Wyją syreny, przychodzą alerty RCB. "Mamy zamykać poradnie? Czy dalej pracować?"

Mieszkańcy Lubelszczyzny i Podkarpacia niemal każdego dnia odbierają alerty RCB o rosyjskim ataku powietrznym na terenie Ukrainy. Poczucie chaosu, lęk i niepewność odczuwają też lekarze przyjmujący w placówkach we wschodnich regionach Polski. – Do niedawna komunikaty o alarmach wzbudzały niepokój, ale traktowaliśmy je jako sygnały ostrzegawcze (...). Sytuacja zmieniła się diametralnie, gdy pojawiły się w nich wprost polecenia szukania schronienia – mówi dr Tomasz Zieliński.

Lekarze pytają o to, co mają robić podczas alertówLekarze pytają o to, co mają robić podczas alertów
Źródło zdjęć: © Materiały WP • Zdjęcie wygenerowane przy pomocy AI
Mateusz Różański

Alerty RCB i syreny ostrzegawcze informujące o zagrożeniu to już codzienność mieszkańców wschodniej Polski. Lekarze pytają jednak wprost: co dokładnie mają zrobić w sytuacji rzeczywistego niebezpieczeństwa? Dotyczy to zarówno przychodni podstawowej opieki zdrowotnej, jak i szpitali, które znajdują się w strefie potencjalnego zagrożenia. 

Województwo nie kończy się na Lublinie

"Kolejny alert RCB, który wpływa na naszą pracę w POZ, a my dalej nie wiemy, co robić. Dla Lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego i wojewody Krzysztofa Komorskiego województwo lubelskie chyba kończy się na granicy miasta Lublin. Mamy zamykać poradnie i szukać bezpiecznego miejsca? Czy dalej pracować?" – pytał w serwisie X (dawniej Twitter) dr Tomasz Zieliński, prezes Lubelskiego Związku Lekarzy Rodzinnych – Pracodawców.


WIDEO
Gdzie jest twój schron? Są szczegóły z rządu ws. aplikacji

Schrony widmo

W rozmowie z WP abcZdrowie dr Zieliński zauważa, że brakuje zarówno spójnych procedur, jak i odpowiedniej infrastruktury na przypadek zagrożenia dla przychodni oraz ich pacjentów.

– Do niedawna komunikaty o alarmach wzbudzały niepokój, ale traktowaliśmy je jako sygnały ostrzegawcze, a nie bezpośredni nakaz natychmiastowego działania. Sytuacja zmieniła się diametralnie, gdy pojawiły się w nich wprost polecenia szukania schronienia – mówi w rozmowie z WP abcZdrowie dr Tomasz Zieliński. – Wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że nie możemy dalej trwać w niepewności i czekać na to, co przyniesie los. Reprezentujemy lekarzy rodzinnych i placówki POZ, a nasi członkowie mają też poradnie specjalistyczne czy stomatologiczne. Musimy brać odpowiedzialność za bezpieczeństwo zarówno naszych pracowników, jak i pacjentów – podkreśla.

Lekarz przeanalizował informacje dostępne na stronie gdziesieukryc.pl pod kątem bezpieczeństwa pacjentów. Przekonał się jednak, że brakuje realnych rozwiązań na przypadek wystąpienia rzeczywistego zagrożenia.

– Informacje na tej stronie potrafią być zaskakujące. Jeden z lekarzy dowiedział się na przykład, że jego przychodnia widnieje na mapie jako miejsce schronienia, podczas gdy nikt go o tym wcześniej nie poinformował, a w przychodni nie ma nawet warunków, które zapewniłyby bezpieczeństwo. Z kolei w innych miejscach, które mają służyć za schrony, właściciele budynków rozkładają ręce i przyznają, że nie mają warunków do przyjmowania ludzi – zauważa dr Zieliński.

Czekając na spotkanie z wojewodą

– Zwróciliśmy się do wojewody i dyrektora NFZ z konkretnymi pytaniami o procedury, bo ani my, ani nasi koledzy z innych placówek nie dostaliśmy żadnych instrukcji. Przez niemal dwa tygodnie panowała całkowita cisza. Nikt się do nas nie odezwał, a opublikowanie pism w mediach było jedynym sposobem, by przełamać ten zastój i wymusić reakcję decydentów.

– Na nasze zaproszenie odpowiedział przedstawiciel komendanta Państwowej Straży Pożarnej i odbyliśmy wstępne rozmowy. Zaczynamy ustalać realne możliwości wsparcia i weryfikować, gdzie wokół naszych poradni rzeczywiście znajdują się bezpieczne punkty, do których można ewakuować pacjentów w razie zagrożenia – dodaje dr Zieliński.

Na OIOM-ie są gotowi

Co jednak ze szpitalami – szczególnie oddziałami intensywnej terapii, na które trafiliby pacjenci poszkodowani np. w wypadku uderzenia drona?

– Z inicjatywy dyrekcji odbyliśmy spotkania z osobami odpowiedzialnymi za obronę cywilną i ewakuację, dzięki czemu mamy omówione i wypracowane odpowiednie procedury wewnętrzne. Wiemy, jak zabezpieczyć poszczególne oddziały i co robić w sytuacjach zagrożenia – przyznaje w rozmowie z WP abcZdrowie lek. med. Maciej Walczak, kierownik Oddziału Intensywnej Terapii i Anestezjologii w Samodzielnym Publicznym Zespole Opieki Zdrowotnej (SPZOZ) w Lubartowie.

– Traktujemy te wyzwania racjonalnie, bez ulegania panice. Nasz szpital dysponuje odpowiednim potencjałem sprzętowym – mamy respiratory, źródła zasilania i pompy infuzyjne, dzięki czemu w razie zdarzenia masowego jesteśmy w stanie zwiększyć liczbę pacjentów wymagających respiratoroterapii – podkreśla lekarz. 

Dr Maciej Walczak dodaje, że przy zdarzeniach masowych zawsze pojawia się element improwizacji, gdyż nie da się w pełni przewidzieć, ilu pacjentów i z jakimi obrażeniami trafi do szpitala.

– Trudno wyobrazić sobie proste przełożenie procedur na oddział intensywnej terapii – nie da się po prostu "zwieźć" pacjenta podłączonego do respiratora do zwykłego schronu, bo lekarz sam takiego miejsca nie stworzy. W szpitalu są wyznaczone ciągi i miejsca dla pacjentów chodzących, ale dla osób w stanie ciężkim brakuje odgórnych, systemowych rozwiązań – zauważa.

– Wiem, że dyrekcja szpitala oraz starostwo podejmowały ustalenia w sprawie dołączenia do programu szpitali przyjaznych wojsku, co daje nam pewne zaplecze i potencjał do udzielania pomocy. Na poziomie medycznym i kierowników oddziałów brakuje jednak wciąż szczegółowych, technicznych wytycznych dotyczących codziennego funkcjonowania w takich warunkach – dodaje. 

Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.

Wybrane dla Ciebie