"Kompas moralny karalucha". Eksperci reagują na tekst o pseudoginekologu

– Szarlatani medyczni wykorzystują nie brak inteligencji czy wykształcenia pacjentek, ale naturalne mechanizmy psychologiczne i neurobiologiczne – tłumaczy psychoonkolożka Magdalena Bąk. To niestety dla wielu z nich kończy się tragicznie. 

Kolejny szarlatan. Eksperci komentująEksperci i ekspertki mówią o ofiarach szarlatanów
Źródło zdjęć: © Archiwum prywatne, WP
Mateusz Różański

W swoim reportażu pt. "Gabinet pseudoginekologa. Kobiety szukały ratunku, trafiały do szarlatana" Michał Janczura pokazał działalność Janusza N., inżyniera, który – nie mając uprawnień medycznych – mamił kobiety obietnicami całkowitego wyleczenia raka czy bezpłodności. Dla wielu zaufanie "uzdrowicielowi" skończyło się tragicznie. Niestety szarlatanów takich jak on jest wielu, a jeszcze więcej ich ofiar. 

O odniesienie się do tego materiału poprosiliśmy pracowniczki i pracowników ochrony zdrowia.

Cichy zabójca i głośny szarlatan

– Jestem w głębokim szoku, po prostu zmroziło mnie to, co przeczytałem – tak na reportaż Michała Janczury reaguje ginekolog dr n. med. Wojciech Homola, specjalizujący się w profilaktyce nowotworów kobiecych narządów płciowych i założyciel Centrum Ginekologii i Położnictwa FemiMea. Szczególnie poruszyła go historia Anny, kobiety, która zmarła po tym, jak zmanipulowana przez Janusza N. zrezygnowała z leczenia raka jajnika.

Janczura: Strach, który otwiera drzwi szarlatanerii

Rak jajnika to tak zwany cichy zabójca, który długo nie daje żadnych objawów i może rozwijać się bardzo szybko. Bywa tak, że pół roku wcześniej robimy USG i nie ma nic, a po sześciu miesiącach wykrywamy już dziesięciocentymetrowy guz. Z tego powodu ta choroba jest bardzo często rozpoznawana w późnym stadium. Jeśli w takim momencie pacjentka dodatkowo opóźnia leczenie lub całkowicie z niego rezygnuje, to w zasadzie oznacza to wyrok śmierci. To potworność i żerowanie na czyimś nieszczęściu oraz ogromnym problemie – mówi lekarz.

Wojciech Homola
Wojciech Homola © Archiwum prywatne

"Wyciągnąłem taką perłę"

Dr Michał Bulsa, ginekolog i prezes Okręgowej Izby Lekarzy w Szczecinie w rozmowie z WP abcZdrowie wskazuje, że takich szarlatanów jak Janusz N. jest niestety więcej. 

– Gdy byłem lekarzem rezydentem na ginekologii, trafiła do nas młoda kobieta, trzydziestokilkuletnia, skierowana na chemioterapię. Byłem bardzo zdziwiony, ponieważ z analizy jej dokumentacji medycznej wynikało, że znajduje się na samym początku procesu diagnostycznego. Powinna była przejść standardowe leczenie operacyjne, również z zabiegami oszczędzającymi płodność, a tymczasem od razu trafiła na oddział chemioterapii. Jak się okazało, pacjentka była ofiarą szarlatana. Po usunięciu jednej gonady kobieta zdecydowała, że nie podda się standardowemu leczeniu onkologicznemu ani zalecanym zabiegom. Zamiast tego udała się do zielarza. Wróciła do nas po roku, niestety już z całkowitym rozsiewem nowotworu w jamie brzusznej. Około roku później dowiedziałem się z raportów medycznych, że ta pacjentka zmarła – mówi dr Bulsa.

