– W ciągu ostatnich około 10 lat liczba łóżek internistycznych spadła z 23 tys. do około 17 tys. Ten proces przyspieszył w ostatnich miesiącach i będzie nadal przyspieszał – zauważa w rozmowie z WP abcZdrowie prof. Andrzej Fal, prezes Polskiego Towarzystwa Zdrowia Publicznego, internista, alergolog i ekonomista.
Najbardziej deficytowa specjalizacja
Trendy potwierdzają twarde dane. Według danych GUS w 2024 r. w polskich szpitalach było 19 155 łóżek na 582 oddziałach chorób wewnętrznych, podczas gdy jeszcze w 2020 r. było ich 22 836 na 608 oddziałach.
WIDEONajpierw cel, potem pieniądze. Jak naprawić system ochrony zdrowia?
Co więcej, z raportu "Braki kadry lekarskiej – strategia działań w różnych horyzontach czasowych" przygotowanego przez think tank SGH dla ochrony zdrowia wynika, że najczęściej wskazywaną deficytową specjalizacją w szpitalach są właśnie choroby wewnętrzne (wskazuje na nie aż 62 proc. ankietowanych podmiotów). To znacznie więcej niż w przypadku innych dziedzin.
– Ostatnie miesiące to czas masowego zamykania oddziałów internistycznych w całej Polsce. W Szpitalu Specjalistycznym nr 1 w Bytomiu zamknięto duży oddział, który zaopatrywał znaczny fragment miasta i regionu – stało się to z powodu braku lekarzy. W Miastku z tego samego powodu trzeba było zamknąć cały szpital. W wielu miejscach specjalistów z zakresu chorób wewnętrznych po prostu nie ma. Warto się zastanowić, co tak naprawdę się dzieje – wskazuje w rozmowie z WP abcZdrowie prof. Aleksander Sieroń, konsultant krajowy w dziedzinie angiologii, specjalista leczenia chorób wewnętrznych, kardiologii, angiologii, balneologii i medycyny fizykalnej oraz hipertensjologii.
System, który zniechęca młodych
Zdaniem prof. Sieronia przyczyną braku internistów jest fakt, że interna to najtrudniejsza specjalizacja. Egzamin z chorób wewnętrznych obejmuje m.in. kardiologię, pulmonologię czy gastroenterologię. Problem zaczyna się jednak od samego systemu kształcenia.
– Gdy wprowadzano obecnie obowiązujące zasady, wymyślono, aby dla osób wybierających wąskie dziedziny pozostawić moduł internistyczny, ale nie kończyć go żadnym egzaminem. W praktyce wygląda to tak, jakby zamiast egzaminu na prawo jazdy wystarczyło przejechać przez parking – mówi ekspert.
– Dawniej ten, kto zdał egzamin z interny, miał pełne kwalifikacje do prowadzenia oddziału, na który trafiają pacjenci ze schorzeniami serca, przewodu pokarmowego i wieloma innymi złożonymi problemami. Dzisiaj postawiono na wąskie specjalizacje, bo łatwiej je uzyskać i młodzi lekarze wybierają je zamiast interny. Kiedyś chętnych do chorób wewnętrznych było 800–900 rocznie, a teraz jest ich zaledwie 200–220 – zauważa prof. Aleksander Sieroń.
Ekspert zwraca uwagę na postępujący absurd i marginalizację roli internisty w szpitalach. – Obecny system doprowadził do tego, że na oddziałach internistycznych wykonuje się dodatkowo płatne konsultacje kardiologiczne, pulmonologiczne czy gastrologiczne. W zasadzie interna zgasła – królowa przestała rządzić, zdjęła koronę i powiedziała: "skoro nie jestem potrzebna, to odchodzę". Po przejściu ciężkiego egzaminu i zdobyciu ogromnej wiedzy okazuje się, że do postawienia rozpoznania potrzebne są zewnętrzne, płatne konsultacje. W tym momencie interna traci rację bytu. To tak, jakby dziennikarz mógł wywiad nagrać, ale do spisania musiał oddać go komuś innemu – zauważa lekarz.
Dyrektorzy szpitali w całej Polsce nie mają internistów-specjalistów. Dyrekcje nakazują przeprowadzanie dodatkowo płatnych konsultacji na oddziałach wewnętrznych, przez co wiedza internisty jest niewykorzystana, a sam lekarz niedoceniony. W efekcie taki lekarz dochodzi do wniosku: "nauczę się czegoś niszowego i będę sobie spokojnie radził w prywatnym gabinecie" – przyznaje ze smutkiem prof. Sieroń.
Problem kadrowy będzie się jedynie nasilał. Ministerstwo Zdrowia prognozuje, że do 2030 r. w Polsce zabraknie 1790 internistów. Resort ocenia, że w tej specjalizacji liczba lekarzy osiągających wiek emerytalny będzie wyższa niż liczba nowych specjalistów wchodzących do zawodu, a w żadnym województwie nie zostanie zapewniona pełna zastępowalność kadr.
