Więcej myszy, więcej kleszczy
Badacze śledzili przez ponad trzy dekady populacje kleszczy, ich żywicieli oraz zmiany zachodzące w lasach stanu Nowy Jork. Chcieli sprawdzić, jakie czynniki naprawdę wpływają na liczbę nimf, czyli stadium kleszcza szczególnie istotne z punktu widzenia przenoszenia boreliozy na ludzi.
Jednym z najważniejszych wniosków okazała się rola myszy. Gdy w danym roku było ich wyjątkowo dużo, w kolejnym sezonie liczba nimf rosła średnio o około 40 proc. Wynika to z faktu, że larwy kleszczy chętnie żerują właśnie na małych gryzoniach i mają na nich duże szanse na przeżycie.
Żołędzie mogą dać sygnał dwa lata wcześniej
Populacja myszy jest z kolei silnie związana z dostępnością żołędzi. Obfity rok dla dębów może więc prowadzić do wzrostu liczby gryzoni w następnym sezonie, a rok później – do większej liczby nimf kleszczy. Oznacza to, że wyjątkowy urodzaj żołędzi może być sygnałem zwiększonego ryzyka nawet z dwuletnim wyprzedzeniem.
Mróz nie musi rozwiązać problemu
Wyniki podważają też przekonanie, że sroga zima skutecznie ogranicza populację kleszczy. Choć w laboratorium skrajne temperatury mogą być dla nich zabójcze, w naturalnym środowisku pajęczaki potrafią chronić się pod ściółką i w głębszych warstwach gleby. Naukowcy nie potwierdzili również, by liczba jeleni miała bezpośredni wpływ na późniejszą liczbę nimf.
Badacze podkreślają, że przewidywanie ryzyka boreliozy wymaga patrzenia szerzej niż tylko na pogodę czy pojedynczego żywiciela. Wiedza o tym, jak zmieniają się populacje gryzoni i dostępność pokarmu, może w przyszłości pomóc wcześniej wskazywać sezony szczególnie sprzyjające kleszczom.
Źródło: PAP
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.