powinien więc być przykładem dobrze funkcjonującego oddziału. Tymczasem również znajduje się pod ogromną presją finansową.
– To mit, że problemy mają wyłącznie małe porodówki – mówi dr Tomasz Kondraciuk, dyrektor szpitala w Brzozowie. – Szpital o wyższym poziomie referencyjności musi utrzymywać dodatkowe sale, specjalistyczny sprzęt, większe zespoły lekarskie. Koszty są znacznie wyższe – zauważa.
Dyrektor sięga po dane finansowe. – Strata oddziału położniczo-ginekologicznego wynosi około miliona złotych miesięcznie – podkreśla.
To liczba, która dobrze pokazuje skalę problemu. W ubiegłym roku szpital był jeszcze w stanie pokrywać straty dzięki innym oddziałom. Dziś ta możliwość się kończy.
– Nie możemy bez końca finansować jednego obszaru kosztem całej placówki. W pewnym momencie zaczyna to zagrażać płynności finansowej całości – mówi dr Kondraciuk.
To właśnie ten paradoks coraz częściej pojawia się w rozmowach z dyrektorami. Im bardziej strategiczna staje się porodówka dla regionu, tym większe ponosi koszty.
A pieniądze z Narodowego Funduszu Zdrowia nie nadążają za rzeczywistością. NFZ płaci obecnie za niepowikłany poród siłami natury wraz z opieką nad noworodkiem nieco ponad 10 tys. zł. Podobnie wyceniane jest cesarskie cięcie.
Dyrektorzy od lat zwracają uwagę, że taki system nie odzwierciedla faktycznych kosztów. Cesarskie cięcie jest przecież operacją, a więc wymaga większego zespołu, dłuższego pobytu pacjentki, większego zużycia materiałów medycznych i większego zaangażowania personelu.
Jednocześnie oddział położniczy musi być gotowy do działania przez całą dobę. Bez względu na to, czy rodzi jedna kobieta, czy dziesięć, trzeba: utrzymać lekarzy, położne, blok operacyjny, diagnostykę, sprzęt. Te koszty nie znikają tylko dlatego, że danego dnia porodów jest mniej lub nie ma ich wcale.
Podobny problem widać w całej Polsce. W wielu szpitalach straty liczone są w milionach złotych rocznie. I właśnie dlatego coraz więcej samorządów zaczyna zadawać sobie pytanie, czy są w stanie dalej utrzymywać oddziały położnicze.
Między bezpieczeństwem a ekonomią
Lekarze przyznają jednak, że dyskusja o porodówkach nie może sprowadzać się wyłącznie do pieniędzy. Każde zamknięcie oddziału oznacza bowiem wydłużenie czasu dojazdu dla kolejnych kobiet.
– Nie chodzi o utrzymanie wszystkich porodówek za wszelką cenę – mówi Dariusz Gałecki, dyrektor szpitala w Tomaszowie Lubelskim. – Problem polega na tym, że kolejne oddziały znikają bez szerszego planu.
Jego zdaniem szczególnie niebezpieczna sytuacja powstaje tam, gdzie nakładają się dwa czynniki: duże odległości i słaba komunikacja.
– W takich miejscach nie można patrzeć wyłącznie na ekonomię. Dla mieszkańców szpital pełni także funkcję społeczną i bezpieczeństwa publicznego – ocenia Gałecki, który nie ukrywa, że jego własny oddział również przynosi wielomilionowe straty. Mimo to walczy o jego utrzymanie, bo zdaje sobie sprawę, że "zamknięcie porodówki oznaczałoby kolejne wykluczenie mieszkańców naszego powiatu".
Dyrektor dodaje, że zdarzają się kobiety, które po raz pierwszy trafiają do ginekologa dopiero wtedy, gdy zaczyna się poród. Wcześniej nie miały wykonanych badań, nikt nie prowadził ich ciąży, nie mają nawet karty ciąży.
– To pokazuje, że w części Polski problemem nie jest wyłącznie poród. Problemem staje się sam dostęp do opieki medycznej – mówi dyrektor.
I właśnie dlatego spór o porodówki wywołuje dziś tak silne emocje. Bo nie jest już tylko sporem o organizację ochrony zdrowia. To spór o to, jak państwo ma wyglądać poza największymi miastami.
