Trwa ładowanie...

Butelka ukryta między rekwizytami

Polska od lat znajduje się w czołówce narodów nadużywających alkoholu. I chociaż alkoholizm wciąż kojarzy nam się z marginesem społecznym, to zachorować może każdy z nas. A piją wszyscy: kucharze, robotnicy, dziennikarze, lekarze, nauczyciele, artyści, politycy. Dlatego mówi się, że to demokratyczna choroba, która atakuje bez względu na wiek, płeć, status społeczny czy wykonywany zawód.

1. PROLOG

Matka do tej pory nie może wybaczyć Małgorzacie, że nie poszła na studia medyczne. Miała świetne wyniki z matury i dodatkowe punkty za robotnicze pochodzenie. Wtedy Małgorzata poznała ''Mistrza''. To on odsłonił przed nią kurtynę magicznego miejsca, jakim myślała, że już na zawsze będzie dla niej teatr. Młoda, piękna, miała w sobie to coś, co sprawiało, że była zauważalna na scenie. Próby, premiery, spektakle, festiwale teatralne. Okazji do świętowania było mnóstwo, a kompanów do toastu nigdy nie brakowało…

2. AKT 1: ''Życie od teatru różni się tylko tym, że w życiu nie ma prób generalnych''

- Po premierze zawsze był bankiet. W zasadzie to premiery były dwie. Pierwsza to ostatnia próba generalna, czyli tzw. pokazówka – spektakl dla rodzin i bliskich. Dopiero po niej miała miejsce ta oficjalna. Na początku były kwiaty, gratulacje, miłe słowa, uściski, zdjęcia, wywiady. Symboliczna lampka wina wśród zaproszonych gości, przemówienie dyrektora teatru, reżysera przedstawienia, prezydenta miasta. Potem się rozchodziliśmy, każdy do swojej garderoby – opowiada Małgorzata.

W garderobach wraz z makijażem i kostiumem pozbywano się również pozorów, a potem hamulców. To tutaj rozpoczynało się prawdziwe ''świętowanie''. Na toaletkach obok pudełek pełnych wsuwek do włosów i króliczych łapek (używanych kiedyś zamiast pędzli do różu) stawały smukłe ''tancerki'' – tak mówiono o butelkach z wódką.

- Każda premiera, każdy akt, każde wejście na scenę i odsłonięcie kurtyny, to był ogromny stres. Do tego dochodziło milion różnych emocji, które trzeba było sprzedać na scenie. W garderobie to wszystko z nas schodziło. Ale po kieliszku, dwóch, trzech czy pięciu energia wracała, a my wracaliśmy na salę bankietową. Zawsze czekali na nas albo najwierniejsi fani, albo najwytrwalsi pijacy. Więcej było tych drugich. Po kilku godzinach zostawała nas już garstka. Nie brakowało nam nigdy dwóch rzeczy: tematów do rozmów i alkoholu. Ten z kolei często wyzwalał w nas najgorsze instynkty. Jedni płakali, drudzy zdradzali, inni zasypiali. Śpiewaliśmy, tańczyliśmy i piliśmy do białego rana. Mieliśmy ciche przyzwolenie od bliskich – w końcu to była premiera! Po jednej z takich imprez znalazłam się na izbie wytrzeźwień – wspomina Małgorzata.

- Czy było mi wstyd? Szczerze? Wtedy - nie. Szybko sobie to wszystko wytłumaczyłam. Po pierwsze nie byłam jedyną osobą w teatrze, która trafiła tam po premierze, po drugie nie trafiłam tam sama. Moja koleżanka przeżyła to znacznie bardziej. Alicja była już wtedy matką dwójki dzieci. Kilka lat później została zwolniona z pracy. Oczywiście, że przez alkohol – opowiada Małgorzata.

"Po kieliszku, dwóch, trzech czy pięciu energia wracała"
"Po kieliszku, dwóch, trzech czy pięciu energia wracała"

3. AKT 2: ''Teatr to opętane miejsce, a nie rozkoszna kraina marzeń''

Nie tylko wystawne premiery stwarzały doskonałe ''alibi'' dla picia. Męczące, ciągnące się do późnych godzin nocnych próby czy regularne spektakle również wymagały rozładowania emocji. A niedaleko teatru nocnym życiem tętniła ''Nora''. Teoretycznie był to klub tylko dla dziennikarzy i to oni mieli do niego swoje ''wejściówki'', ale stałymi i mile widzianymi gośćmi byli również znani artyści: muzycy, literaci, tancerze, aktorzy.

