Zwlekają z wezwaniem pomocy. "Śmiertelność w takich sytuacjach jest bardzo wysoka"
Niewiedza związana z właściwym rozpoznaniem zawału serca sprawia, że wciąż niewielu pacjentów trafia do szpitala w tzw. złotej godzinie. - Pacjent wpada w powikłanie zwane wstrząsem kardiogennym i niejednokrotnie nie przeżywa - wyjaśnia kardiolog dr n. med. Wojciech Zajdel.
"Niepotrzebnie tyle czekałem"
4 grudnia 2025 roku. Wieczorem 64-letni Włodzimierz Daros z Krakowa nagle źle się poczuł. Zaczęło się od palącego uczucia zgagi, która długo nie mijała. Mężczyzna pomyślał, że zatruł się zjedzoną na kolację rybą. - Potem doszedł też ból za mostkiem. Próbowałem go przeczekać, ale niezależnie od tego, czy siedziałem, czy leżałem, nie czułem ulgi - opowiada w rozmowie z WP abcZdrowie.
Daros, przekonany, że ból wkrótce minie, położył się spać. - Rano czułem się jednak jeszcze gorzej - ból był już bardzo intensywny. Dwa razy zwymiotowałem. Początkowo chciałem iść do lekarza, ale koło 9 żona zadzwoniła po karetkę. Przyjechała w ciągu kilku minut - mówi.
Ratownicy wykonali EKG. Jak wspomina Daros, od razu wiedzieli, że to zawał serca. W ciągu kilkunastu minut mężczyzna znalazł się 5. Wojskowym Szpitalu Klinicznym w Krakowie.
- Tam czekał już na mnie zespół lekarzy i pielęgniarek. Od razu zawieziono mnie na salę operacyjną - relacjonuje.
Od tamtych wydarzeń minęły dwa miesiące. Daros przyznaje, że czuje się już dobrze, jednak gdy sięga pamięcią wstecz, żałuje jednej rzeczy.
- Żałuję, że nie wezwaliśmy karetki wcześniej. Niepotrzebnie tyle czekałem - przyznaje.
Przypadek 64-latka nie jest rzadkością. Jak podkreśla w rozmowie z WP abcZdrowie dr n. med. Wojciech Zajdel, kardiolog, kierownik Ośrodka Interwencji Sercowo-Naczyniowych w szpitalu wojskowym w Krakowie, obecnie mamy w Polsce jedną z najniższych śmiertelności wewnątrzszpitalnych z powodu zawału serca w krajach UE. Jednocześnie liczba pracowni kardiologii inwazyjnej wzrasta (obecnie jest ich ok. 160), jednak słabym ogniwem systemu wciąż wydają się pacjenci, którzy zbyt późno dzwonią po karetkę. - Nadal zdarzają się pacjenci, którzy bardzo późno wzywają pomoc. Są wtedy w tak złym stanie, że nawet jeśli podejmiemy się leczenia interwencyjnego, to niestety może dochodzić do mechanicznego powikłania zawału, takiego jak pęknięcie wolnej ściany mięśnia sercowego czy pęknięcia mięśnia brodawkowego, a wtedy pacjent wpada w powikłanie zwane wstrząsem kardiogennym i niejednokrotnie nie przeżywa. Śmiertelność w takich sytuacjach jest bardzo wysoka - mówi.
Niewielu pacjentów w "złotej godzinie"
Podstawą jest więc, by pacjent z zawałem serca jak najszybciej trafił do odpowiedniego ośrodka i podjął leczenie. Służą temu tzw. dyżury zawałowe, czyli bezpośrednie połączenie szpitala z systemem LIFENET i współpraca z zespołami ratownictwa medycznego oraz oddziałami ratunkowymi w regionie. To sprawia, że pacjenci z ostrym zespołem wieńcowym lub zatrzymaniem krążenia mogą otrzymać pilną interwencję kardiologiczną w rekordowo krótkim czasie.
