Dwa razy więcej chorych
- Problem chorób wenerycznych jest poważniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Pacjentów przybywa, co widzimy nie tylko w ogólnopolskich statystykach, ale nawet na poziomie naszego ośrodka, gdzie takich pacjentów jest dwa razy więcej niż w ubiegłym roku - alarmuje w rozmowie z WP abcZdrowie prof. Maciej Pastuszczak, wojewódzki konsultant w dziedzinie dermatologii i wenerologii dla województwa śląskiego, kierownik Kliniki Dermatologii w Zabrzu Śląskiego Uniwersytetu Medycznego.
Tymczasem zamiast lepszego finansowania, szykują się cięcia. - W 2021 r., kiedy zniesiono limity w poradniach specjalistycznych, chorych było cztery razy mniej. Teraz, kiedy ich liczba dramatycznie rośnie, wracamy do limitowania. To absurd. Rozumiem, że NFZ próbuje jakoś radzić sobie w sytuacji potężnych luk w budżecie, ale efekt będzie taki, że nawet czterech z pięciu pacjentów po prostu nie będziemy mogli przyjąć - podkreśla lekarz.
Zwraca uwagę, że sytuacja epidemiologiczna w przypadku chorób wenerycznych nie do końca jest przewidywalna, więc lepiej zakładać gorszy scenariusz.
- Oficjalne polskie wskaźniki zapadalności na choroby weneryczne są niższe niż te w Czechach czy w Niemczech. Z epidemiologicznego punktu widzenia nie ma jednak argumentu, który przemawiałby za tym, że u nas miałoby być lepiej. Powinniśmy więc być przygotowani na przyjęcie takiej grupy, na jaką wskazują dane u naszych sąsiadów - wyjaśnia ekspert.
- Poprawiła się diagnostyka w przypadku kiły, ale bardzo odstajemy, jeśli chodzi o rzeżączkę i chlamydię - dodaje. I precyzuje, że w przypadku rzeżączki wskaźnik zapadalności np. w Czechach wynosi 21,9 na 100 tys. mieszkańców, podczas gdy w Polsce - 2,9. W przypadku chlamydii np. w Niemczech wynosi 360, a w Polsce - 2,9.
Z oficjalnych statystyk Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH-PIB wynika, że od początku tego roku do końca czerwca potwierdzono 1724 przypadki kiły, podczas gdy w analogicznym okresie ubiegłego roku było ich 1666. Wzrosty dotyczą także przypadków rzeżączki. Do końca czerwca potwierdzono ją u 822 pacjentów, podczas gdy w ubiegłym roku - u 716. Jest też więcej zakażeń wywołanych przez chlamydię - 940 w tym roku przy 640 w tym samym czasie w ubiegłym roku.
Alarmującą tendencję potwierdza też Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC), podkreślając, że zachorowania na kiłę, rzeżączkę i chlamydię osiągnęły najwyższy poziom od 10 lat.
"Takich osób nie można odsyłać na później"
Czas oczekiwania na pomoc może się znacznie wydłużyć, a w przypadku chorób wenerycznych to bardzo poważne ryzyko, nie tylko dla samych zakażonych.
- To nie są "wstydliwe choroby" i można udawać, że nie istnieją. NFZ doskonale wie, że takich osób nie można odsyłać na później. Czy osoba z podejrzeniem kiły może czekać? Czy pacjent z rzeżączką powinien dostać termin za kilka miesięcy? Państwo naprawdę chce ryzykować, że zakażeni ludzie będą dalej zakażać? - alarmuje prof. Pastuszczak.
Dodaje, że kolejki mogą się wydłużyć nawet o kilka miesięcy. Dlaczego? Chodzi o zmiany w finansowaniu ambulatoryjnej opieki specjalistycznej. Nadwykonania w poradniach specjalistycznych nie byłyby już rozliczane po upływie kwartału, ale dopiero po roku.
- W praktyce przyjmowanie pacjentów ponad limit oznacza kredyt, którego spłata, biorąc pod uwagę sytuację finansową NFZ, też jest pod znakiem zapytania. Jako wojewódzki konsultant już sprawdziłem, jakie jest w tej sprawie stanowisko dyrektorów szpitali w województwie śląskim. Większość nie zdecyduje się na takie ryzyko - zaznacza lekarz.
