Wszystko wydarzyło się 16 maja. 19-letnia Oliwia, marząca o własnym samochodzie, zaczepiła kuzyna. Słyszała, że planuje sprzedać swoje BMW. Upatrzyła sobie to auto, choć jej ojciec był temu przeciwny.
"Ona się tym samochodem zabije"
– I on jej odpowiedział, że nie, bo ona się tym samochodem zabije. Takich słów użył – wspominał w rozmowie z dziennikarką Gazety Wyborczej Grzegorz Dróżdż, ojciec dziewczyny.
WIDEOAnna Gołębicka “Długowieczność zaczyna się od zdrowia”
Oliwia zapytała, czy może chociaż poprowadzić pojazd. Na to kuzyn również się nie zgodził, ponownie wspominając o śmierci. Auto ruszyło spod restauracji, gdzie odbywał się uroczysty obiad. Była godzina 15:35.
"Coś ty zrobił, człowieku?"
Dwie minuty później kierowca stracił panowanie nad autem, które uderzyło w słup ogrodzenia.
– Pobiegliśmy na miejsce wypadku – relacjonowała Natasza Dróżdż, mama Oliwii. – Córka siedziała na przednim fotelu i była w szoku. Ratownicy medyczni poinformowali ją, że dziewczyna sama oddycha, jej stan jest stabilny i że odzyskała przytomność.
O godzinie 16:06 Oliwię zabrała karetka ze szpitala powiatowego w Kozienicach. Rodzicom przekazano, że Oliwia jedzie do Mazowieckiego Szpitala Specjalistycznego w Radomiu. Karetka dotarła na tamtejszy SOR o godzinie 16:53.
– Chwilę później dotarliśmy na miejsce. Wyszedł do nas lekarz i powiedział, że stan córki jest krytyczny. Stwierdził, że ma obrzęk mózgu z powodu niedotlenienia i że musiał ją przeintubować, bo była źle zaintubowana. W karetce lekarz miał jej założyć dziecięcą rurkę zamiast dla dorosłych i wepchnąć ją do samego końca. Dodał, że nie mamy już na co liczyć – mówili zrozpaczeni rodzice.
Błąd w sztuce?
Według relacji rodziców Oliwia po wypadku dostała silnego szczękościsku wywołanego stresem. Lekarz z karetki miał błędnie zinterpretować ten objaw, wpisując w dokumentację, że pacjentka była nieprzytomna. Dziewczynie podano fentanyl oraz leki uspokajające. W karcie czynności ratunkowych lekarz zapisał, że poszkodowana nie miała żadnych zewnętrznych obrażeń.
– Dlaczego więc podjął decyzję o intubacji? – pytają retorycznie rodzice.
Oliwię skierowano na badanie tomografem. Wykazało, że dziewczyna nie doznała żadnych obrażeń wewnętrznych wynikających bezpośrednio z wypadku. Stwierdzono jednak rozległy obrzęk mózgu z powodu niedotlenienia oraz objawy zachłyśnięcia, co potwierdziła późniejsza sekcja zwłok.
– To był efekt niewłaściwie przeprowadzonej intubacji. Powiedziano nam, że jeśli rurka jest włożona do samego końca, lekarz nie widzi, czy znajduje się w niej treść pokarmowa, piana, czy para. To uniemożliwia kontrolę stanu pacjenta. Nie wiemy, czy rurka od początku była źle założona, czy się przesunęła, ale to odcięło dopływ tlenu do mózgu – tłumaczyła matka Oliwii.
Kolejna tomografia potwierdziła najgorsze – pień mózgu obumarł. Lekarze przekazali rodzicom wprost, że Oliwia już nie żyje, a jej serce bije wyłącznie dzięki aparaturze. Zapowiedzieli dwie oficjalne próby potwierdzenia śmierci mózgu, po których nastąpi odłączenie od respiratora. Dziewczynę odłączono we wtorek, 19 maja, o godzinie 21:37.
Kilka dni później rodzice zawiadomili prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez lekarza z karetki pogotowia z artykułu 155 Kodeksu karnego – nieumyślne spowodowanie śmierci.
– Dla nas to było morderstwo – komentuje krótko ojciec dziewczyny.
Szpital wzywa do milczenia
Dziennikarka "Gazety Wyborczej" skontaktowała się z Ewą Gizicką, dyrektorką szpitala powiatowego w Kozienicach, pytając o procedury wdrożone po wypadku.
– Wiem, że takie zdarzenie miało miejsce. Nasze jednostki były na miejscu. Nie uważam, żeby popełniono tam jakieś błędy. Lekarz, który przyjmował pacjentkę, powiedział, że wszystko jest w porządku i zrobiono wszystko, co było można – twierdzi dyrektorka. Dodała, że nie słyszała o prokuratorskim postępowaniu, a lekarz, który udzielał pomocy Oliwii, nadal pracuje w pogotowiu.
– Jeździ, bo nie możemy na podstawie zwykłych pomówień odsunąć go od pracy. Jeśli zostanie stwierdzone, że popełnił błąd w sztuce medycznej i zostaną mu postawione zarzuty, wtedy podejmiemy decyzje. W tej chwili to są pomówienia – ucięła dyrektor Gizicka.
Druga Oliwia, ten sam scenariusz?
Tego samego oczekuje Ilona Wołos, której 15-letnia córka – również Oliwia – straciła życie. W jej przypadku prokuratura również bada, czy do zgonu nie przyczynił się rażący błąd lekarza z karetki.
Do wypadku doszło jesienią zeszłego roku. Gdy nastolatka przechodziła do szkoły przez oznakowane przejście dla pieszych, uderzył w nią volkswagen kierowany przez 25-latkę. Siła uderzenia była ogromna – dziewczynkę odrzuciło na kilka metrów.
Ranną 15-latkę zabrał ambulans radomskiego pogotowia i przewiózł do tego samego Mazowieckiego Szpitala Specjalistycznego w Radomiu. Tam lekarze przez dwa tygodnie walczyli o życie dziewczyny. 9 grudnia podjęli decyzję o odłączeniu jej od respiratora. Jednocześnie zawiadomili prokuraturę oraz okręgowego rzecznika odpowiedzialności zawodowej o możliwym błędzie lekarza pogotowia, który drastycznie pogorszył szanse dziewczynki na przeżycie.
Lekarz pogotowia miał ją zabezpieczyć jedynie rurką ustno-gardłową i podał jej lek przeciwbólowy. Nie mieści się to w żadnych standardach postępowań z pacjentem po ciężkim urazie wielonarządowym.
– Lekarz pogotowia twierdził, że nie mógł jej intubować, bo córka się prężyła. A ona się prężyła, bo się po prostu dusiła! Aż doszło do obrzęku mózgu i w efekcie do śmierci – relacjonowała w rozmowie z Gazetą Wyborczą załamana Ilona Wołos.
Z rodzicami 15-letniej Oliwii nikt z dyrekcji pogotowia się nie skontaktował. Lekarz, który obsługiwał ten wypadek, wciąż pracuje w zespole wyjazdowym.
Źródło: Gazeta Wyborcza
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.