Jak to działa? - Pacjent lub jego bliscy wzywają karetkę. Rolą dyspozytora jest prawidłowo rozpoznać podejrzenie zawału. Następnie do takiego pacjenta przyjeżdża zespół ratownictwa medycznego, który wykonuje zapis EKG. Jest on transmitowany do najbliższych ośrodków kardiologii inwazyjnej, a sytuacja pacjenta zgłaszana telefonicznie. Lekarz dyżurny w hemodynamice widzi u siebie na monitorze zapis EKG i weryfikuje kontekst kliniczny. Jeśli sytuacja jest w 100 proc. klarowna i wiemy, że mamy do czynienia z ostrym zespołem wieńcowym, pacjent z pominięciem SOR-u i izby przyjęć trafia bezpośrednio do pracowni hemodynamiki w celu wykonania koronarografii i rekanalizacji naczynia - tłumaczy dr Zajdel.
Ekspert dodaje, że w przeżywalności pacjentów liczy się tzw. złota godzina. - System dyżurów kardiologii inwazyjnej hemodynamicznych dyżurów w Polsce opiera się na całodobowej gotowości pracowni hemodynamicznych, które są zintegrowane w ramach sieci z czasem dojazdu od miejsca zachorowania nieprzekraczającym godziny - wyjaśnia.
- Większość pacjentów z zawałem, jeśli zostanie wezwana pomoc, jest w stanie dotrzeć do takiej pracowni kardiologii inwazyjnej w tzw. złotej godzinie, czyli w czasie 60-90 minut. Jest to czas od chwili zachorowania do momentu otwarcia niedrożnej tętnicy wieńcowej. Wtedy osiągamy największy sukces, czyli możemy uratować mięsień sercowy prawie bez odległych uszkodzeń. Pacjentów w złotej godzinie trafia do nas naprawdę niewielu, mniej niż 10 proc. - mówi.
- Najlepiej, jeśli pacjent trafi do nas maksymalnie w ciągu 6 godzin od pierwszych objawów - dodaje.
(Nie)oczywiste objawy zawału
W Polsce każdego roku notuje się ok. 70-80 tysięcy zawałów serca. Jego objawy kojarzymy głównie z silnym zamostkowym bólem, mogącym promieniować do gardła, żuchwy, lewej okolicy barkowej czy lewej ręki, ale nie każdy wie, że zawałowi mogą towarzyszyć mniej oczywiste symptomy, np. poczucie lęku, poty, nudności i wymioty.
65-letni Piotr Gradoń, który przeszedł zawał w listopadzie 2025 roku, wspomina, że na początku ogarnęło go przedziwne uczucie niepokoju.
- Oglądałem telewizję i zdenerwowałem się komisją sejmową. Nagle poczułem w sobie dziwne uczucie, porównywalne ze stresem związanym ze zdawaniem matury. To był trudny do określenia niepokój. Pojawił się też ból w klatce piersiowej - opowiada.
- Nie wiedziałem, co mi jest, ale uznałem, że na pewno zaraz przejdzie. Po półtorej godzinie stwierdziłem, że czas jechać do pracy, jednak ból zamiast zniknąć, nasilał się. Pomyślałem, że może pomoże mi ciepła kąpiel. Nalałem wody do wanny - nie gorącej, tak jak zwykle, tylko letniej. Teraz wiem, że to mogło uratować mi życie, bo, jak powiedział mi potem lekarz, gdybym nalał gorącej, mógłbym już nie żyć - dodaje.
Gdy ból nie mijał, mężczyzna zadzwonił do znajomego lekarza. Ten, usłyszawszy objawy, od razu kazał dzwonić po karetkę i mówić, że to zawał. - Nie dowierzałem. Sam dojechałem na SOR. Musiałem czekać na swoją kolej. Teraz wiem, że to była głupota. W ten sposób, w domu i szpitalu, straciłem w sumie kilka cennych godzin - opowiada.