- Dla wielu marzeniem było dostać się do ''Nory'', ale nie każdemu udało się to marzenie spełnić. Uwielbiałam tam chodzić. Było elitarnie, bo nie dla każdego, a zarazem swojsko, bo widywałeś tam zawsze te same twarze. Można było coś zjeść, posłuchać muzyki, potańczyć, ale i tak przychodzono tam głównie po jedno. Potrafiliśmy pić do rana. Zjawialiśmy się nie tylko po premierach, ale i po regularnych spektaklach. Z czasem też po porannych próbach. Mieliśmy kilka godzin przerwy do wieczornego przedstawienia, nikogo nie trzeba było namawiać – wspomina Małgorzata.

- Zżyliśmy się. Chociaż dziś wydaje mi się, że to nie teatr nas połączył a alkohol. Każdy miał problem, ale nie każdy tym problemem epatował. Ci o mocniejszej pozycji w teatrze pozwalali sobie na więcej. Gdyby nie nasza suflerka, myślę że niejedno przedstawienie skończyłoby się katastrofą. Na nasze wyskoki przymykano oko. Usprawiedliwiano. Artyści mogli więcej, więcej nam wybaczano. Dziennikarze pili razem z nami, zresztą, kogo obchodziło wtedy, że znana aktorka wracała na czworaka przez centrum miasta, czy, że jakiś reżyser wrócił do domu nie ze swoją żoną. Dziennikarze mieli wówczas ''innych ludzi'' na głowie – opowiada.

Idealne warunki do ''pielęgnowania'' uzależnienia, z którego Małgorzata jeszcze nie zdawała sobie sprawy, panowały na tzw. wyjazdach, czyli spektaklach odbywających się w innych miastach. Z dala od bliskich, w obcym mieście, każdy pozbywał się zahamowań.

- To było lato inne niż wszystkie. Niedawno zmarł nasz kolega. Mogłoby się wydawać – okaz zdrowia. Nie palił, stronił od alkoholu, nie to co my. Był taki młody. Po spektaklu piliśmy w pokoju hotelowym. Piliśmy i wspominaliśmy Józka. Obudziłam się w wannie. Ostatnie, co pamiętam to szukanie czegoś pod łóżkiem, ale i to wspomnienie jest niewyraźne. Pozostali z tego wieczoru zapamiętali niewiele więcej. Ale dla mnie, to był pierwszy raz, kiedy straciłam przytomność po alkoholu. Było mi się niedobrze. Napiłam się wody i zaczęłam wymiotować. Wszystko, co zjadłam lub wypiłam - zwracałam. Spędziłam cały poranek w toalecie. Nie miałam siły, żeby wstać, krzyczałam i płakałam na zmianę – wspomina Małgorzata.

"Artyści mogli więcej, więcej nam wybaczano"
"Artyści mogli więcej, więcej nam wybaczano"

Tego dnia wyszła z pokoju dopiero przed spektaklem. Była odwodniona, bolała ją głowa. Gdy garderobiana upinała jej włosy, zaciskała zęby z bólu. Makijaż zamaskował dowody upojnej nocy i ciężkiego poranka. Wypiła kieliszek wódki. Na scenie znowu błyszczała. Po przedstawieniu wszyscy szli do ulubionej knajpy. Jak co roku witali ich tam z otwartymi ramionami.

- Lorneta i meduza sześć razy. Potem kolejna kolejka i kolejna. Nikt nie przejmował się tym, że następnego dnia gramy spektakl. Nie wszystko poszło zgodnie ze scenariuszem, ale tylko my o tym wiedzieliśmy. Najważniejsze było grać tak, żeby widzowie się nie zorientowali. I tak robiliśmy, przez długie lata – opowiada.

Małgorzata pamięta, że wracała wtedy do domu pełna wyrzutów sumienia i lęku, który do tej pory jej nie towarzyszył. W mieszkaniu wypiła butelkę wódki i po raz kolejny straciła przytomność. Zaczynały się wakacje, a teatry są wtedy zamknięte. Miała dużo wolnego czasu. Przez kolejne dni nie trzeźwiała. Nie chciała być sama, inicjowała więc spotkania, organizowała imprezy u siebie w domu. Gości nie brakowało. Każdy dzień wyglądał tak samo, kilka dni zlewało się w jeden. Z tamtego czasu zostały tylko okruchy wspomnień uwiecznione na fotografiach. Nieubłagalnie przyszedł wrzesień.

