Tragiczny finał wizyty na SOR-ze. Zmarł dwa dni po wypisie
Po wyjściu z SOR-u pan Wojciech przez trzy godziny stał pod szpitalnym murem, bez pełnej świadomości. Nie potrafił sam wrócić do domu, a szpital nie zawiadomił rodziny o wypisie. Dwa dni później zmarł. Jego historię opisała "Gazeta Wyborcza".
Pan Wojciech trafił do szpitala po tym, jak przez pięć dni nie dawał znaku życia. Jego pracodawca powiadomił syna mężczyzny, który udał się do mieszkania ojca. Tam znalazł go w stanie wskazującym na problemy neurologiczne.
Trzy godziny pod szpitalem
Żona pana Wojciecha, Irena, zdecydowała się zadzwonić po pogotowie. Jej mąż był tak słaby, że nie potrafił zejść do karetki o własnych siłach. Ostatecznie trafił na SOR Szpitala Specjalistycznego im. Ludwika Rydygiera w Krakowie, a jego syn podał tam swój numer telefonu jako kontaktowy i czekał na informacje o ojcu. Po długim oczekiwaniu i braku jakichkolwiek informacji syn zadzwonił do pana Wojciecha i dowiedział się od niego, że ten został już wypisany ze szpitala.
Błagała o dowód życia syna. Gdy poznała prawdę, zmarła
Szpitalna Karta Informacyjna podawała dokładny czas wypisu: 5 maja, godzina 7:14. Pani Irena obliczyła, że do czasu przyjazdu syna jej mąż przez trzy godziny stał przed szpitalem, nie do końca świadomy tego, co się z nim dzieje – bez picia w upalny dzień, w zakrwawionych spodniach i kurtce.
Gdy syn znalazł ojca, podał mu wodę i z pomocą przypadkowo napotkanej osoby posadził go na ławce w cieniu. Następnie pobiegł na SOR. Chciał wiedzieć, dlaczego jego tata został wypisany w takim stanie i dlaczego nikt go o tym nie poinformował. Usłyszał, że lekarz prowadzący stwierdził, iż pacjent był stabilny i nic mu nie dolegało – miał wrócić do domu, zażywać leki i zacząć jeść.
Zawał mózgu
Lekarze zdiagnozowali u niego hipokaliemię (niski poziom potasu) i zaburzenia elektrolitowe. Wykonano też USG brzucha i przestrzeni zaotrzewnowej, uzupełniono elektrolity oraz nawodniono organizm. O wcześniejszych zaburzeniach świadomości nie było w dokumentach ani słowa, choć rodzina pana Wojciecha poinformowała o nich ratowników.
Żona mężczyzny postanowiła skontaktować się z ordynatorem szpitala. Gdy to się nie udało, poszła do szpitalnej rzeczniczki praw pacjenta i zrelacjonowała jej całą sytuację. Ta zadzwoniła na SOR i poinformowała panią Irenę, że jej mąż zostanie przyjęty z powrotem.
Pan Wojciech miał kłopot, by wstać z ławki, syn go podtrzymywał, a w drodze do szpitala mężczyzna upadł na beton, na kolana. Na prośbę żony mężczyznę posadzono na wózek.
Okazało się, że nie wiedział, który był rok i miesiąc. Trafił na oddział neurologiczny, gdzie wykryto u niego zawał mózgu. Dzień później pan Wojciech zmarł. Miał 60 lat.
"Był w stanie wyniszczenia po długotrwałym ciągu alkoholowym"
Ostatecznie, jeszcze przed śmiercią pana Wojciecha, jego żonie udało się spotkać z Michałem Świtałą, ordynatorem SOR-u. Pokazała lekarzowi zdjęcia zrobione po wypisie i zapytała, co na nich widzi. W odpowiedzi miała usłyszeć, że chorego człowieka i że to dobrze, iż pan Wojciech został znaleziony przez rodzinę i z powrotem trafił do szpitala.
Według słów pani Ireny ordynator miał ją zapewnić, że w momencie wypisu jej mąż był "w kontakcie", został nawodniony i jego stan się poprawił", a dzięki kroplówce dostał "kopa", który postawił go na nogi i nie było sensu dłużej trzymać go na SOR-ze. Kobieta dowiedziała się, że neurolodzy podejrzewali u jej byłego męża zespół Korsakowa (zaburzenia pamięci wywołane niedoborem witaminy B). Usłyszała też, że objawy, z którymi pan Wojciech został za pierwszym razem przyjęty na SOR, mogły przykryć to schorzenie. Lekarze z oddziału ratunkowego nie mieli sobie jednak nic do zarzucenia.
Szpital im. Rydygiera w Krakowie przesłał redakcji obszerne wyjaśnienia. Wskazał w nich, że "mężczyzna był w stanie wyniszczenia po długotrwałym ciągu alkoholowym z cechami zaburzenia orientacji", a osoba zgłaszająca chorego miała przekazać informację, że mężczyzna od 5 dni nie przyjmował posiłków, miał mieć halucynacje i od dłuższego czasu regularnie nadużywał alkoholu.
"Pacjenta pozostawiono w SOR na całonocnej obserwacji, nawodniono, uzupełniono poziom potasu i uzyskano poprawę stanu ogólnego [...]. Mężczyzna w godzinach porannych (następnego dnia) samodzielnie opuścił SOR, co potwierdza zabezpieczone nagranie szpitalnego monitoringu." – poinformowała Ewelina Przybylska, rzeczniczka szpitala. Podkreśliła również, że rozpoznanie "zawału (niedokrwienia) mózgu" zostało przywołane jako jedna z wielu możliwych przyczyn nagłego zgonu, jednak faktyczną sytuację miały zweryfikować wyniki sekcji zwłok, na które można było czekać nawet trzy miesiące.
Gdy pani Irena zapoznała się z wyjaśnieniami placówki, odrzuciła wersję o rzekomej poprawie oraz o tym, że to ona miała mówić ratownikom o pięciodniowej głodówce byłego męża – jak twierdziła, nie miała wtedy nawet takiej wiedzy.
– Lekarze wiedzieli, z jakiego powodu mąż przyjechał na SOR. Nawet jeśli mu się chwilowo poprawiło, czy zapewnienia takiej osoby, że da sobie radę samodzielnie wrócić do domu, można było traktować poważnie? – pytała.
Kobieta zapowiedziała, że oficjalnie zgłosi sprawę do Rzecznika Praw Pacjenta.
Źródło: Gazeta Wyborcza
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.