Według danych udostępnionych przez Centrum Medyczne Kształcenia Podyplomowego na temat ostatecznych wyników wiosennego postępowania kwalifikacyjnego, opublikowanych 14 kwietnia 2026 r., na szkolenia specjalizacyjne w chorobach wewnętrznych zdecydowało się łącznie 141 lekarzy – 117 osób potwierdziło przyjęcie miejsca w trybie rezydenckim, a 24 w trybie pozarezydenckim. W efekcie interna zajęła 5. miejsce pod względem popularności rezydentur (ex aequo z anestezjologią i intensywną terapią), plasując się za medycyną rodzinną (268 miejsc), psychiatrią (134), położnictwem i ginekologią (132) oraz kardiologią (131). Z kolei w trybie pozarezydenckim choroby wewnętrzne znalazły się dopiero na 11. pozycji.
Starzejące się społeczeństwo potrzebuje internistów
Tymczasem zapotrzebowanie na kompleksową opiekę medyczną rośnie. Prof. Sieroń przyrównuje internę do dobrego opowiadania detektywistycznego, gdzie zdobywanie wiedzy o pacjencie krok po kroku pozwala dojść do rzeczywistej diagnozy i odpowiedniej terapii. Ten model po prostu umarł.
– Mamy starzejące się społeczeństwo i tylko internista – wsparty przez geriatrę – daje pacjentowi szansę na szybkie, dobre i optymalne leczenie. Gdy tego brakuje, chorzy tracą bezpieczną opiekę – podkreśla, wskazując, że wraz ze starzeniem się społeczeństwa rola internistyki będzie tylko rosnąć, gdyż coraz więcej będzie pacjentów ze złożonymi schorzeniami.
Potwierdza to prof. Andrzej Fal. – Interna jest królową nauk medycznych i nie da się jej zdetronizować. Jest nieodzowna, ale też trudna i czasem niewdzięczna. Lekarz chorób wewnętrznych musi diagnozować wszystko i przyjmować niemal każdego pacjenta. Internista na SOR-ze nie może powiedzieć "to nie jest przypadek dla mnie". Chyba że pacjent kwalifikuje się do pilnej operacji – każdy inny przypadek można uznać za internistyczny – mówi.
– Mamy coraz więcej ludzi starszych, w wieku 65+, a nawet 80+. Są to osoby z wielochorobowością, czyli chorujące jednocześnie na serce, płuca, przewód pokarmowy i parę innych rzeczy. To jest typowy pacjent hospitalizowany obecnie w większości oddziałów chorób wewnętrznych w Polsce – dodaje prof. Fal.
Niedoszacowane procedury
Kolejnym potężnym hamulcem dla internistyki są finanse. Jak donosił w marcu portal proadamedyka.pl, poważnym wyzwaniem jest niska wycena procedur internistycznych – zaledwie 20 z 157 procedur doczekało się podwyżki wyceny, co w przypadku niektórych szpitali powoduje straty sięgające 5–8 mln zł rocznie.
– Taki pacjent generuje spore koszty. Ostatnio dużo mówi się o finansach w ochronie zdrowia i o procedurach superspecjalistycznych, które wyceniono bardzo wysoko, natomiast interna boryka się z odwrotnym problemem – zauważa prof. Fal. Wskazuje, że większość procedur internistycznych została wyceniona bardzo dawno i bardzo nisko. – Dla większości szpitali są one po prostu nieopłacalne. Więcej trzeba wydać na rzetelne zaopatrzenie pacjenta internistycznego (szczególnie starszego i wielochorobowego), niż wynosi zwrot z NFZ. Mówiąc krótko – taki pacjent generuje dług i deficyt szpitala. Dlatego koniecznością staje się dokonanie ponownej rewizji wyceny procedur przez AOTMiT – podkreśla.
Jako przykład niedopasowania kosztów w internie ekspert podaje długość hospitalizacji. – Są pacjenci, na przykład opisani przeze mnie seniorzy, wymagający dłuższego pobytu. Wypisanie takiego pacjenta ze szpitala średnio w ciągu 2–3 dni to bardzo ryzykowne działanie. Internę trzeba też wspomóc oddziałami opieki długoterminowej, aby pacjenta niewymagającego już ostrej interwencji lekarskiej przekazywać na łóżka długoterminowe, których mamy bezwzględny niedobór – wskazuje prof. Andrzej Fal.
Każdy lekarz powinien być internistą
Zdaniem ekspertów potrzebna jest głęboka reforma systemu szkolenia, która przywróci internie właściwe miejsce.
– Rozwiązanie jest bardzo proste: każdy lekarz powinien zdawać obowiązkowy egzamin z interny po pierwszym etapie kształcenia. Tak działa to chociażby w Niemczech. Egzaminowałem tam świetnego angiologa, który przy nazwisku ma wpisane: Internist und Spezialist in Kardiologie. Przywrócenie tego pierwszego stopnia pod hasłem "internista" daje nieprawdopodobny fundament wiedzy, na którym buduje się dalszą karierę – tłumaczy prof. Aleksander Sieroń.
– W Polsce mamy aż 86 specjalizacji, co tworzy ogromne rozdrobnienie. Dochodzi do sytuacji, w której dzwoni do mnie koordynator oddziału kardiologicznego z prośbą o pomoc przy pacjencie, a na moją uwagę, że przecież sam jest kardiologiem, odpowiada: "ale inwazyjnym!". Na świecie wygląda to inaczej – na przykład w USA tworzy się Internal Department, gdzie lekarz musi opanować całą internę na solidną czwórkę z plusem, a dopiero potem dorabia specjalizację szczegółową, np. z nefrologii – podsumowuje prof. Sieroń.
Źródła: WP abcZdrowie, cmkp.edu.pl, Główny Urząd Statystyczny
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.