Trwa ładowanie...

Dr Karauda: "Patrzyliśmy śmierci w oczy z tak dużą częstotliwością, że kazała nam pytać, czy jesteśmy na pewno dobrymi lekarzami"

- Mówi się, że co trzecia, czwarta osoba przyjęta do szpitala z powodu niewydolności oddechowej umierała.(...) Pamiętam starsze małżeństwo, które trafiło do nas razem z powodu COVID-19. Jego stan zdrowia z każdym dniem się poprawiał, a jej pogarszał. Był przy niej do końca, trzymał ją za rękę, odgarniał jej włosy. To były wstrząsające obrazy, gdy on wychodził ze szpitala sam wraz z jej płaszczem i rzeczami, wtulając się w te ubrania. Nawet teraz trudno mi o tym mówić... Takich scen nie da się wymazać z pamięci - mówi dr Tomasz Krauda, który od roku ratuje pacjentów z COVID-19.

Zobacz film: "Dr Tomasz Karauda: czasem pacjenci umierają, bo dochodzi u nich do nadkażenia szpitalną bakterią"

Katarzyna Grzęda-Łozicka, WP abcZdrowie: Marzec 2020 r. Gdyby pan wrócił wspomnieniami do wiosny ubiegłego roku, co pan wtedy czuł? Jakie obrazy utkwiły panu w pamięci? To był początek pandemii.

Dr Tomasz Karauda, lekarz z oddziału covidowego w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym im. Barlickiego w Łodzi: To się budziło w nas powoli. Na początku marca było w nas niedowierzanie, raczej traktowaliśmy to na zasadzie kolejnej sensacji dziennikarskiej.

Nikt specjalnie nie wierzył w te doniesienia. Dopiero wybuch epidemii we Włoszech otworzył nam oczy na to, że to jest już tak blisko.

Mam przed oczami pierwsze momenty, kiedy wchodziło się do szpitala i widziało specjalistę ubranego w maskę, w rękawiczki, zastanawialiśmy się, czy to już? W końcu pojawiła się w naszym szpitalu pierwsza osoba, która zachorowała na COVID i to była sensacja: jak się czuje, jak to przebiega. Chwilę później pojawił się też strach, co to będzie, gdy ja zachoruję, czy przejdę to łagodnie, czy nie.

Czekaliśmy też na wiarygodne statystyki, jakie są rokowania, jakie są powikłania, jaki jest odsetek zgonów. To wszystko dopiero do nas napływało i było mnóstwo chaosu informacyjnego. W końcu przyszło zamknięcie kraju.

Dr Tomasz Karauda
Dr Tomasz Karauda (arch. prywatne)

Jak się Pan odnalazł w tej rzeczywistości pandemicznej? Co było najtrudniejsze?

Niezwykle gwałtowny przebieg tej choroby, dramaty ludzi, którzy oddawali z zaufaniem w nasze ręce członków swojej rodziny i po dwóch, trzech dniach nagle ich tracili.

Przestałem się widywać z rodzicami przez całe miesiące, co nigdy wcześniej do tej pory nie miało miejsca. Z miłości do własnych rodziców nie mogłem ich widzieć, bo bałem się, że ich zarażę.

Potem była druga fala pandemii i ten szok, gdy otworzyliśmy oddział covidowy i w jeden dzień przyjęliśmy czterdziestu paru chorych do szpitala. Nigdy wcześniej nic takiego nie miało miejsca, przyjęć się robi dwa, trzy, góra dziesięć, ale nie czterdzieści kilka.

Pamiętam, jak wtedy weszliśmy do oddziału już w kombinezonach i widzieliśmy, że wszyscy pacjenci się duszą. To był dla nas szok. Trzeba było szybko podejmować decyzję, kogo, do jakiego sprzętu podłączać, kogo intubować.

Mnóstwo zgonów z dnia na dzień, z dnia na dzień... To było niezwykle trudne, kiedy patrzyliśmy śmierci w oczy z tak dużą częstotliwością, która kazała nam pytać, czy my jesteśmy na pewno dobrymi lekarzami, czy na pewno wszystko robimy dobrze. Dlaczego tak szybko tracimy tych pacjentów?

Jak dużo tych pacjentów odchodziło?

Mówi się, że co trzecia, czwarta osoba przyjęta do szpitala z powodu niewydolności oddechowej umierała.

Najtrudniejsza była liczba tych zgonów, samotność i dramat rodzin, które nie mogły w żaden sposób im pomóc, trzymać za rękę, czy po prostu przy nich być. Trudno wymazać z pamięci te momenty pożegnań, kiedy nie wiedzieli, że chwila, kiedy przywożą ich do szpitala, jest chwilą, kiedy po raz ostatni ich widzą.