Osobnym, lecz równie niebezpiecznym tematem poruszonym przez dr. Bulsę, jest stosowanie tzw. pereł księżniczki (nazywanych też chińskimi tamponami ziołowymi lub Guifei Bao). Są to kulki zrobione z mieszanek ziół medycyny chińskiej, które wkłada się do pochwy na kilkadziesiąt godzin. Mają m.in. oczyszczać drogi rodne kobiety z toksyn i leczyć szereg kobiecych dolegliwości.

– Mniej więcej cztery lata temu trafiła do mnie pacjentka z ogromnym, około dziesięciocentymetrowym mięśniakiem. Jak się okazało, stosowała ona dopochwowo tzw. perły księżniczki. Podczas badania z użyciem wziernika byłem autentycznie przerażony. Obraz był tak nietypowy i dziwny, że w pierwszej chwili pomyślałem, że mam do czynienia z rozpadającym się nowotworem. Wyjąłem taką "perłę", zoperowaliśmy pacjentkę – opowiada dr Bulsa. – Wyniki histopatologiczne wykazały u niej zmianę nowotworową na pograniczu mięśniaka i mięsaka. Kobieta, która mogła być zdrowa, z powodu takich metod stała się pacjentką onkologiczną – podkreśla.

Michał Bulsa
Michał Bulsa © Licencjodawca | Mariusz Tomczak

Nie ma dróg na skróty

Jak dodaje dr Homola, raka jajnika rozpoznaje się późno również dlatego, że medycyna nie dysponuje programem przesiewowym, czyli screeningiem, który każda kobieta mogłaby profilaktycznie wykonać raz na kilka lat. – Jedyną formą profilaktyki pozostaje rutynowa, coroczna kontrola ginekologiczna z USG. Trzeba jednak pamiętać, że niektóre nowotwory jajnika – tak zwane raki interwałowe – rozwijają się tak błyskawicznie, że potrafią urosnąć do dużych rozmiarów w przerwie między kolejnymi badaniami. Objawy są przy tym bardzo mylące: bóle brzucha, wzdęcia, uczucie pełności czy zaburzenia żołądkowo-jelitowe. To symptomy, które mogą towarzyszyć wielu zupełnie innym dolegliwościom – zauważa lekarz.

Sam proces leczenia onkologicznego jest niezwykle trudny i bolesny. To ciężka chemioterapia oraz – jeśli to możliwe – operacja radykalna bądź cytoredukcyjna, czyli usunięcie guza. Nawet w przypadku wygranej walki o życie dla kobiety oznacza to koniec planów macierzyńskich, ponieważ usuwa się macicę wraz z jajnikami. – Tutaj nie ma dróg na skróty. W tym momencie pojawia się nieuczciwy człowiek, który wchodzi w te rozchwiane emocje i żeruje na tragedii – przyznaje dr Homola.

Co strach robi z mózgiem?

Dlaczego pacjentki w kryzysie podejmują tak drastyczne w skutkach decyzje? Wyjaśnia to psychologia i neurobiologia. – Informacja o rozpoznaniu raka jajnika, a także diagnoza niepłodności, należą do doświadczeń o charakterze kryzysu egzystencjalnego, które mogą gwałtownie zaburzać poczucie bezpieczeństwa, kontroli i przewidywalności życia – tłumaczy w rozmowie z WP abcZdrowie Magdalena Bąk, psychoonkolożka ze szpitala onkologicznego Europejskie Centrum Zdrowia w Otwocku.

Silny stres i lęk wpływają na sposób funkcjonowania mózgu. Zwiększa się aktywność struktur odpowiedzialnych za reakcję zagrożenia, takich jak ciało migdałowate, natomiast osłabieniu mogą ulegać procesy związane z racjonalną oceną sytuacji, przewidywaniem konsekwencji i krytyczną analizą informacji, za które odpowiadają obszary kory przedczołowej. Szarlatani medyczni wykorzystują nie brak inteligencji czy wykształcenia pacjentek, ale naturalne mechanizmy psychologiczne i neurobiologiczne, które uruchamiają się w sytuacji silnego cierpienia i zagrożenia – dodaje psychoonkolożka.