Jak wynika z danych, które dla Wirtualnej Polski przygotował NFZ, od 2020 r. z mapy zniknęła już niemal setka porodówek. W 2020 r. takich oddziałów było 370, w 2026 r. już 285. Rekordowy był ubiegły rok, gdy zamknęło się aż 27 oddziałów, a do końca kwietnia tego roku siedem kolejnych.
Kiedy liczą się minuty
Dariusz Gałecki nie ma wątpliwości, że część porodów powinna odbywać się w wyspecjalizowanych ośrodkach. – Ciąże wysokiego ryzyka, poważne powikłania, skrajne wcześniaki – to wszystko powinno trafiać do szpitali o najwyższym poziomie referencyjności – mówi.
Zaraz dodaje, że codzienność nie zawsze wygląda tak, jak zakładają procedury. Kilka tygodni wcześniej podczas dyżuru przyjął kobietę z masywnym krwotokiem spowodowanym przedwczesnym odklejeniem łożyska.
– Mieliśmy dosłownie kilka minut – wspomina dyrektor, który jest ginekologiem i położnikiem.
Na sali porodowej pracowało jednocześnie kilkanaście osób: lekarze, pielęgniarki, położne. Jedni walczyli o życie matki. Drudzy ratowali noworodka.
– Takie sytuacje nie zdarzają się codziennie. Ale się zdarzają. I właśnie dlatego nie można sprowadzać całej dyskusji wyłącznie do liczby porodów rocznie – wskazuje Gałecki.
Lekarz nie chce spekulować. Wie jednak jedno – gdyby podobny przypadek wydarzył się dalej, w miejscu pozbawionym oddziału położniczego, szanse pacjentki mogłyby wyglądać zupełnie inaczej.
Podobne historie słyszymy również w Bieszczadach.
– Pacjentki są zdezorientowane, nie wszystkie wiedzą, gdzie się zgłosić, jak postępować. Sytuacja z weekendu: przyjechała do nas ciężarna na badania kontrolne, mieszka w Bukowcu, czyli do nas 40 km, do Brzozowa 60 km. Ona nie wie, czy w razie czego najpierw jechać do nas na SOR, który jest najbliżej, czy ryzykować do Brzozowa. Nie wie, czy ma wieźć ją mąż, który będzie panikował, czy od razu dzwonić po karetkę, przekaz jest niejasny – przyznaje Bogusława Szlama, która mieszka w Bieszczadach i od blisko 40 lat pracuje jako położna.
– Niektóre badania naukowe pokazują, że przy większych odległościach do oddziału położniczego zwiększa się liczba porodów w karetce, ale są też takie, które wskazują na większą śmiertelność – dodaje Karolina Skuła, położna rodzinna, znana w mediach społecznościowych jako Bieszczadzka Położna. – Zaznaczam, że jestem przeciwna narracji, która budzi nieuzasadniony w większości przypadków lęk. Pacjentki i tak mogą być zdezorientowane wobec doniesień o kolejnych zmianach w szpitalach – mówi.
– Kiedyś wiedziałyśmy, że w razie zagrożenia możemy działać na miejscu. Teraz często pozostaje tylko organizowanie transportu i czekanie – uważa Bogusława Szlama.
Niedawno trafiła do niej pacjentka w 32. tygodniu ciąży. Pojawiło się krwawienie. Istniało ryzyko zagrożenia życia matki i dziecka. Był weekend, a oddziału już nie było.
– Zrobiłam wszystko, co mogłam zrobić na miejscu. Potem wsadziłyśmy ją do karetki i modliłam się, żeby zdążyła do szpitala – mówi położna.
Na chwilę milknie.
– Nigdy wcześniej nie pracowałam z takim poczuciem bezradności – dodaje.
Jeszcze kilka lat temu oddział w Lesku należał do najważniejszych punktów opieki położniczej w regionie. W najlepszym okresie odbierano tam ponad 500 porodów rocznie.
Po korytarzach jeździły łóżeczka z noworodkami. Sale były zajęte. Personel miał ręce pełne roboty. Potem zaczęło rodzić się coraz mniej dzieci. Kobiety coraz częściej wybierały większe szpitale. Efekt? Rosły koszty, rosły długi, w końcu oddział zamknięto.
– Kiedyś miałyśmy po kilkanaście noworodków jednocześnie – wspomina Bogusława Szlama. – Pod koniec działalności sukcesem było, jeśli na oddziale leżało dwoje dzieci.
Dziś po porodówce zostały wspomnienia. I pytania. Co stanie się przy kolejnym nagłym przypadku? Czy karetka zdąży? Czy droga będzie przejezdna?