Nikt nie jest na to gotowy, mówi "do zobaczenia", a nie wie, że to jest ostatni moment, gdy w życiu widzi tę bliską osobę. Pamiętam taką pacjentkę, która odchodziła i rodzina błagała mnie, żebym zrobił wszystko, żeby wróciła do świadomości, bo oni chcą ją jeszcze przeprosić, chociaż przez telefon, bo mieli wyrzuty sumienia, ale zabrakło czasu, zmarła.

Pamiętam dużo takich osobistych historii małżeństw, które wchodziły razem, a tylko jedno z nich wychodziło. Były osoby, które przyjmowaliśmy i na początku już mówiły: "błagam, ratujcie mnie, bo przez COVID straciłem dwójkę osób ze swojej rodziny".

Pierwsze zakażenie koronawiruse potwierdzono w Polsce w marcu 2020 r.
Pierwsze zakażenie koronawiruse potwierdzono w Polsce w marcu 2020 r. (East News)

Są jacyś pacjenci, których szczególnie pan zapamiętał?

Pamiętam starsze małżeństwo, które trafiło do nas razem z powodu COVID-19. Jego stan zdrowia z każdym dniem się poprawiał, a jej pogarszał. Kobieta miała choroby współistniejące, które tym bardziej źle rokowały w tej chorobie, jego stan był na tyle dobry, że chcieliśmy go wypisać, żeby uchronić go przed tym dramatem. Ale poprosił nas, żebyśmy pozwolili mu zostać.

Był przy niej do końca, trzymał ją za rękę, odgarniał jej włosy. To były wstrząsające obrazy, gdy on wychodził ze szpitala sam wraz z jej płaszczem i rzeczami, wtulając się w te ubrania. Nawet teraz trudno mi o tym mówić…

Pamiętam starszego pana, który był przyjęty przed świętami. Któregoś dnia poprosił mnie, żebym udostępnił mu telefon i przy mnie zadzwonił do syna. Składał mu życzenia, tak jak by mieli się nie zobaczyć. I się już nie zobaczyli.

Pamiętam człowieka w średnim wieku, który z kolei do końca walczył, żeby nie być zaintubowanym, bo wiedział, że trzeba jak dłużej odraczać ten moment. Pytał, jakie ma szanse, czy wyjdzie z tego, jeśli zgodzi się na zaintubowanie i powiedzieliśmy mu, że to jest kilkanaście procent w tak ciężkiej postaci choroby. Udało mu się jeszcze dysząc, porozmawiać z rodziną, w końcu powiedział: "zróbmy to". Nie udało się, zmarł na OIOM-ie.

Pamiętam pacjentkę, która tak bardzo bała się hospitalizacji, że zaniedbała zupełnie diagnostykę choroby nowotworowej i przyjechała, kiedy było już zdecydowanie za późno. Nie była zakażona koronawirusem, trafiła do nas z powodu silnej duszności wynikającej z masy guza w płucach. Rozmawialiśmy, pytała, co jej jest i spowiadała mi się z życia. W końcu powiedziała, że chce umrzeć, ale nie chce być sama i żebym ją trzymał za rękę. Tego samego dnia zmarła.

Ludzie równie mocno, jak samego COVIDu boją się tej pandemicznej samotności i bezsilności, kiedy trafią do szpitala. Może dlatego tak wiele osób przeciąga ten moment zgłoszenia się do szpitala, nawet jeśli jest bardzo źle?

Ta samotność jest strasznym doświadczeniem. Młodsi lepiej sobie radzą, mają telefony z kamerą, ale starsze osoby zmęczone chorobą nie mają nawet siły same zadzwonić. Czasami my dzwonimy z ich komórek albo nawet dajemy nasze.

Wczoraj też miałem taki przypadek: pacjent po udarze, nie był w stanie trzymać telefonu, więc położyłem mu go na klatce piersiowej i mógł porozmawiać chwilę z bliską osobą. On ledwo mówił, bo to był rozległy udar.

(Getty Images)

To jest ogromna radość dla rodzin, kiedy mogą ich usłyszeć. Dla nich to też są dramatyczne przeżycia. Zupełnie nie wiedzą, co się dzieje z chorym, a u nas polityka informacyjna też kuleje. Bo kto ma udzielać tych informacji? Pielęgniarka zazwyczaj nie wie do końca, jaki jest stan pacjenta, jakie jest leczenie, więc zostaje lekarz, ale jeżeli mamy czterdziestu kilku pacjentów i codziennie ktoś dzwoni, żeby zapytać o bliską osobę, to jest czterdzieści telefonów, a każda rozmowa zajmuje ok. 5 minut.

Nie jest możliwe przy takich niedoborach kadrowych, żeby udzielić wszystkim informacji. Mamy wyznaczone godziny, kiedy odbieramy takie telefony, ale nie z wszystkim jesteśmy w stanie porozmawiać.

Pacjenci też postrzegają nas jak kosmitów, a nie ludzi. W tych kombinezonach nie widać mimiki, uśmiechu, widać tylko oczy wystające spod warstw masek.

