Trwa ładowanie...

Koronawirus w Polsce. Brakuje ludzi do obsługi respiratorów. Prof. Kusza wyjaśnia, dlaczego

- Mamy 60 miejsc, ale realnie możemy przyjąć tylko 45 pacjentów. Nie jest to kwestia sprzętu, tylko możliwości personelu - mówi prof. Kusza i podkreśla, że aby obsłużyć respirator, potrzeba sześciu lat studiów! Problemem zatem nie jest brak sprzętu podtrzymującego życie, a brak ludzi, którzy potrafią go obsłużyć. Mało tego, jest to mechanizm na tyle skomplikowany, że nie można podłączyć go na dowolnym oddziale. Stawką jest ludzkie życie. Tu nie ma miejsca na błąd.

Zobacz film: "Dr Matylda Kłudkowska o raportach do sanepidu"

1. Czy w Polsce zabraknie respiratorów?

Jeszcze na początku września liczba zajętych respiratorów wynosiła ok. 120. Zgodnie z raportem Ministerstwa Zdrowia, opublikowanym 14 października, obecnie zajętych jest już 467 respiratorów. Pobito też kolejny rekord zakażeń koronawirusem - ponad 6,5 tys. w ciągu doby.

Oprócz respiratorów w leczeniu COVID-19 używa się innych tlenoterapii
Oprócz respiratorów w leczeniu COVID-19 używa się innych tlenoterapii (Getty Images)

Jak szacują eksperci, ok. 12 proc. zakażonych SARS-CoV-2 wymaga hospitalizacji. 1-2 proc. pacjentów doświadcza ciężkiego przebiegu COVID-19 i wymaga hospitalizacji na oddziale anestezjologii i intensywnej terapii (OAiIT). Myśląc o tym, od razu wyobrażamy sobie pacjentów podłączonych pod respiratory. Te urządzenia stały się symbolem pandemii koronawirusa. Tymczasem eksperci zwracają uwagę, że wentylacja mechaniczna płuc jest tylko jednym z elementów terapii. I to nie o liczbę respiratorów powinniśmy się martwić.

- Nie chodzi o liczbę posiadanych urządzeń, tylko o kompletnie wyposażone stanowiska na oddziałach anestezjologii i intensywnej terapii. Respirator jest tylko jednym z wielu sprzętów, w które musi być ono zaopatrzone. Respiratora nie można tak po prostu podłączyć na standardowym oddziale czy w namiocie przed szpitalem, do tego niezbędna jest skomplikowana infrastruktura, która z dnia na dzień nie powstaje - opowiada prof. Krzysztof Kusza, prezes Polskiego Towarzystwa Anestezjologii i Intensywnej Terapii oraz kierownik Oddziału Klinicznej Anestezjologii, Intensywnej Terapii i Leczenia Bólu UMP w Poznaniu.

2. Łóżka na intensywnej terapii są najdroższe

Jak szacuje prof. Kusza, dzisiaj w całej Polsce jest ponad 3 tys. kompletnych stanowisk na oddziałach anestezjologii i intensywnej terapii, co oznacza, że do nich jest "przypisanych" co najmniej 3600 respiratorów.

- W obecnej sytuacji może okazać się, że jest to stanowczo za mało. Jeszcze przed pandemią średni wskaźnik wykorzystania na stanowiskach OAiIT wynosił ok. 0,8-0,95 proc. W praktyce oznacza to, że obłożenie było prawie całkowite i tylko od kilkudziesięciu do 120 osobodni (dni - red.) w roku nie miało pełnego obłożenia. Przyznał to sam minister zdrowia, który w rozporządzeniu o standardzie organizacyjnym w dziedzinie anestezjologii i intensywnej terapii określił, że liczba tych stanowisk powinna wynosić nie mniej niż 2 proc. wszystkich łóżek w szpitalach. W tej chwili ten odsetek wynosi około 1,8-1,9 proc - opowiada prof. Kusza.

Zdaniem eksperta przyczyny takiego stanu rzeczy są prozaiczne. - Wyposażenie oddziałów anestezjologii i intensywnej terapii jest najdroższe w całym szpitalu. Dlatego też w Polsce nie ma ani jednego stanowiska intensywnej terapii, a tym bardziej OAiIT w szpitalach prowadzących tylko działalność komercyjną, które nie podpisały kontraktu na udzielanie świadczeń zdrowotnych z NFZ. Koszt realny niektórych świadczeń wobec jednego chorego może przekraczać nawet milion złotych - opowiada prof. Kusza.

3. Brakuje personelu

Jak opowiada prof. Kusza, w przypadku pacjentów z COVID-19 podłączenie do respiratora jest ostatecznością.