4. AKT 3: ''Nie wszystko się kończy po zapuszczeniu kurtyny''

- Byłam wykończona. Gdzieś w środku czułam, że straciłam kontrolę, ale uważałam, że mi się to po prostu należy. W końcu były wakacje, a praca na scenie chociaż mówi się, że ''konserwuje'', to również wykańcza – fizycznie i psychicznie. Dziś wiem, że usprawiedliwiałam siebie jedynie po to, by zagłuszyć głosy w mojej głowie. Gorzej było, gdy wróciłam do teatru i przymierzyłam swój kostium... Myślałam, że to pomyłka, że to sukienka kogoś innego. Zaczęłam nerwowo przymierzać kolejne. Wszystkie były za duże. Nie mogłam sobie przypomnieć, kiedy jadłam ostatni posiłek. Usiadłam wtedy przed lustrem. W torebce miałam małą butelkę z nalewką. Wypiłam ją na raz. Po jakimś czasie przyszła garderobiana. Ona zawsze wiedziała wszystko pierwsza. Mojego ''Mistrza'' zwolniono z pracy – przywołuje gorzkie wspomnienia.

Zwolniono też kilka innych osób. Wszystkich za alkohol. Garderobiana zaczęła ostrzegać Małgorzatę, ale ta odebrała to jako atak. Wybuchła. Intuicja mówiła jej wtedy, że musi wracać do domu, że musi natychmiast wyjść z teatru. Posłuchała jej. ''Nagłe zastępstwo z przyczyn zdrowotnych'', ale i tak pewnie każdy domyślał się, o co tak naprawdę chodziło. Następne dni spędziła w łóżku. Spała, wmuszała w siebie jedzenie. Potem przyszedł ból głowy, gorączka, dreszcze, wymioty. Była pewna, że to grypa żołądkowa. Nie mogła ani jeść, ani pić. Lekarz zalecił, by wykonała test ciążowy.

- Pozytywny. Na początku pomyślałam, że to kara, dziś wiem, że była to ostatnia deska ratunku. Moje dziecko mnie wtedy uratowało. Wyciągnęło z III kręgu piekła, ale droga powrotna nie była usłana różami – mówi Małgorzata.

"Nikt nie przejmował się tym, że następnego dnia gramy spektakl"
"Nikt nie przejmował się tym, że następnego dnia gramy spektakl"

5. FINAŁ: ''Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają''

Do siódmego miesiąca ciąży występowała jeszcze na deskach teatru. Ze sceny zeszła, gdy przestała mieścić się w kostiumy. Nie piła, chociaż odruch sięgania do barku towarzyszył jej jeszcze długo po urodzeniu dziecka. Rzuciła palenie. Za tym akurat nigdy nie przepadała, ale wspomina, że lubiła pozować do zdjęć z papierosem w ręku. Potwierdzam – tych w swojej kolekcji ma naprawdę dużo. Musiała zrobić coś jeszcze. Musiała pozbyć się ze swojego życia ludzi, których przez wiele lat uważała za swoją rodzinę. Ludzi którym ufała, których kryła, za którymi poszłaby w ogień. Tych, którzy byli przy niej, gdy odnosiła sukces i kiedy upadała na samo dno. Byli przy niej, ale nie dla niej. Kiedy to zrozumiała? Dziś mówi, że za późno. Jej drogi potem jeszcze kilka razy krzyżowały się z drogami ''Mistrza''.

- Trudno być w branży i nie spotykać ludzi z branży. Dziś każdy z nas jest już innym człowiekiem, niż te 30 lat temu. Niektórzy poszli na odwyk, bo musieli, inni zrezygnowali z alkoholu, by ratować swoje małżeństwa, ale są i tacy, którzy tylko udają, że nie piją. Ukrywają małe butelki między rekwizytami – w domu, w pracy. Dalej zakładają maski, a ich dramat wciąż trwa, chociaż z teatrem nie ma już nic wspólnego – podsumowuje.

6. EPILOG

Przez chwilę Małgorzata uczestniczyła w spotkaniach anonimowych alkoholików. Widywała tam ludzi podobnych do siebie. Zadbanych, dobrze ubranych, ludzi ze świata kultury, nauki, biznesu. Czy wyszła z nałogu? Nie, bo jak przyznaje, alkoholikiem jest się do końca życia. Nie pije od 3 lat. Jej ojciec również był alkoholikiem.

Imiona bohaterów zostały zmienione.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Potrzebujesz konsultacji z lekarzem, e-zwolnienia lub e-recepty? Wejdź na abcZdrowie Znajdź Lekarza i umów wizytę stacjonarną u specjalistów z całej Polski lub teleporadę od ręki.

Polecane dla Ciebie
Pomocni lekarze
Szukaj innego lekarza