Czynnik miażdżycy, którego prawie nikt nie bada. Problem może mieć co piąty Polak
Choć nadmiar lipoproteiny (a) prowadzi do miażdżycy, a w konsekwencji do zawału czy udaru, wielu Polaków nie wie nawet, czym jest i że trzeba ją badać. Tymczasem jedynym wyjściem może okazać się oczyszczenie krwi. - Sięgamy po ostatnią deskę ratunku - przyznaje prof. Anna Tomaszuk-Kazberuk.
"Wewnętrzny wróg"
Tomasz Łaszcz z Gdańska nie zdawał sobie sprawy, że jego życie jest poważnie zagrożone, dopóki nie znalazł się w szpitalu. Trafił tam prosto z przychodni. Okazało się, że ma już skrajną niewydolność serca. - Lekarz, który przyjął mnie w szpitalu, nie owijał w bawełnę, powiedział, że serce jest tak zniszczone, że w każdej chwili mogłem umrzeć. Kiedy wychodziłem rano z domu, mogłem już do niego nie wrócić - opowiada pan Tomasz.
- Nie od razu zorientowałem się jednak, że dzieje się coś złego. Miałem gorszą kondycję, ale początkowo brałem to za spadek formy związany z jesienią. Tolerancja wysiłku była jednak coraz mniejsza, doszło do tego, że z trudem nie tylko wchodziłem po schodach, ale też z nich schodziłem. Pojawiły się obrzęki nóg, zauważyłem też przyrost wagi. Te najgorsze zmiany przyszły bardzo gwałtownie, w ciągu zaledwie miesiąca - wspomina.
Przyznaje, że jego serce "wymagało naprawy", która trwała wiele miesięcy. - Przeszedłem angioplastykę, czyli zabieg udrażniający i poszerzający zwężone tętnice, biorę na stałe leki. Dzięki temu udało się nie tylko zahamować postęp choroby, ale też cofnąć uszkodzenia serca na tyle, że aktualnie mogę normalnie funkcjonować - wyjaśnia. Dodaje, że dba o regularną aktywność fizyczną, niezbędną dla zdrowego serca.
- Kluczowe było poznanie źródła mojego problemu. Okazało się, że mam wewnętrznego "wroga" we krwi. To wysokie stężenie lipoproteiny (a) (cząsteczka transportująca cholesterol - red.), jednego z najsilniejszych czynników sprzyjających miażdżycy, który jest uwarunkowany genetycznie, więc nie można go zmienić np. dietą - tłumaczy Łaszcz.
Prof. Maciej Banach, specjalista w dziedzinie kardiologii i lipidologii, prezes Polskiego Towarzystwa Lipidologicznego oraz Międzynarodowego Panelu Ekspertów Lipidowych tłumaczył w rozmowie z WP abcZdrowie, że lipoproteina (a) ma nawet sześciokrotnie silniejsze działanie promiażdżycowe niż cholesterol LDL. Dlatego każdy powinien zbadać jej poziom chociaż raz w życiu. Badanie stężenia lipoproteiny (a) wykonuje się na czczo z krwi. Skierowanie może wystawić lekarz POZ.
Według danych Polskiego Towarzystwa Lipidologicznego, podwyższone stężenie lipoproteiny (a) może mieć nawet co piąty Polak, czyli ok. 6 mln osób. - Praktycznie nikt go nie bada, bo pacjenci o nim nie wiedzą. Tymczasem to czynnik, za który w 90 proc. odpowiada genetyka. Nie możemy go więc modyfikować dietą czy aktywnością fizyczną. Dlatego trzeba go jak najwcześniej wykryć i wprowadzić leczenie - wyjaśnił prof. Maciej Banach.
Zobacz także: "Jeden z najważniejszych czynników zawału i udaru". Nowe wytyczne w zaburzeniach lipidowych
Rola lipoproteiny (a) została też podkreślona w najnowszych wytycznych Polskiego Towarzystwa Lipidologicznego. Po raz pierwszy jest tam mowa o trzech równorzędnych czynnikach ryzyka, jeśli chodzi o profil lipidowy: LDL cholesterol, nie-HDL cholesterol i lipoproteinę (a). - Nie mówimy już o jednym czynniku, tylko: "miej trzy w normie, żebyś rzeczywiście zredukował ryzyko" - podkreślał prof. Banach.
Pacjenci zażywają leki obniżające LDL cholesterol, by zmniejszyć ryzyko sercowo-naczyniowe, ponieważ nie ma leków celowanych, które regulowałyby poziom lipoproteiny (a). Przy jej bardzo wysokich stężeniach, jak w przypadku pana Tomasza, w ostateczności jedynym rozwiązaniem może okazać się afereza.
"Czyszczą" krew i ratują życie
Afereza to zabieg, który polega na mechanicznym "czyszczeniu" krwi ze szkodliwych dla chorego cząsteczek - nie tylko cholesterolu LDL, ale też lipopropteiny (a).
- To one są najbardziej miażdżycorodne, a miażdżyca oznacza poważne problemy. Jeśli ich w porę nie opanujemy, mogą prowadzić do przedwczesnej śmierci i groźnych powikłań. W kardiologii to zawał, choroba wieńcowa, a w konsekwencji niewydolność serca, w neurologii to udary, w chirurgii naczyniowej to m.in. amputacje kończyn - zaznacza w rozmowie z WP abcZdrowie prof. Anna Tomaszuk-Kazberuk, kierownik Kliniki Kardiologii, Lipidologii i Chorób Wewnętrznych z Oddziałem Intensywnego Nadzoru Kardiologicznego Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Białymstoku.
