"Przełomowa zmiana" w zawałach. "Były odsyłane do domu, a rano już nie żyły"

Zawał ma teraz nową, prostszą definicję, ale jeszcze ważniejsza zmiana dotyczy przypadków u kobiet. Ma pomóc w ich szybszym rozpoznawaniu. – Okazało się, że tętnica była zatkana już w 95 proc. – mówi Dorota Burzyńska, która trafiła do szpitala z zawałem dosłownie w ostatnim momencie.

Nowe wytyczne w zawałachNowe wytyczne dot. zawałów. Na zdjęciu po lewej prof. Agata Bielecka-Dąbrowa, po prawej Dorota Burzyńska
Źródło zdjęć: © Getty Images, Facebook, WP abcZdrowie • Zdjęcie wygenerowane przy pomocy AI
Katarzyna Prus

Do szpitala w ostatnim momencie

– O godz. 4.30 nad ranem obudził mnie silny, "zgniatający" ból w klatce piersiowej i pieczenie w mostku. Początkowo myślałam, że to zgaga, wstałam, zaczęłam chodzić po pokoju, ale były też inne objawy, które nie mijały: kłucie w sercu, sztywne ramiona, zimne poty na czole. Czułam też dziwny niewytłumaczalny niepokój i miałam niesamowite uczucie pragnienia. Wtedy pomyślałam, że to nie są żarty i mam chyba zawał – opowiada w rozmowie z WP abcZdrowie Dorota Burzyńska z Warszawy. 

Kobieta przeszła zawał pod koniec 2024 r. w wieku 58 lat. To był dla niej szok, bo wcześniej świetnie się czuła, na nic się nie leczyła, nie brała żadnych tabletek. Okazało się jednak, że trafiła do szpitala dosłownie w ostatnim momencie.

– Poziom troponiny, która wskazuje na zawał, rósł u mnie błyskawicznie. Okazało się, że tętnica była zatkana już w 95 proc. – przyznaje Dorota Burzyńska. Wyjaśnia, że po udrożnieniu tętnicy i założeniu stentu konieczna była jeszcze sześciotygodniowa rehabilitacja.

Choć troponina jest biochemicznym markerem (białkiem), który wskazuje ryzyko zawału, ocena jej poziomu u kobiet była problematyczna, co mogło nieść ze sobą dramatyczne konsekwencje. Dlatego, jak podkreśla kardiolożka prof. Agata Bielecka-Dąbrowa, nowe wytyczne przedstawione podczas Kongresu Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego to "przełomowa zmiana".

– Przez lata stosowano w laboratoriach jeden próg normy troponiny dla kobiet i mężczyzn. Nie brano pod uwagę, że kobiece serce jest fizjologicznie mniejsze, więc będzie miało niższy poziom troponin. Kobiety często trafiały na izby przyjęć, odczuwając dolegliwości, troponiny rosły, ale w wykresach laboratoryjnych były wciąż poniżej normy. Teraz ta norma została zmieniona i ustalona na o połowę niższym poziomie niż dla mężczyzn – wyjaśnia w rozmowie z WP abc Zdrowie prof. Agata Bielecka-Dąbrowa, kierownik Kliniki Kardiologii i Wad Wrodzonych Dorosłych Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi.

– To jest kluczowe, bo u kobiet zawał był często przeoczony, tym bardziej, że w tej populacji potrafi też dawać inne objawy np. ból w nadbrzuszu, nie tylko w klatce piersiowej, czasami nudności, mdłości, silne zmęczenie. Kobiety często nie szukają pomocy, ważniejszy jest dom czy praca. Jeśli jednak w końcu trafiały do lekarza, ale troponina była w normie, były odsyłane do domu. Zdarzało się, że rano już nie żyły – dodaje lekarka.

Za późno na działanie

– Znam taki przypadek w rodzinie męża. Kobieta miała ból w klatce piersiowej, poszła do lekarza, wydawało się, że wszystko jest dobrze, odesłano ją do domu i po kilku godzinach zmarła. Nie było sekcji, ale wysoce prawdopodobne jest, że to był właśnie zawał – przyznaje prof. Bielecka-Dąbrowa.