- Przy tej chorobie dobrze się sprawdza leczenie tlenoterapią bierną oraz wysokoprzepływową wraz z terapią ułożeniową w pozycji na brzuchu. Oczywiście trzeba mieć głębokie doświadczenie kliniczne, aby rozpoznać chorych, którzy z takiej terapii skorzystają i odróżnić od tych, którzy natychmiast wymagają wentylacji mechanicznej - tłumaczy profesor. - Problem więc nie leży w dostępności do respiratorów, tylko w tym, że zaczyna brakować personelu do jego obsługi. Lekarze i pielęgniarki także chorują na COVID-19, są obejmowani kwarantanną - dodaje.

Dr Wojciech Serednicki, zastępca kierownika Oddziału Anestezjologii i Intensywnej Terapii Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie przyznaje, że po raz pierwszy w swojej praktyce obserwuje sytuację, w której prawie cały oddział jest przepełniony.

- W tej chwili mamy jedno wolne miejsce, ale jest to informacja sprzed 40 min. Zazwyczaj na intensywnej terapii łóżko tak długo nie pozostaje puste - opowiada dr Serednicki.

Kilka lat temu odział intensywnej terapii w krakowskim szpitalu został rozbudowany. Wyposażono ponad 60 miejsc. - Realnie jednak możemy przyjąć tylko 45 pacjentów. Nie jest to kwestia sprzętu, tylko możliwości personelu, który i tak pracuje ponad swoje siły. Na oddziale intensywnej terapii liczba personelu jest szczególnie ważna, ponieważ tu nie ma ani czasu, ani miejsca na błędy. Od tego bezpośrednio zależy życie i zdrowie pacjentów - opowiada dr Serednicki.

4. Chorych na COVID-19 wymagają podwójnej obsady pielęgniarskiej

Jak tłumaczy dr Wojciech Serednicki, stanowisko intensywnej terapii jest bardzo skomplikowanym systemem zależności między ludźmi a sprzętem. - Nawet najlepszy sprzęt bez właściwej obsługi nie jest użyteczny - podkreśla.

Jak mówi ekspert, żeby nauczyć się prawidłowo zakładać respirator, trzeba skończyć studia z anestezjologii, trwające 6 lat. W obliczu epidemii rząd poluzował zasady i teraz respiratory mogą również zakładać lekarze-rezydenci, którzy zakończyli 4. rok medycyny. Pracują oni jednak pod ścisłym nadzorem doświadczonych lekarzy.

Problem z liczebnością personelu staje się coraz bardziej dotkliwy. - Część personelu jest zakażona, cześć po prostu wykrusza się z przemęczenia. Od siedmiu miesięcy pracujemy pod ogromną presją i w wielkim stresie - opowiada doktor.

Specyfika sytuacji jest taka, że łóżka chorych na COVID-19 wymagają podwójnej obsady pielęgniarskiej.

- Nie możemy pracować w interwałach dłuższych niż 4 godziny. Jest to maksymalny czas, jaki można wytrzymać w pełnym stroju ochronnym - tłumaczy dr Serednicki. - Wczoraj w nocy pracowałem przez 6 godzin, ponieważ mieliśmy sytuację krytyczną i było to już za długo. W pewnym momencie zaczynasz tracić koncentrację, spada produktywność. Nic nie widzisz w zaparowanych goglach. Pacjent musi zawsze mieć sprawnych lekarza i pielęgniarkę, którzy są w stanie błyskawicznie reagować - podkreśla.

Jak będzie wyglądać sytuacja na oddziałach intensywnej terapii, jeśli liczba chorych dalej będzie błyskawicznie rosła? Zdaniem dr Serednickiego, nie mamy wyjścia. Już niedługo będzie trzeba zmieniać standardy opieki nad chorymi. Obecnie wyznacza je dyrekcja szpitala w porozumieniu z wojewodą.

- Zadam pytanie: ile osób może jechać jednym samochodem osobowym? Miejsc jest pięć, ale zmieści się nawet piętnaście. Podobnie jest ze standardami w medycynie. Można je obniżyć, przyjąć więcej pacjentów, ale nie będzie się to wiązało z większym komfortem i bezpieczeństwem – konkluduje dr Wojciech Serednicki.

Zobacz także: Pozaustrojowe natlenianie krwi (ECMO) to ostatnia nadzieja dla najciężej chorych na COVID-19. O leczeniu na pierwszej linii frontu opowiada dr Mirosław Czuczwar

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Rekomendowane przez naszych ekspertów

Polecane dla Ciebie

Pomocni lekarze

Szukaj innego lekarza

Komentarze

Wysyłając opinię akceptujesz regulamin zamieszczania opinii w serwisie. Grupa Wirtualna Polska Media SA z siedzibą w Warszawie jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.