- Afereza troszkę przypomina dializę. W trakcie zabiegu filtrujemy krew ze szkodliwych tłuszczy. Pacjent może to zobaczyć dokładnie na własne oczy: filtr przed zabiegiem jest biały, a po zabiegu cały żółty od cząsteczek tłuszczu, które usunęliśmy z krwi - wyjaśnia lekarka.
- Krew jest pobierana z żyły, wpompowywana do specjalnej maszyny, gdzie odfiltrowuje się z niej szkodliwe cząsteczki - lipoproteinę (a) i cholesterol LDL. Tak oczyszczona krew trafia z powrotem do organizmu - dodaje Łaszcz.
Efekty zabiegu widać od razu, a różnica w stężeniu lipoproteiny (a) jest spektakularna. - Po takim dwugodzinnym zabiegu stężenie lipoproteiny spada nawet trzykrotnie - ze 100 mg/dl do 30 mg/dl, czyli stężenia, które jest uznawane za bezpieczne. Niestety, nie jest to zabieg jednorazowy, trzeba go powtarzać co dwa tygodnie - dodaje pacjent.
- Można się do tego przyzwyczaić, zwłaszcza że jest bezbolesny, boli jedynie wkłucie do żyły, ale w trakcie nic się nie odczuwa. Ja nie czuję też żadnej zmiany w samopoczuciu po zabiegu, choć wiem, że można czuć się osłabionym. Jeśli jednak mamy świadomość, że to coś, co ratuje nam życie jesteśmy w stanie przeżyć wszystko - zaznacza.
Czwarty ośrodek w kraju
Podwyższone stężenie lipoproteiny (a) powinno być sygnałem alarmowym także dla rodzin takich pacjentów, które jak najszybciej powinny się pod tym kątem przebadać. Dlaczego to takie ważne? - W ten sposób możemy uchronić nasze dzieci, np. przed przedwczesnym udarem czy zawałem. Na szczęście moje dzieci tego genu po mnie nie odziedziczyły, więc ten problem im nie grozi - wskazuje Tomasz Łaszcz.
- Pamiętajmy, że jeśli dziecko ma podwyższoną lipoproteinę (a), to jest 50 proc. szansy na to, że rodzice i dziadkowie też mają. Możemy to zbadać i ustrzec ich przed pierwszym incydentem sercowo-naczyniowym, np. zawałem czy udarem. To jeden z najważniejszych czynników, który odpowiada za przedwczesny zawał czy udar, oprócz rodzinnej hipercholesterolemii - podkreślał prof. Banach.
Prof. Tomaszuk-Kazberuk tłumaczy, że do najbardziej zagrożonych należą pacjenci z hipercholesterolemią rodzinną. - Zaburzenia lipidowe są powszechnym problemem Polaków. Szacuje się, że różne formy zaburzeń lipidowych mogą dotyczyć milionów ludzi. Z tą najpoważniejszą postacią, czyli hipercholesterolemią rodzinną, może zmagać się nawet 200 tys. osób. To dramatyczny problem, który przyczynia się do zawałów w bardzo młodym wieku - podkreśla lekarka.
- Nie wszyscy pacjenci dobrze odpowiadają na dostępne obecnie podstawowe leczenie. Jeżeli nie pomoże leczenie statynami w połączeniu z ezytymibem ani kwalifikacja do programu lekowego B.101, w ramach którego chorzy dostają nowoczesne leki obniżające cholesterol, wówczas sięgamy po ostatnią deskę ratunku, którą jest właśnie afereza. Ten zabieg pozwala radykalnie obniżyć stężenie cholesterolu LDL i lipoproteiny (a) - dodaje lekarka. Wyjaśnia, że każdy pacjent musi powtarzać zabieg co dwa tygodnie, bo organizm cały czas produkuje cholesterol i lipoproteinę (a), to proces przewlekły.
Uruchomiony na początku lutego ośrodek w Białymstoku jest czwartym tego typu miejscem w Polsce, gdzie wykonuje się aferezę. Wcześniej pacjenci ze wschodniej Polski musieli szukać pomocy w innych częściach kraju, bo zabiegi wykonywano tylko w Gdańsku, Warszawie i Zabrzu.
Do terapii w Białymstoku zakwalifikowano na razie pięciu chorych. - Mamy pacjentów po zawałach, udarach, które przeszli często przed 40. rokiem życia. Jeden z naszych pacjentów, 60-latek, jest już po trzech zawałach serca, miał rozległą chorobę wieńcową, przeszedł operację wszczepienia by-passów - przyznaje lekarka.
Nie ma oficjalnych rejestrów, ilu łącznie pacjentów w Polsce leczonych jest przy pomocy aferezy. Można jednak szacować, że na razie skala jest niewielka.
Lekarzom zależy na tym, by jak najwięcej chorych dowiedziało się o tej metodzie, bo świadomość leczenia zaburzeń lipidowych, zwłaszcza tych ciężkich, wcale nie jest taka wysoka. - Nie chodzi tu tylko o wiedzę pacjentów, ale przede wszystkim lekarzy, którzy nie zawsze wiedzą, jak i gdzie takiego chorego pokierować - przyznaje prof. Tomaszuk-Kazberuk. - Dobrze, że mamy tak potrzebną i zaawansowaną metodę leczenia zaburzeń lipidowych w naszym regionie, a chorzy nie muszą jeździć na leczenie do innych ośrodków oddalonych o wiele kilometrów - dodaje.
Katarzyna Prus, dziennikarka Wirtualnej Polski
Źródła:
- WP abcZdrowie
- Polskie Towarzystwo Lipidologiczne
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.