– Znam też mnóstwo pacjentek z nietypowym bólem. Jedną z nich bardzo bolał brzuch; było podejrzenie zapalenia pęcherzyka żółciowego. Na szczęście nie została odesłana do domu ze względu na silny ból, a później zaczęły jej rosnąć troponiny, więc można było w porę zareagować – zaznacza lekarka.

Tłumaczy, że zdarzało się też tak, że pacjentki nie doczekały wzrostu troponin do ustalonej normy. – Czas wzrostu do poziomu krytycznego był dłuższy niż u mężczyzny, a w zawale liczy się każda minuta. Im szybciej udrażniamy naczynie, tym mniejsze uszkodzenie serca i mniejsze ryzyko niewydolności serca czy zgonu – podkreśla kardiolożka.

U Doroty Burzyńskiej skończyło się dobrze, choć choroba rozwijała się u niej "po cichu", co mogło mieć tragiczny finał. – To spadło na mnie jak grom z jasnego nieba. Okazało się, że od lat musiała rozwijać się u mnie miażdżyca, aż doszło do oderwania blaszki i zatkania tętnicy. Nie miałam jednak żadnych objawów, nic mnie bolało, nigdy nie zemdlałam, nie przyszłoby mi do głowy, że mogę być chora. Dzisiaj mam świadomość, że mogłam mieć np. niezdiagnozowane nadciśnienie, ale dobrze się czułam, więc to też uśpiło moją czujność w kwestii badań – przyznaje.

– Do myślenia nic mi nie dały też objawy, które pojawiły się u mnie dwa dni przed tym, jak zabrano mnie do szpitala. Przeszłam krótki odcinek z przystanku do pracy, a czułam się tak zmęczona, jakbym biegła. Dziwnie drętwiała mi też lewa ręka. Poza tym dobrze się jednak czułam, mogłam normalnie pracować. Nie pomyślałam nawet, że to może być jakiś sygnał ostrzegawczy, o którym powinnam powiedzieć lekarzowi. Jak już leżałam w szpitalu, przypomniała mi o tych symptomach koleżanka z pracy – dodaje.

Kilka lat temu Dorota Burzyńska straciła przyjaciółkę, a przyczyną jej śmierci był najprawdopodobniej zawał. – Zmagała się z problemami kardiologicznymi, ale nie zdecydowała się, mimo zaleceń lekarza, na koronarografię, a to mogło być decydujące. Nie chciała leżeć w szpitalu, bo mówiła, że nie ma na to czasu. Ważniejsza była praca i inne sprawy. Córka znalazła ją martwą następnego dnia. Upadła przy łóżku. Podejrzewano, że przyczyną był właśnie zawał – opowiada Burzyńska.

Dwa zawały zamiast pięciu

– Kiedy słyszymy zawał, widzimy człowieka, który chwyta się za pierś z powodu silnego bólu, często traci przytomność. Do tej pory było to jednak opisywane w medycynie w skomplikowany sposób, za pomocą jednego z pięciu typów zawału. To było skomplikowane nawet dla lekarzy, nie mówiąc już o pacjentach, którzy często mieli trudności ze zrozumieniem tej diagnozy – zwraca uwagę prof. Bielecka-Dąbrowa.

– Teraz, podczas Kongresu Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego, została oficjalnie zaprezentowana piąta uniwersalna definicja zawału, która jest o wiele prostsza, bo skupia się na biologii człowieka. Zgodnie z tą definicją mówimy teraz o zawale pierwotnym i wtórnym. Można je porównać do rzeki, która wysycha, kontra do tamy, która pęka – wyjaśnia lekarka.

Tłumaczy, że zawał pierwotny można porównać do sytuacji, kiedy dojdzie do osunięcia się ziemi i głaz zablokuje koryto rzeki, woda przestaje płynąć, miasto jest odcięte.

