Tak wyglądają ostatnie 24 godziny życia. Biologiczny zegar śmierci

To, że człowiek gaśnie, najpierw widać w jego oczach. Choć o fizycznym procesie umierania wciąż mówimy szeptem, ludzkie ciało przed odejściem wysyła bardzo konkretne sygnały. Eksperci zdradzają, co dzieje się z organizmem na 24, 12 i sześć godzin przed śmiercią.

Tak wygląda umieranie. To dzieje się na 24 godziny przed śmierciąTak wygląda umieranie. To dzieje się na 24 godziny przed śmiercią (na zdjęciu Aleksandra Mazur-Woroniecka)
Źródło zdjęć: © Archiwum prywatne, Getty Images
Anna Klimczyk

Listopad to czas, w którym częściej myślimy o przemijaniu, jednak temat samego fizycznego odchodzenia wciąż pozostaje społecznym tabu. Istnieją jednak miejsca, w których jest ono codziennością. Jednym z nich jest hospicjum. To tam medycyna i biologia spotykają się z ostatecznością, a specjaliści codziennie obserwują, jak ludzkie ciało powoli przygotowuje się do drogi na drugą stronę.

– Śmierć w hospicjum jest obecna niemal codziennie. Pacjenci trafiają do nas w stanie terminalnym – w momencie, gdy z powodu postępu choroby nie są już w stanie funkcjonować samodzielnie, a rodzina nie radzi sobie z opieką w domu. Zgłaszają się też osoby samotne. Wszyscy wiemy, że w tym stanie zmierzamy już tylko w jednym kierunku. Śmierć to naturalny etap życia, ale rzadko wygląda tak jak w kinie. U pacjentów terminalnych, np. chorujących na nowotwory, proces ten rozwija się stopniowo – mówi Aleksandra Mazur-Woroniecka, prezes Stowarzyszenia Hospicjum Królowej Apostołów w Tanowie.


WIDEO
Pokolenie samotnych. Główny problem? "Powolne odbieranie sobie życia"

Czasem silna wola potrafi na chwilę wstrzymać umieranie

Czasami chory, mimo skrajnie ciężkiego stanu, czeka na swoich bliskich. Ostatkiem sił walczy, by dotrwać do przyjazdu syna czy córki. Wystarczy to ostatnie dotknięcie, pożegnanie. I wtedy odchodzi.

– To niezwykłe, jak psychika i wola potrafią na chwilę zatrzymać fizjologię. Ale bywa i tak, że ktoś jeszcze zje obiad, wydaje się być w stabilnej kondycji, a za chwilę już jest "po drugiej stronie". Śmierć bywa nieprzewidywalna. Często podopieczni spędzają z nami bardzo dużo czasu. Jeśli zapewni się im komfort, dobre wyżywienie, profesjonalną opiekę higieniczną oraz odpowiednio ustawi leki przeciwbólowe, zyskują stabilizację. Rekordzista był z nami aż cztery lata. Staramy się, aby hospicjum było jak dom – zapewniamy wygody, a nawet różne aktywności i atrakcje - podkreśla Mazur-Woroniecka.

Aleksandra Mazur-Woroniecka
Aleksandra Mazur-Woroniecka © Archiwum prywatne

Ciało daje pewne sygnały wskazujące, że śmierć nadchodzi

Eksperci od lat analizują biologiczny zegar umierania i wskazują, co dzieje się z organizmem na kilka godzin przed zgonem. Na dobę przed śmiercią dominuje głębokie otępienie. Chory przez większość czasu śpi, a wybudzenie go ze stanu letargu staje się coraz trudniejsze.

– To, że ludzie gasną, widać przede wszystkim w oczach. To spojrzenie diametralnie się zmienia. Umieranie to niezwykle intymna, wręcz święta sprawa dla człowieka. Naszym – lekarzy, pielęgniarek i rodzin – zadaniem jest zapewnić w tych ostatnich godzinach bezwzględną czujność, bliskość i brak bólu. Tylko tyle i aż tyle – zaznacza Mazur-Woroniecka.

– Na 24 godziny przed śmiercią rysy twarzy zaczynają się wyostrzać. Buzia robi się pociągła, nos wydaje się ostrzejszy, a oczy zapadnięte. To tzw. twarz hipokratesowa. Spojrzenie traci blask, staje się matowe i "szklane". Pacjent może patrzeć "przez nas", jakby był już w innym świecie – mówi Anna Majchrowicz, lekarka, która pracuje w Stowarzyszeniu Hospicjum Królowej Apostołów w Tanowie.

