Trwa ładowanie...

Koronawirus w Szwecji. Polski lekarz ze Sztokholmu o skuteczności modelu walki z pandemią, który wybrała Szwecja

Są rekomendacje, nie zakazy. Nie było lockdownu ani obowiązku noszenia masek. Dzieci przez cały czas chodziły do szkoły. Szwecja poszła inną drogą niż reszta Europy. Jak sprawdził się szwedzki model walki z epidemią COVID-19 opowiada dr Janusz Kasina polski lekarz, który od 30 lat pracuje w Sztokholmie i jest prezesem Federacji Medycznych Organizacji Polonijnych.

Zobacz film: "Koronawirus w Polsce. Jarosław Pinkas komentuje dzienny rekord liczby przypadków"

Artykuł jest częścią akcji Wirtualnej Polski #DbajNiePanikuj.

1. Polski lekarz ze Sztokholmu po pół roku podsumowuje efekty wariantu walki z epidemią, który wybrała Szwecja

- Rezultat epidemii to nie liczba osób, które umierają dzisiaj z powodu koronawirusa. Rezultat to jest stan, który zobaczymy za 4-5 lat - mówi dr Kasina w ślad za szefem szwedzkiego Urzędu ds. Zdrowia Społeczeństwa.

Opracowana przez głównego epidemiologa Szwecji taktyka walki z koronawiursem i teoria o odporności stadnej budziły wiele kontrowersji. Pierwotnie eksperyment zbierał śmiertelne żniwo - w kwietniu dziennie umierało ponad 100 osób. Łącznie zachorowało ponad 90 tys. ludzi, a zmarło ponad 6 tys.

Polski lekarz wytyka pewne błędy, ale uważa, że dzięki zastosowanej taktyce sytuacja w Szwecji jest opanowania, a kolejne fale nie będą tak dotkliwe, jak w w innych państwach.

Katarzyna Grzęda-Łozicka, WP abcZdrowie: Jak wygląda teraz sytuacja w Szwecji? Czy są jakieś nakazy, restrykcje?

Dr Janusz Kasina, lekarz ginekolog, od 30 lat pracujący w Sztokholmie, prezes Federacji Medycznych Organizacji Polonijnych:

Zaglądałem wczoraj do Dagens Nyheter, największej gazety w Szwecji, nie było ani słowa o COVID-19. Uznaje się go po prostu za jedną z infekcji, która się pojawiała i z którą trzeba żyć.

Wszystko działa w zwolnionym tempie, ale wciąż działa. Próba uniknięcia rozwoju epidemii poprzez zatrzymanie państwa i izolację w domu wszystkich obywateli byłaby jedynie jej odroczeniem.

Jeśli chodzi o restrykcje, to w pewnym sensie cały czas obowiązują, ale są dobrowolne. Mówi się o zachowaniu dystansu, o tym, że osoby mające objawy wskazujące na COVID-19, powinny zostać w domu, a ludzie powyżej 70. roku życia powinni być szczególnie chronieni i apeluje się o brak zgromadzeń powyżej 50 osób. To obowiązuje w zasadzie od początku pandemii, nic się nie zmieniło.

W ostatnim okresie w związku z niewielkim wzrostem zachorowań słychać głosy, że będą jakieś zmiany, ale będą wprowadzane tylko lokalnie i też będą ograniczone do apelowania, czyli nie będzie żadnych kar za ich nieprzestrzeganie. Rozważa się m.in. to, że rodziny osób chorych na COVID-19 również powinny zostawać w domu. Teraz nie ma takiego zalecenia. W domu ma zostawać tylko chory, a reszta rodziny może normalnie funkcjonować: chodzić do pracy, do szkoły.

Szkoły podstawowe cały czas były otwarte?

Szkoły podstawowe i przedszkola przez cały czas działały stacjonarnie, a w szkołach średnich i wyższych prowadzono zajęcia zdalnie, ale teraz już wszyscy uczą się normalnie. Nadal sporo osób, w miarę możliwości, pracuje zdalnie.