Pan musi informować bliskich o śmierci pacjenta?

Tak, to jest nasz obowiązek. To są dziesiątki takich telefonów. Część ludzi jest bardzo wdzięczna i dziękuje. Część zapowiada, że zobaczymy się w prokuraturze, a cześć od razu mówi, że będzie szła do sądu, że COVIDu nie ma, że zabiliśmy, że dostajemy za to dodatkowe pieniądze.

Do szpitala trafiają do nas zarówno ci, którzy wiedzą, jak poważna to jest choroba, jak i ci, którzy nie bardzo wierzą w koronawirusa. Miałem już okazję być w prokuraturze, szykują się kolejne pozwy.

Tak dużej skali hejtu i oskarżeń w stosunku do lekarzy, ekspertów nie było widać nigdy wcześniej.

To jest druga strona tej pracy. Nie ma dnia, żebym nie dostał jakichś wiadomości z wyzwiskami od "konowała", "lekarza Mengele". Mnóstwo obraźliwych słów, gróźb i hejtu, który spływa jak lawina. Wystarczy spojrzeć na którąkolwiek moją wypowiedź i przejrzeć, jakie tam są komentarze. To jest coś strasznego.

Jak Pan sobie radzi z tą presją, ze stresem?

Niewątpliwie jest trudniej niż kiedykolwiek wcześniej. Tyle śmierci w tak krótkim czasie, jeszcze nie widziałem. Nikt nas nie uczy radzenia sobie ze stresem.

Mój tata jest pastorem, jestem wierzący, więc w moim przypadku pomaga mi modlitwa i rozmowa. Mam świadomość, że mogę się pomylić, ale jednak całym sercem jestem oddany i robię wszystko, żeby pomóc na sto procent.

Jest też taka satysfakcja, że robimy coś ważnego, że w nas się pokłada nadzieję. Kto ma stać na froncie, jeżeli nie ci, którzy są lekarzami, którzy mają wiedzę? To jest nasze moralne zobowiązanie, ale to, że musimy za to poświęcenie przyjmować też ciosy, zawsze jest przykre, choć częściowo zrozumiałe.

Lekarze różnie sobie z tym radzą. Rozmowa, modlitwa, niektórzy uciekają w pracę, część idzie w sport, inni sięgają po używki, część osób zrezygnowała z pracy w oddziale covidowym, bo nie była w stanie tego wytrzymać. Różne są reakcje.

Coraz więcej lekarzy cierpi na zespół stresu pourazowego. Część zastanawia się nad zmianą zawodu
Coraz więcej lekarzy cierpi na zespół stresu pourazowego. Część zastanawia się nad zmianą zawodu (Getty Images)

Czy coś jeszcze pana zaskakuje w tej pandemii?

Wielorakość tych objawów obserwowanych u pacjentów wciąż stawia pod znakiem zapytania, czy na pewno znamy tę chorobę dość dobrze. Nadal jest ogromny szum informacyjny, pojawiają się kolejne badania, które często stoją w sprzeczności do siebie. Brak leków, wciąż nie mamy żadnego skutecznego leku na COVID, przez ostatnie miesiące było mnóstwo doniesień o różnych preparatach.

Były i te leki malaryczne: chlorochina, to wszystko odeszło do lamusa, potem mówiono podawajmy osocze, potem nie podawajmy, a potem znowu podawajmy, ale w pierwszej fazie choroby.

Był remdesivir - lek przeciwwirusowy - jedni mówią, że działa, inni m.in. WHO mówi, że nie jest skuteczny.

Tocilizumab - kolejny lek o wątpliwej skuteczności, z którym wiązano jakąś nadzieje, ale okazuje się, że to jednak nie przynosi efektów.

Kolejne mutacje, kolejne fale... Ma Pan czasami poczucie, że to już nigdy się nie skończy?

Boję się mutacji, dla której szczepionka okaże się nieskuteczna. To rzeczywiście budzi mój lęk. Dzisiaj jesteśmy wszyscy globalną wioską. Dopóki szczepionki chronią przed ciężkim przebiegiem, nawet jeżeli nie chronią przed samym zakażeniem, to jestem spokojny. Uspokaja mnie też to, że skuteczność szczepionki trwa rok.

Mam nadzieję, że ten rok, bliżej letnich miesięcy, będzie dla nas łaskawszy, trzymam kciuki, żeby nie doszło do mutacji i żeby jak najszybciej zaszczepiono osoby z grup ryzyka. To dodaje mi nadziei.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Rekomendowane przez naszych ekspertów

Polecane dla Ciebie

Pomocni lekarze

Szukaj innego lekarza

Komentarze

Wysyłając opinię akceptujesz regulamin zamieszczania opinii w serwisie. Grupa Wirtualna Polska Media SA z siedzibą w Warszawie jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.