Trwa ładowanie...

Koronawirus w Polsce. Doktor Fiałek: Cały świat robi wszystko, żeby ograniczyć pandemię, a Polacy wychodzą na ulicę i robią wielką imprezę

Tłumy na Krupówkach, tłok nad morzem i to w środku epidemii, przy przyrostach zakażeń na poziomie kilku tysięcy dziennie. Wystarczyło lekkie poluzowanie obostrzeń, by wiele osób zapomniało o jakichkolwiek zasad reżimu sanitarnego. To nie może się dobrze skończyć - ostrzegają lekarze.

Zobacz film: "Prof. Filipiak: Pod względem testowania Polska znajduje się pomiędzy Botswaną a Azerbejdżanem"

spis treści

1. Najazd turystów na Zakopane. Konsekwencją może być ponowny lockdown

W poniedziałek 15 lutego resort zdrowia opublikował nowy raport, z którego wynika, że w ciągu ostatniej doby 2 543 osoby otrzymały pozytywny wynik testów laboratoryjnych w kierunku SARS-CoV-2. Z powodu COVID-19 zmarło 25 zakażonych.

Przypomnijmy, że liczby zakażeń od tygodni utrzymują się na poziomie kilku tysięcy potwierdzonych przypadków każdego dnia. Tylko w ciągu ostatniego tygodnia z powodu COVID-19 zmarło 1717 osób. To najlepszy dowód na to, że epidemia nie zwalnia. Patrząc na tłumy turystów m.in. na Krupówkach w Zakopanem, wśród których wiele osób nie miało maseczek, można pomyśleć, że zachowują się, jakby wirus dla nich był już niegroźny.

- To jest bardzo duża nieodpowiedzialność, myślę, że to jest jeden z przykładów, który będzie się później pokazywać: jak nie powinno się zachowywać w kontekście utrzymywania zasad sanitarno-epidemiologicznych i w kontekście opanowywania epidemii. Takie zachowanie wpłynie na pewno na znaczny wzrost liczby nowych potwierdzonych zakażeń SARS-CoV-2 - ostrzega lek. Bartosz Fiałek, specjalista w dziedzinie reumatologii, Przewodniczący Regionu Kujawsko-Pomorskiego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy.

Tłumy turystów na ulicach Zakopanego. Wiele osób bez masek ochronnych
Tłumy turystów na ulicach Zakopanego. Wiele osób bez masek ochronnych (East News)

Doktor Fiałek przypomina, że koronawirus nie odpuszcza, a sytuacja robi się coraz poważniejsza ze względu na nowe mutacje koronawirusa. Szacuje się, że w Polsce ok. 10 proc. zakażeń jest już wywołanych przez wariant brytyjski B.1.1.7.

- Wiemy doskonale, że każdy kraj, w którym pojawiał się ten wariant koronawirusa, odnotowywał bardzo duży pik zachorowań. Po pierwsze dlatego, że ten wariant znacznie lepiej się rozprzestrzenia, czyli transmituje z człowieka na człowieka, po drugie naukowcy wskazują, że jest też bardziej śmiertelny. Uderza on podwójnie: z jednej strony powoduje niewydolność systemu opieki zdrowotnej ze względu na duży przyrost zachorowań, ale również sam w sobie jest bardziej śmiertelny niż pierwotny wirus SARS-CoV-2 - mówi doktor Fiałek.

- Patrząc na to, że również w Polsce mamy do czynienia z wariantem brytyjskim i na to, jak bardzo daleko od zasad sanitarno-epidemiologicznych byli ludzie w ten weekend nad morzem i w górach, istnieje duża obawa, że znacznie wzrośnie nam liczba nowych potwierdzonych przypadków w ciągu kolejnych dwóch tygodni. To będzie wynik nieodpowiedzialności i niesubordynacji wielu osób - dodaje lekarz.