Szwecja poszła zupełnie inną drogą niż reszta Europy. Nie było lockdownu, nie było restrykcyjnych zakazów. Czy z perspektywy tych sześciu miesięcy uważa pan, że to był skuteczny model walki z koronawirusem?

Na wybór tej drogi wpłynęło m.in. przekazane przez epidemiologów przekonanie, że epidemia będzie długotrwała i nawracająca.

Wydaje mi się, że to było rozsądne podejście. Pewne ograniczenie kontaktów międzyludzkich, przy braku całkowitego zamknięcia zakładów pracy i szkół, doprowadziły do tego, że infekcja rozprzestrzeniała się powoli. To zapobiegło powstawaniu nagłych, dużych ognisk.

Dzięki temu stosunkowo dużo osób przeszło zakażenie, a to powinno zapobiec następnym gwałtownym falom pandemii, gdzie nagle jest mnóstwo zachorowań i brakuje miejsc na intensywnej terapii, co powoduje, że umierają osoby, które miały realne szanse na przeżycie. Tak jak to było we Włoszech czy w Hiszpanii.

Przyjmuje się, że w tej chwili ok. 20 proc. mieszkańców Sztokholmu ma przeciwciała przeciwko COVID-19. Była nadzieja, że tych osób będzie więcej.

W Szwecji wszystko działa jak wcześniej, chociaż wiele ludzi nadal pracuje zdalnie
W Szwecji wszystko działa jak wcześniej, chociaż wiele ludzi nadal pracuje zdalnie (123rf)

W Polsce do tej pory mamy 81 673 zakażonych, w Szwecji 89 756. Szwecja ma prawie 4 razy mniej mieszkańców niż Polska, a ofiar było dużo więcej. U nas z powodu COVID-19 zmarło 2344, w Szwecji - 5876. Czy można było tego uniknąć?

Liczba zachorowań jest na tyle niemiarodajna, że według mnie nie powinno się w ogóle brać tego pod uwagę.

Dlaczego?

Dlatego, że to zależy od liczby wykonywanych testów, ich jakości. Poza tym były prowadzone w Sztokholmie takie badania, które wykazały, że na jedną osobę z potwierdzonym zakażeniem było 20, u których wcześniej nie stwierdzono koronawirusa, a okazało się, że były zakażone.

Jak wspominałem wcześniej, ocenia się, że w sztokholmskiej aglomeracji miejskiej, w której mieszka około 1,5 mln osób, nieco ponad 20 proc. osób ma przeciwciała przeciw COVID-19. Innymi słowy - nie mniej niż 300 tys. osób przeszło infekcję, podczas gdy testami potwierdzono ją jedynie u nieco ponad 24 tys.

Takim realnym wskaźnikiem przebiegu epidemii jest oczywiście liczba osób, które zmarły. To są twarde dane. Tyle że w tym przypadku też można mieć pewne wątpliwości. W Szwecji jest tak, że jeżeli ktoś miał potwierdzone zakażenie koronawirusem, a zmarł na zawał serca albo na cokolwiek innego, to i tak jest klasyfikowany, jako osoba, która zmarła na COVID-19.

Według danych Szwedzkiego Urzędu Statystycznego w kwietniu odnotowano największy bilans zgonów od początku XXI wieku.

To możliwe. Na pewno miało to w dużej mierze związek z koronawirusem, ale jak mówiłem liczba przypadków śmiertelnych uznawanych za "COVID" jest na pewno zawyżona.

W tej chwili sytuacja wróciła do normy. Od początku sierpnia do dzisiaj śmiertelność, czyli liczba zgonów, jest taka sama, jak przez ostatnich 5 lat, czyli jest prawie tak, jakby COVID-19 nie odgrywał znaczenia w tych statystykach.