– W sercu tym głazem jest pęknięta blaszka miażdżycowa lub zakrzep, który gwałtownie zatyka tętnicę wieńcową. Musimy więc jak najszybciej usunąć tę fizyczną przeszkodę, więc pacjent musi jak najszybciej trafić do pracowni hemodynamicznej i mieć przeprowadzoną koronarografię połączoną z leczeniem w postaci albo angioplastyki balonowej albo angioplastyki balonowej z założeniem stentu – wyjaśnia ekspertka.

Z kolei zawał wtórny można porównać do sytuacji, gdy koryto rzeki, czyli tętnica, jest całkowicie drożne, nie ma żadnej przeszkody. Gdy zdarzy się jednak ekstremalna susza i poziom wody dramatycznie opada, miasto potrzebuje 10 razy więcej wody, a rzeka wysycha pod wpływem przeciążenia.

– Serce cierpi, bo w organizmie doszło do nagłego kryzysu np. w wyniku skrajnej anemii czy niedotlenienia płuc w przypadku ciężkiego zapalenia płuc czy gigantycznego stresu, kiedy serce pracuje szybciej, rośnie ciśnienie, więc zapotrzebowanie na tlen przewyższa ilość krwi, która może być dostarczona do serca. Takie efekty może też wywołać ciężka infekcja lub sepsa czy przełom nadciśnieniowy – wskazuje lekarka.

– Pamiętam pacjentkę, starszą panią, która trafiła do szpitala z powodu choroby internistycznej. Miała hemoglobinę na poziomie 7, przy normie na poziomie 12–16. Doszło u niej do zawału związanego z anemią. Tętnice u takich pacjentów mogą być drożne, bez blaszek i zakrzepów, ale serce nie dostanie tyle tlenu, ile potrzebuje w danym momencie – dodaje kardiolożka.

Zaznacza, że takie rozróżnienie jest bardzo istotną zmianą, bo wcześniej był zbyt duży fokus na zawał pierwotny. Postępowanie nie było jasno określone. Teraz została zwrócona uwaga na te ukryte przyczyny, choroby, które też mogą prowadzić do zawału.

Zawał a uszkodzenie serca

Prof. Bielecka-Dąbrowa zwraca też uwagę na inną ważną zmianę związaną z podwyższeniem troponin. W nowych wytycznych podkreślono wyraźnie, że uszkodzenie serca to nie zawsze musi być zawał.

– Troponina pokazuje uszkodzenie serca, ale nie zawsze jest to zawał. Serce uwalnia troponiny do krwi, kiedy jest niedotlenione. To można porównać obrazowo do uszkodzonego telefonu na dwa sposoby. Kiedy zostawimy telefon na mrozie lub uruchomi się zbyt dużo aplikacji, bateria zaczyna się przegrzewać, telefon wysyła ostrzeżenia, że jest przeładowany, ale katastrofy nie ma. To tak, jak u pacjentów np. z przewlekłym zapaleniem nerek czy zapaleniem płuc, u których troponiny rosną, bo część komórek mięśnia sercowego jest uszkodzona – wyjaśnia lekarka.

I dodaje, że taki wzrost troponin można zaobserwować nawet u zdrowych osób po udziale w maratonach sportowych.

– Kiedy natomiast telefon wpada nam do wody, jest gwałtowne zwarcie elektryczne i wszystko się niszczy. Tak, jak w zawale – mamy ostre odcięcie dopływu krwi, typowy rozrywający ból w klatce piersiowej, zmiany w EKG lub badaniu echokardiograficznym. Do tej pory było zamieszanie z rozróżnieniem tych dwóch stanów, lekarze innych specjalizacji nie zawsze wiedzieli, jak postępować, gdy widzieli podwyższone troponiny – zaznacza prof. Bielecka-Dąbrowa.

– Teraz mamy to wprost określone, że np. pacjent z infekcją i podwyższonymi troponinami to nie jest z automatu pacjent z zawałem, nie wymaga pilnego wiezienia na hemodynamikę, a szczegółowej diagnostyki. Nowa definicja bardzo dobrze to porządkuje – podsumowuje ekspertka.

Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.

Wybrane dla Ciebie