– Na 12 godzin przed śmiercią najczęściej pojawia się tzw. marmurkowatość skóry. Na stopach, podudziach i dłoniach występują fioletowosine plamy. Kończyny stają się zimne w dotyku. Tętno staje się bardzo szybkie, ale ledwo wyczuwalne, a ciśnienie tętnicze spada do wartości skrajnych. Wszystko zależy oczywiście od tego, jakie objawy najbardziej doskwierają pacjentowi w danej chwili. U większości osób umierających pojawiają się problemy z układem oddechowym – dodaje.

Zazwyczaj najbardziej dramatycznym momentem dla rodzin jest faza na około sześć godzin przed zgonem. Wtedy możemy zaobserwować tzw. grzechotkę śmierci.

– Dla bliskich ten dźwięk jest przerażający, brzmi, jakby chory się dusił. Czysta fizjologia wyjaśnia to jednak prosto: wiotczeją mięśnie podniebienia i gardła, a chory traci odruch połykania i odkrztuszania. Co ważne, pacjent w tym stanie już nie cierpi, jest nieprzytomny i nie czuje duszności. Ten dźwięk rani uszy stojących przy łóżku, ale dla umierającego nie jest bolesny. W takich momentach kluczowa jest nasza reakcja – odpowiednie ułożenie ciała pacjenta w pozycji wysokiej lub półwysokiej oraz, w razie potrzeby, delikatne odsysanie wydzieliny. Dbamy też o komfort otoczenia, optymalną temperaturę w pokoju, która powinna wynosić około 20 stopni Celsjusza, właściwe nawilżenie powietrza oraz tlenoterapię – tłumaczy dr Majchrowicz.

"Do śmierci nie da się przyzwyczaić ani w pełni z nią pogodzić"

Lekarka dodaje, że większość ludzi nie jest i nigdy nie będzie pogodzona ze śmiercią. Jej zdaniem odchodzenie zawsze jest potwornie trudne – zarówno dla rodziny, jak i dla samego chorującego.

– Czasami myślimy, że jeśli odchodzi osoba starsza, na przykład po dziewięćdziesiątce, która jest już skrajnie zmęczona chorobą, to bliskim będzie łatwiej. Nic bardziej mylnego. Nawet w takim wieku człowiek podświadomie chce żyć i strasznie żal mu rozstawać się z ukochanymi osobami. Do śmierci nie da się przyzwyczaić ani w pełni z nią pogodzić – relacjonuje dr Majchrowicz.

– Nam też wiele ludzkich historii już na zawsze zostaje w pamięci. Pamiętam szczególnie 40-letniego mężczyznę. Jego odejście było czymś niesamowitym. Przez większość czasu znajdował się w stanie przymglenia świadomości – raz był z nami, raz nie. Jednak w momentach, gdy ta świadomość wracała, mówił zupełnie logicznie. Trzymał za ręce brata i siostrę. Bardzo martwił się o swoją córkę i w tych ostatnich chwilach prosił ich, by się nią zaopiekowali. Rodzeństwo bez przerwy go uspokajało, powtarzając: "Nie martw się, zajmiemy się małą, bądź spokojny" – mówi.

Dodaje, że to czuwanie trwało około pięciu godzin. – Na samym końcu, bezpośrednio przed odejściem, jego twarz dosłownie się rozjaśniła, a na ustach zastygł piękny, szczęśliwy uśmiech. Zmarł z tym wyrazem twarzy. Rodzice, którzy ze strachu przed śmiercią czekali w osobnym pomieszczeniu, byli w głębokim szoku, gdy zobaczyli go po wszystkim. Zatem śmierć potrafi zaskoczyć spokojem, a nawet uśmiechem. Ta sytuacja pokazała mi, że nie musi być brutalna – zaznacza dr Majchrowicz.

Co dzieje się z ciałem zmarłego w hospicjum?

Lekarka podkreśla także, że hospicjum ma sztywne procedury, które wyznaczają, co będzie się działo z ciałem człowieka po jego śmierci.

– Gdy stwierdzamy zgon, niezwłocznie powiadamiamy rodzinę, jeśli nie było jej przy łóżku w tej ostatniej chwili. Następnie ciało zmarłego jest przygotowywane i przewożone do naszej hospicyjnej kapliczki. Pracownicy zakładu pogrzebowego, wskazanego wcześniej przez rodzinę, przyjeżdżają zazwyczaj w ciągu dwóch–trzech godzin od zgłoszenia i odbierają bliskiego z kaplicy. Ostatnia droga pacjenta w hospicjum odbywa się więc w pełnym szacunku, ciszy i bez pośpiechu – podkreśla dr Majchrowicz.

– Codzienność w hospicjum ciągle uświadamia mi, że wobec śmierci trzeba po prostu mieć w sobie ogromną pokorę. Umieranie to sprawa niezwykle intymna dla każdego człowieka i powinna być traktowana z najwyższym szacunkiem – podsumowuje Mazur-Woroniecka.

Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.

Wybrane dla Ciebie