A co z domami opieki dla osób starszych? Tam na początku epidemii sytuacja wymknęła się spod kontroli. Były głosy mówiące o eutanazji, świadomym poświęceniu osób starszych i słabszych. To oni dominują w statystykach zgonów.

Rzeczywiście nie udało się w porę zapobiec rozprzestrzenianiu się koronawirusa w domach opieki dla osób starszych. Problemem było to, że Szwecja nie była przygotowana na przyjście COVID-u. Było wiadomo, że mamy chronić osoby starsze, ale nie było szczegółowych wytycznych, zakazów odwiedzin.

Ale absolutnie nie można powiedzieć, że to było jakieś przemyślane, zaplanowane działanie. Nie można się dopatrywać w tym jakiejś celowej działalności, tego, że ktoś postanowił, żeby starsze osoby umierały. Tak nie było.

Faktem jest, że 46 proc. osób, które są zarejestrowane jako zmarłe z powodu COVID-19, było mieszkańcami domów opieki dla starszych osób. Ale trzeba pamiętać, że w takich ośrodkach są wyłącznie osoby starsze, z reguły powyżej 70. roku życia i często schorowane, więc automatycznie są one w grupie ryzyka.

Szwedzkie więzy rodzinne są dosyć luźne i jeżeli ktoś jest starszy i schorowany, to najczęściej wybiera mieszkanie w takim domu. W Szwecji są też takie osiedla, gdzie sprzedaje się mieszkania tylko osobom powyżej 55. roku życia. Idea jest taka, że na takim osiedlu jest jeden wspólny lokal, gdzie wszyscy się mogą spotkać i pomieszczenie, gdzie dyżuruje pielęgniarka. Także jest wiele takich skupisk osób starszych w różnych formułach, jeżeli wirus trafi do takiej grupy, to łatwo się rozprzestrzenia.

Dr Kasina przyznaje, że efekty pandemii będziemy w stanie ocenić za 4 lata
Dr Kasina przyznaje, że efekty pandemii będziemy w stanie ocenić za 4 lata (arch. prywatne)

Jak jest oceniany przez społeczeństwo wariant wybrany przez epidemiologa Andersa Tegnella? Są głosy krytyki, ludzie się buntują, że np. nie ma obowiązku noszenia masek?

Wszystko tu jest dobrowolne, więc jeśli ktoś chce, może nosić maseczki. Odpowiem tak: jak się idzie do wielkiego sklepu, to może jedna osoba na dwieście ma maseczkę. To pokazuje, że ludzie nie widzą takiej potrzeby.

Ogólnie odbiór jest pozytywny. Przy czym podkreśla się cały czas, że podsumowanie tej epidemii może nastąpić dopiero za 4 lata, bo na pewno będą kolejne fale, nawroty. Zamykanie gabinetów lekarskich, opóźniona diagnostyka doprowadzi do wzrostu umieralności z innych przyczyn.

Zobacz także: Anders Tegnell - główny epidemiolog w Szwecji. To on stoi za eksperymentalnym modelem walki z koronawirusem

A w Szwecji są opóźnienia w zabiegach, w operacjach? W Polsce wizyty u lekarzy rodzinnych w dużej mierze zastąpiły teleporady.

Przez cały czas normalnie pracuję i przyjmuję pacjentów. Lekarze rodzinni też cały czas przyjmowali chorych. W Szwecji ta dostępność do służby zdrowia nie była tak ograniczona, jak w innych państwach, a mimo to są opóźnienia.

Co ważne wszystkie statystyki w Szwecji są prawdziwe i ogólnokrajowe. Jakby się zapytać, ile operacji zostało odroczonych we Włoszech, to byłaby odpowiedź, że nie wiadomo, a tu są ogólnokrajowe rejestry. Ocenia się, że w Szwecji czeka obecnie w kolejkach do operacji około 185 tys. pacjentów, z tego nieco ponad 60 tys. czeka dłużej niż 3 miesiące od daty podjęcia decyzji o operacji. Według Szwedzkiego Perioperacyjnego Rejestru w pierwszym półroczu wykonano ok. 70 tys. mniej operacji w porównaniu z poprzednimi latami.