Takie pytania zadają sobie nie tylko pacjentki. Zadają je również położne.
Trauma po porodzie
Pod koniec kwietnia córka pielęgniarki Anity Małeckiej znalazła się w sytuacji, której obie nigdy nie zapomną.
Poród rozpoczął się wcześniej, niż przewidywano. Doszło do odklejenia łożyska. Pojawił się krwotok. Karetka zabrała kobietę późnym wieczorem. – Miałyśmy szczęście, że nie było korków – mówi Anita Małecka.
Z rodzinnej miejscowości do Brzozowa jest około 60 km. Do Rzeszowa jeszcze dalej. Najbliżej byłoby do Leska. Gdyby oddział nadal działał. – To zaledwie kilka kilometrów od naszego domu – mówi pielęgniarka.
Dla jej córki poród zakończył się szczęśliwie. Dziecko przeżyło. Matkę udało się uratować. Ale emocje pozostały.
– Ludzie często patrzą na mapę i widzą tylko liczby. My widzimy twarze. Widzimy konkretne kobiety. Widzimy strach – wskazuje Anita Małecka. To ona opowiada o tych wydarzeniach, bo dla córki są nadal zbyt traumatyczne.
To właśnie ten strach sprawia, że mieszkańcy Bieszczadów nie traktują zamknięcia porodówki jako zwykłej reorganizacji systemu ochrony zdrowia. Dla nich to utrata czegoś znacznie ważniejszego. Poczucia, że pomoc jest blisko.
Wolą rodzić w dużym mieście
Choć mieszkańcy Bieszczadów i Lubelszczyzny protestują przeciw zamykaniu porodówek, statystyki pokazują coś jeszcze. Kiedy mają wybór, wiele kobiet decyduje się rodzić w większych ośrodkach. Nie dlatego, że nie ufają lokalnym lekarzom. Po prostu chcą mieć pełne poczucie bezpieczeństwa, dostęp do neonatologa, blok operacyjny za ścianą, oddział intensywnej terapii noworodka, możliwość natychmiastowego działania, gdy coś pójdzie nie tak.
Nie dziwi się temu położna Agata Semik, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych w Świętokrzyskim, która pracuje w zawodzie od ponad 40 lat.
– Kobiety wybierają szpitale, które mają stabilną sytuację, w których personel ma stałą praktykę. Jeśli mogą, wolą jechać do szpitala o wyższej referencyjności, nawet jeśli ciąża przebiega dobrze, żeby w razie czego mieć specjalistyczną opiekę – mówi położna pracująca w Świętokrzyskim Centrum Matki i Noworodka w Kielcach.
Monika od początku planowała poród w Rzeszowie. Arleta wybrała Lublin. Podobne decyzje podejmują tysiące kobiet w całej Polsce. W efekcie małe porodówki wpadają w potrzask.
– Nie da się zatrzymać wszystkich oddziałów wyłącznie sentymentem – mówi jeden z dyrektorów szpitali. – Czasami pacjentki same podejmują decyzję, która później przesądza o przyszłości porodówki – zaznacza.
To fakt. Bo choć zamknięcie lokalnego oddziału budzi sprzeciw, wiele kobiet nie chciałoby rodzić w miejscu, które przyjmuje kilkadziesiąt porodów rocznie. Nie chodzi wyłącznie o odległość. Chodzi o zaufanie.
"Białe plamy" muszą mieć wsparcie
Czy państwo powinno utrzymywać kosztowne usługi publiczne w miejscach, gdzie mieszka coraz mniej ludzi? Czy mieszkańcy takich regionów jak Bieszczady mają prawo oczekiwać takiego samego dostępu do opieki zdrowotnej jak mieszkańcy Gdańska, Lublina czy Warszawy? A może uczciwiej byłoby przyznać, że pełnej równości nigdy nie będzie?
Eksperci – bez względu na sympatie polityczne – są zgodni co do jednego: liczba urodzeń będzie nadal spadać. To oznacza, że niektóre oddziały prawdopodobnie zostaną zamknięte. Inne przetrwają tylko dzięki dodatkowym pieniądzom z budżetu państwa.
– Samo utrzymanie porodówki nie gwarantuje dobrej opieki, a do tego powinniśmy dążyć. Znam przykład oddziału na Pomorzu, gdzie wiele kobiet chce rodzić, mimo konieczności pokonania 120 km – mówi w rozmowie z Wirtualną Polską Krzysztof Łanda. Były wiceminister zdrowia w latach 2015–2017 w rządzie PiS odpowiadał m.in. za mapy potrzeb zdrowotnych. Obecnie jest ekspertem w dziedzinie ochrony zdrowia, założycielem Fundacji Watch Health Care.