Po wykonaniu EKG u Gradonia rozpoznano zawał. Od razu trafił na salę operacyjną. -Pacjenci trafiający na dyżur zawałowy mają wykonywaną angioplastykę wieńcową, polegającą na odetkaniu tętnicy - tłumaczy dr Zajdel.
Gradoń był znieczulony miejscowo, a całą procedurę obserwował na ekranie.
- Kosmiczne uczucie - komentuje z uśmiechem.
"Myślałem, że mam serce jak dzwon"
Leczenie zawału to jednak nie tylko angioplastyka, ale też opieka pozabiegowa i rehabilitacja. W Polsce od kilku lat pacjenci leczeni w ramach leczenia ostrego zespołu wieńcowego drogą interwencyjną poddawani są programowi kompleksowej opieki pozawałowej, czyli KOS-Zawał. Jak dowiedzieliśmy się w Ministerstwie Zdrowia, liczba umów KOS-Zawał wzrosła w ostatnich latach ze 100 (2022 r.) do 120 (2025 r.).
- U pacjentów, którzy przeżyli fazę ostrą zawału, śmiertelność szpitalna w ciągu pierwszego roku może wynosić 10-15 proc. Natomiast dzięki adekwatnej opiece pozawałowej spada ona do 2-3 proc. Konieczne jest tylko przypilnowanie, by w ciągu pierwszego roku, dwóch po przebytym ostrym zespole wieńcowym pacjent skwapliwie odbywał wizyty, miał optymalizowaną farmakoterapię obejmującą leczenie przeciwpłytkowe niewydolności serca i opanowane w sposób absolutnie radykalnie czynniki ryzyka - podkreśla kardiolog.
Włodzimierz Daros i Piotr Gradoń odbywają wizyty kontrolne po leczeniu, zostali także objęci opieką rehabilitacyjną w Szpitalu Kardiologicznym Uzdrowiska Rabka. Obaj zgodnie przyznają, że zawał był dla nich ogromnym zaskoczeniem. - Dotąd myślałem, że mam serce jak dzwon. Nigdy nie leczyłem się u kardiologa. W mojej rodzinie nikt nie miał zawału - mówi Gradoń.
- Koledzy dziwili się, że miałem zawał, bo regularnie gram w piłkę, nie palę, piję okazjonalnie, a ostatnio nawet zacząłem mniej solić i wydawało mi się, że zawał mi nie grozi - dodaje Daros.
- U nas na każdym dyżurze mamy średnio 2-3 pacjentów z ostrym zespołem wieńcowym. Najczęściej są to osoby między 60. a 80. rokiem życia. Zachorowalność na zawał przesunęła się ostatnio w kierunku starszych pacjentów. Ma to związek z tym, że czynniki ryzyka wśród młodszej populacji są lepiej kontrolowane - zauważa dr Zajdel.
Co więc mogło przesądzić o zawale u obu pacjentów? - Lekarze powiedzieli, że w moim przypadku wpływ mogła mieć m.in. genetyka, bo mój tata zmarł w wieku 67 lat na udar. Do tego wykonuję pracę siedzącą, bo jestem kierowcą - wyjaśnia Daros.
- Żałuję, że zlekceważyłem wyniki badań. Wyszło mi, że mam podwyższony cholesterol. Nie ograniczałem tłustego jedzenia, nie stosowałem żadnej diety. Poza tym przez wiele lat, jako koordynator Zespołu Rajdowego Subaru, żyłem w nieustannym stresie i napięciu, spędzając niezliczone godziny w samochodzie - dodaje Gradoń. - Żałuję też, że nie zadzwoniłem po karetkę. Dużo wcześniej dostałbym leczenie. Teraz już będę wiedział, co robić.
Luty to miesiąc szczególnej uwagi poświęconej zdrowiu serca.
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.