Zapytaliśmy NFZ, kiedy dokładnie można się spodziewać zarządzenia w sprawie nowych zasad, czy będą one obowiązywać od 1 lipca i czy planowane zmiany faktycznie wejdą w życie. - Zakończyły się konsultacje. Trwa analiza uwag, potem będą dalsze kroki - przekazał nam Paweł Florek, dyrektor Biura Promocji i Komunikacji Społecznej NFZ.
Prof. Pastuszczak zwraca uwagę, że planowane zmiany nie obejmą m.in. dzieci i pacjentów onkologicznych. Wyjątkiem ma być także opieka związana z ciążą.
- Dlaczego na tej liście nie ma pacjentów z chorobami wenerycznymi, które pod względem epidemiologicznym są niezwykle istotne? Przecież jeśli planowane zmiany wejdą w życie, poradnie przestaną przyjmować pacjentów już najprawdopodobniej na wiosnę. Kontrakt wystarczy im może do kwietnia - zaznacza lekarz.
- W przypadku wenerologii dodatkowy problem polega na tym, że jest ona finansowana razem z dermatologią. Obie dziedziny są rozliczane w ramach jednego kontraktu. Jeśli chcielibyśmy więc przyjąć np. więcej pacjentów z chorobami wenerycznymi, jeszcze bardziej ograniczymy dostęp tym dermatologicznym, a przecież tam też mamy poważne przypadki np. nowotwory skóry - zauważa prof. Pastuszczak. - Apelujemy o rozdzielenie tych świadczeń od lat, ale bezskutecznie - dodaje.
Dramatyczne powikłania
Dodatkowym problemem są zbyt niskie wyceny świadczeń. - 150-170 zł za konsultację i to byłoby jeszcze w porządku, gdyby nie kwestia badań laboratoryjnych. NFZ rozlicza tylko trzy badania: np. morfologię, próby wątrobowe i podstawowe badanie nerek. Dostajemy za to 220 zł. Problem w tym, że takich badań musimy wykonać znacznie więcej. To także sprawdzenie stanu zapalnego, czyli wskaźnika CRP, skrining w kierunku HIV, WZW C czy wymazy w kierunku chlamydii i rzeżączki - tłumaczy Pastuszczak.
Zwraca uwagę, że część mniejszych poradni, które działają poza szpitalem i rocznie mają kontrakt na poziomie ok. 100-120 tys. zł, po prostu będzie się zamykać, co jeszcze bardziej ograniczy dostęp do leczenia.
- A przecież nie chodzi tylko o diagnozę, ale potem o leczenie, którego nie da się załatwić na jednej wizycie. Przecież leki mogą nie zadziałać, mogą wywołać skutki uboczne, taki pacjent wymaga stałej kontroli - zaznacza lekarz. I podkreśla, że chodzi o leczenie "trudnych pacjentów".
- Nieleczone choroby weneryczne mogą prowadzić do dramatycznych skutków. I to nie są tylko przypuszczenia, ale realne przypadki. Niedawno mieliśmy dwóch pacjentów - kobietę i mężczyznę w wieku ok. 30 lat. Trafili do nas z powikłaniami kiły dotyczącymi układu nerwowego. U obojga doszło do niemal całkowitej i nieodwracalnej utraty wzroku. To, oprócz oczywistego ryzyka dalszego zakażania, pokazuje, że takie choroby należy diagnozować i leczyć od razu - podkreśla.
Zaznacza, że w przypadku kiły do poważnych powikłań dochodzi w ciągu sześciu tygodni.
- W przypadku ciężarnej mamy zaledwie kilka dni, bo jest bardzo duże ryzyko zakażenia dziecka, które grozi m.in. wadami wrodzonymi, uszkodzeniem wątroby czy uszkodzeniem szpiku. W przypadku chlamydii i rzeżączki w ciągu 2-3 tygodni mamy ryzyko poważnych stanów zapalnych, a nawet niepłodności - podsumowuje ekspert.
Źródła: WP abcZdrowie, Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego PZH-PIB, Narodowy Fundusz Zdrowia
Treści w naszych serwisach służą celom informacyjno-edukacyjnym i nie zastępują konsultacji lekarskiej. Przed podjęciem decyzji zdrowotnych skonsultuj się ze specjalistą.