– Z jednej strony dobrym ruchem jest zachęta ze strony resortu zdrowia, by zamykać nierentowne oddziały i oferta np. połowy kontraktu przez dwa lata. Z drugiej strony błędem jest takie działanie w oderwaniu od wsparcia finansowego w miejscach tzw. białych plam, gdzie zamknięto już tyle porodówek, że odległości do najbliższego ośrodka mogą być niebezpieczne – nie ma wątpliwości ekspert.
Równocześnie Krzysztof Łanda zwraca uwagę, że nawet zakup kilkunastu śmigłowców do transportu medycznego będzie tańszym rozwiązaniem od utrzymywania oddziału, który przynosi milionowe straty. – W takich miejscach powinniśmy iść także w rozwiązania mobilne, np. ginekobusy, a także wdrażać telemedycynę, która może istotnie wspomóc opiekę ginekologiczną – ocenia.
Były wiceminister dodaje również, że "wystarczy podnieść taryfy tak, by opłacało się utrzymanie oddziałów w miejscach, gdzie są one krytycznie potrzebne (ten problem dotyczy m.in. Podkarpacia, Podlasia, Lubelszczyzny, a także województw warmińsko-mazurskiego czy lubuskiego).
Dr Maria Libura, ekspertka w dziedzinie ochrony zdrowia, wskazuje na nieco inny aspekt. Podczas gdy w Polsce mamy do czynienia z "próbą osłabiania zawodu położnej", przykład choćby Holandii pokazuje, jak można wykorzystać ten potencjał.
– Jeśli ciąża przebiega prawidłowo, prowadzi ją położna, to przede wszystkim ona opiekuje się kobietą. To jednak wymaga zmiany w myśleniu o porodzie, odejścia od przekonania, że każda ciąża jest przede wszystkim problemem medycznym – zauważa.
Zdaniem dr Libury, nowy system opieki nad kobietą w ciąży i w połogu powinien powstać już wiele lat temu.
– Demografia nie jest epidemią ani tsunami. Wiedzieliśmy, co nadchodzi. Pamiętam jeszcze dyskusje w Senacie za pierwszych rządów Platformy Obywatelskiej [w latach 2007–2011 – red.]. Już wtedy pokazywano prognozy dotyczące liczby urodzeń i było jasne, że system trzeba przygotować. Jesteśmy kilka rządów dalej, a z tej wiedzy nie zrobiono użytku – punktuje ekspertka.
Systemowe rozwiązania nie nastąpiły ani za rządów PO, ani za PiS, którego politycy przy każdej kolejnej zamykanej porodówce powtarzają teraz, że "kobiety będą umierać", tak jakby w ostatnich latach żadna z porodówek nie została zamknięta.
1 lipca część Polski wstrzyma oddech
Tomasz Maciejewski jest ginekologiem i położnikiem, ale obecnie to przede wszystkim wiceminister zdrowia. Odpowiada za stworzenie Schematu Zabezpieczenia Opieki Szpitalnej. Jednym z celów jest "zapobieganie działaniom organów właścicielskich prowadzącym do likwidacji oddziałów położniczych, jeżeli mogłoby to skutkować pogorszeniem dostępności terytorialnej opieki okołoporodowej".
– Prezentację dokumentu zaplanowaliśmy na 1 lipca. Pokaże, czy w konkretnym regionie jest uzasadnienie dla utrzymywania konkretnych oddziałów, czy takiego uzasadnienia nie ma. Będzie to dotyczyło nie tylko sieci oddziałów ginekologiczno-położniczych. To kompleksowa analiza dotycząca też innych oddziałów np. chirurgicznych czy internistycznych – zaznacza wiceminister.
Wyjaśnia, że nowa mapa ma wskazać "optymalne położenie oddziałów", ale nie ma mocy prawnej, by je zamykać, bo to decyzja samorządu.
– Kierujemy się konkretnymi kryteriami. W przypadku porodówek: dostępnością i czasem dojazdu do szpitala oraz minimalną liczbą porodów, ale nie tylko. Pracując nad mapą, analizujemy dosłownie szpital po szpitalu, uwzględniając również migrację i wybory kobiet w konkretnym miejscu, które nie zawsze decydują się na poród w tym najbliższym szpitalu. Tak było, chociażby w przypadku Leska, gdzie kobiety częściej wybierały Brzozów czy Rzeszów – dodaje.