Magdalena Bąk
Magdalena Bąk © Archiwum prywatne | Najka Photography

Niepłodność leczona nakłuwaniem macicy

Innym polem działania Janusza N. było wykorzystywanie desperacji kobiet marzących o macierzyństwie. Miał poddawać je zabiegom, które dalekie są od medycyny opartej na dowodach. 

Jak w rozmowie z WP abcZdrowie zauważa ginekolożka i seksuolożka dr Agnieszka Ledniowska, rzekome metody leczenia opisane w reportażu stanowią bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia kobiet.

– Poddawanie się inwazyjnym zabiegom, takim jak wymienione w materiale Michała Janczury nakłuwanie macicy w nieznany sposób i przeprowadzone przez osobę bez wykształcenia medycznego, niesie za sobą ogromne niebezpieczeństwo. Może to skutkować poważnymi stanami zapalnymi, groźnymi infekcjami oraz licznymi powikłaniami zdrowotnymi, z bezpośrednim zagrożeniem życia włącznie. Wykonywanie jakichkolwiek ingerencji naruszających ciągłość tkanek bez gruntownej wiedzy o anatomii i bez wcześniejszej diagnozy to skrajne i niedopuszczalne ryzyko. Pacjentki decydujące się na takie kroki ryzykują własnym zdrowiem i życiem – przestrzega lekarka.

Dr Ledniowska zauważa, że niepłodność jest bardzo złożonym zjawiskiem i zanim w ogóle zacznie się myśleć o jej leczeniu, potrzebna jest bardzo szeroka diagnostyka.

Agnieszka Ledniowska
Agnieszka Ledniowska © Archiwum prywatne

Sprawcy wykorzystują asymetrię relacji

Osobnym, niezwykle bulwersującym wątkiem sprawy Janusza N. są podejrzenia dotyczące tego, czy – oprócz czerpania korzyści finansowych – domniemany uzdrowiciel nie wykorzystywał swojej pozycji i zaufania pacjentek w celu uzyskania pobudzenia seksualnego.

Mechanizm wchodzenia w tak toksyczną i krzywdzącą zależność ma swoje głębokie podłoże w psychotraumatologii. Ofiary manipulacji zgadzają się na naruszenie swoich granic nie z naiwności, lecz w wyniku skomplikowanych procesów psychologicznych wywołanych przez paraliżujący lęk.

– Z perspektywy psychologii klinicznej i psychotraumatologii wiemy, że ciężka choroba, zagrożenie utraty płodności czy lęk o własne życie mogą prowadzić do czasowego osłabienia mechanizmów ochronnych i zwiększenia zależności od osoby, która oferuje pomoc, nadzieję i poczucie bezpieczeństwa – tłumaczy psychoonkolożka Magdalena Bąk.

– Pacjentki mogą nieświadomie wchodzić w relację opartą na silnym zaufaniu i podporządkowaniu, przypisując osobie udzielającej pomocy szczególne kompetencje, sprawczość, a czasem wręcz możliwość przywrócenia utraconego poczucia bezpieczeństwa i kontroli nad własnym życiem. Sprawcy bezwzględnie wykorzystują tę asymetrię relacji, stopniowo przesuwając granice intymności i budując więź opartą na głębokiej zależności emocjonalnej – podsumowuje ekspertka.

"Kompas moralny karalucha"

– Wobec tak bezwzględnych praktyk środowisko lekarskie domaga się zdecydowanych kroków prawnych. – Uważam, że trzeba mieć kompas moralny karalucha, żeby w ten sposób postępować z chorymi i niszczyć ludzkie życie. Tego typu szarlataństwo trzeba wypalać z życia publicznego gorącym żelazem. Dlatego popieram i opowiadam się za natychmiastowym przyjęciem przepisów potocznie nazywanych ustawą Lex Szarlatan – stwierdza dr Michał Bulsa.

Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.

Wybrane dla Ciebie