2. Polska jako antyprzykład walki z pandemią. "Taniec, pijaństwo i bijatyki"

Większość państw Europy utrzymuje twardy lockdown. Wprowadzone ograniczenia przedłużono do 1 marca w Portugalii, do 2 marca w Holandii i do 7 marca w Niemczech. Poza zamknięciem większości branż, pracą zdalną, w wielu państwach Unii obowiązuje również godzina policyjna. W Czechach ogłoszono dwutygodniowy stan wyjątkowy. W Polsce zaczęto powolne znoszenie obostrzeń, z zaznaczeniem, że mogą wrócić, jeśli liczba zakażeń wzrośnie. Od weekendu rząd pozwolił m.in. na otwarcie stoków narciarskich i hoteli, przy maksymalnie 50 proc. obłożenia.

Efekt? "Taniec, pijaństwo i bijatyki, to efekt złagodzenia ograniczeń związanych z COVID-19 w Polsce w ciągu weekendu. Turyści, wielu bez maseczek, tłumnie ruszyli do ośrodka narciarskiego w Zakopanem" – tak opisują ostatni weekend dziennikarze Reuters, jednej z największych agencji prasowych na świecie.

To nie może się dobrze skończyć - komentują eksperci i przypominają, że osoby, które ignorują zasady dystansu społecznego i maseczek narażają nie tylko swoje zdrowie, ale mogą zafundować kolejny lockdown całemu społeczeństwu.

- Szkoda tych branż, które zostały otwarte, bo one mogą paść ofiarą nie tego, że same w sobie zwiększają ryzyko zakażenia, tylko tego, że ludzie od razu po ich otwarciu stwierdzili, że jednak koronawirusa nie ma i zrobią sobie wielką imprezę. Nawet Reuters pisze o Polakach jako negatywnym przykładzie zachowań. Cały świat robi wszystko, żeby ograniczyć pandemię, a Polacy wychodzą na ulice i w ogóle nie stosują zasad sanitarno-epidemiologicznych. Jest duże ryzyko, że jeżeli wzrośnie nam liczba nowych zachorowań, będzie trzeba od nowa zamykać kolejne branże, to będzie niestety, w pewnym sensie, na własne życzenie klientów - komentuje Bartosz Fiałek.

3. Andrzej Sośnierz: Tłumy na Krupówkach, to nic strasznego

Nie wszyscy eksperci patrzą na te zachowania tak krytycznym wzrokiem. Były szef NFZ, Andrzej Sośnierz, tłumaczył na antenie telewizji Polsat, że na otwartej przestrzeni, zimą ryzyko zakażenia punktu widzenia epidemicznego jest niższe.

"Tłumy na Krupówkach w Zakopanem, tak, jak widziałem je w telewizji, to nie jest nic strasznego z punktu widzenia epidemicznego. Ludzie zachowywali dystans; ponadto w zimie, gdy oddychamy, to nasz oddech błyskawicznie leci do góry. Gorzej, jeżeli zakłócano tam porządek publiczny" - mówił Andrzej Sośnierz, poseł Porozumienia i były szef NFZ w programie "Graffiti". O ile zachowany jest dystans, a o tym podobnie, jak i o maseczkach, bardzo wielu turystów zapominało.

- Na dworze ryzyko zakażenia jest mniejsze aniżeli w zamkniętym pomieszczeniu, o ile zachowujemy dystans. A na zdjęciach z Krupówek widzieliśmy, że ludzie stali jeden obok drugiego. Jeżeli nie stosujemy podstawowej zasady dystansu społecznego, to nie ma znaczenia, że to jest otwarta przestrzeń, bo jeden drugiemu dosłownie chucha w twarz, transmisja wirusa niezależenie od temperatury w tym przypadku jest ogromna - podkreśla Bartosz Fiałek.

Lekarz przypomina, że sytuacja nadal jest poważna, a nieodpowiedzialne zachowania społeczne mogą się okazać sprzymierzeńcem wariantu brytyjskiego.

- Myślę, że niestety przed nami trudny czas. Podejrzewam, że sytuacja się pogorszy na przełomie lutego i marca. To będzie duży problem i z powodu naszych zachowań, i z powodu tego, że coraz większy udział w zachorowaniach ma wariant brytyjski. Obym się mylił, ale niestety wszystko na to wskazuje - podsumowuje lekarz.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Zobacz także:

Polecane dla Ciebie

Pomocni lekarze

Szukaj innego lekarza

Komentarze

Wysyłając opinię akceptujesz regulamin zamieszczania opinii w serwisie. Grupa Wirtualna Polska Media SA z siedzibą w Warszawie jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.