– Są miejsca np. w województwie mazowieckim, gdzie mamy położone, blisko siebie cztery oddziały położnicze w odległości 15–20 minut dojazdu samochodem: w jednym oddziale jest 150 porodów rocznie, w drugim 250, a w pozostałych dwóch w większym mieście po 500. W tej sytuacji wystarczyłby jeden oddział – wskazuje wiceminister Maciejewski.
Dodaje, że resort przyjął, że bezpieczny czas dojazdu nie powinien przekraczać 45 minut.
A co, jeśli zajmuje to ponad godzinę, a oddział ma mniej niż 700 porodów rocznie?
– Oczywiście na mapie są też takie miejsca, między innymi we wschodniej części kraju czy na Pomorzu. Przed 1 lipca nie wskazujemy konkretnych placówek, ale wytypowaliśmy już kilka strategicznych punktów w całym kraju. Takie oddziały mogą dostać wsparcie z budżetu państwa – zapowiada wiceminister.
Precyzuje, że chodzi o porodówki, które przy dłuższym czasie dojazdu mają w granicach 400 porodów rocznie.
– To miejsca, które będą w gotowości, możliwe, że porodów nie będzie tam nawet przez dwie kolejne doby, ale dla bezpieczeństwa trzeba je utrzymać. Chcemy wprowadzić dla nich ryczałt za gotowość, czyli dostaną pieniądze bez względu na to, czy przyjmą 100, czy 200 porodów, ale po przekroczeniu zakładanego progu 400 za każdy kolejny płacilibyśmy już za konkretną procedurę – mówi Tomasz Maciejewski. Zaznacza, że ostatecznych kwot nie jest jeszcze w stanie podać.
– Równolegle pracujemy nad podniesieniem wyceny porodów. Tu także nie ma jeszcze decyzji – zwraca uwagę wiceminister.
Bez zmian to się nie zepnie
Wyjaśnia, że szpital otrzyma wsparcie, ale pod pewnymi warunkami.
– Chodzi na przykład o dostosowanie obsady czy liczby łóżek, bo bez ograniczenia tych kosztów nasze wsparcie nie przyniesie optymalnych skutków. Mamy oddziały, gdzie jest 500 porodów rocznie, ale pracuje tam aż 80 położnych. A przecież część personelu jest na kontraktach, które też generują koszty, bo to nawet 250–300 zł za godzinę. Bez zmian to się nie zepnie, nawet przy wsparciu państwa – dodaje.
Tomasz Maciejewski uważa, że temat zamykania oddziałów położniczych stał się elementem gry politycznej. – Na zarzuty polityków opozycji, że teraz "kobiety będą umierać", mogę zapytać: dlaczego nikt wcześniej nie zadbał o to, by rozsądnie zaplanować sieć porodówek, by nierentowne oddziały zamykać krok po kroku, według planu, a nie tak, jak to się dzieje teraz? Dla porównania: tzw. oddziałów zawałowych czy udarowych też nie ma w każdym powiecie, a nie wzbudza to takich emocji – zauważa.
Wiceminister przypomina, że o potrzebie dostosowania sieci placówek do sytuacji demograficznej sam mówił wielokrotnie. – Powtarzałem to każdej kolejnej ekipie rządzącej od mniej więcej 2010 r., najpierw jako kierownik Kliniki Położnictwa i Ginekologii, a potem dyrektor Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie. Tak się jednak nie stało, więc mamy to, co mamy.
– Liczba urodzeń będzie jeszcze spadać, co w słabo zaludnionych miejscach widać najlepiej – ocenia wiceminister. – Musimy się z tym zmierzyć i zastanowić nad szerszym inwestowaniem w usługi czy punkty mobilne, czy rozwojem transportu medycznego, zwłaszcza w oddalonych, słabo zaludnionych miejscach, gdzie jednocześnie wiemy, że są kobiety w ciąży. Decyzje, które zapewnią mieszkańcom bezpieczeństwo, należą jednak do wojewodów – uważa.
1 lipca wiele kobiet po raz pierwszy od lat pozna odpowiedź na pytanie, które dziś zadają sobie najczęściej. Nie o politykę, nie o ekonomię i nie o demografię. Ale o to, gdzie przyjdzie na świat ich dziecko.
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.