Potencjał służby zdrowia jest ograniczony. Im więcej sił i środków jest kierowanych na walkę z pandemią, tym gorszy będzie stan zdrowia społeczeństwa w zakresie innych chorób. A to oznacza, że ta śmiertelność z powodu innych chorób będzie na pewno duża, ale trudna do policzenia.

W Polsce za walkę z pandemią odpowiada Ministerstwo Zdrowia, w Szwecji stery wiedzie główny epidemiolog - Anders Tegnell, który budzi wiele kontrowersji. Jak pan ocenia jego decyzje?

Myślę, że to jest rozsądne. Osoba, która najwięcej wie, która jest najlepiej przygotowana do oceny sytuacji, powinna decydować. W momencie, kiedy się przekazuje stery w ręce polityków, to decyzje będą nie tylko medyczne, ale i polityczne, bo nie sposób politykowi pozbyć się myśli: co na to wyborcy. Natomiast tu nie ma takich ograniczeń, kluczem jest odpowiedź na pytanie, jak będzie wyglądało zdrowie narodu nie dzisiaj, ale za cztery lata.

Anders Tegnell znajduje poparcie w społeczeństwie, ale jak wszędzie zdania są podzielone. Na pewno ci, którzy sprzeciwiają się jego decyzjom, grzmią głośniej, bo jak ktoś jest "za" to najczęściej nic nie mówi. Ale tak naprawdę nie ma wyraźnych głosów sprzeciwu. Mówi się jedynie, że błędem było, że od początku nie wprowadzono zakazu odwiedzin w domach opieki dla osób starszych, tylko była mowa o tym, żeby zachować dystans i myć ręce.

Czy mówi się o drugiej fali?

Tak, ale opinie są takie, że nie będzie gorzej niż było. Szwecja jest epidemiologiczne czy odpornościowo lepiej przygotowana niż inne miejsca na świecie, bo jest dużo osób już uodpornionych, w związku z tym jest mniejsze ryzyko wybuchu lokalnych, dużych epidemii.

Nie ma jakiegoś strachu, czy jakiejś ogólnonarodowej obawy, raczej takie podejście, że mamy nową infekcję, to jest oczywiście coś więcej niż grypa, ale nie jest to na tyle straszne, żeby panikować. W końcu umiera teraz tyle samo osób, co zazwyczaj, a czy się przypisze, że dana osoba zmarła na COVID, czy na zawał to ma drugorzędne znaczenie.

A jak pan ocenia rozwiązania zastosowane w Polsce? Społeczeństwo jest mocno podzielone, z jednej strony jest duży lęk, z drugiej coraz więcej głosów kwestionujących restrykcje?

Johan Carlson, szef szwedzkiego Urzędu Do Spraw Zdrowia Społeczeństwa, stwierdził, że rezultat epidemii to nie liczba osób, które umierają dzisiaj z powodu koronawirusa. Rezultat to jest stan, który zobaczymy za 4-5 lat.

Jestem daleki od wysnuwania jakichś ostatecznych wniosków, bo na podsumowanie przyjdzie czas za te 4 lata. Na pewno do tej pory o wiele mniej osób zmarło w Polsce z powodu COVID-19 niż w Szwecji - to jest plus. Pytanie, jak będzie wyglądała za chwilę gospodarka, która też przynosi biedę, bezrobocie, prowadzi do zaniedbania zdrowia, pogorszenia stanu psychicznego.

Dzisiaj widzimy tylko część śmiertelności z powodu COVID, a ta druga część jest ukryta. Jeśli ktoś ma niezdiagnozowaną w porę białaczkę czy raka jelita, i umrze, to de facto umrze przez COVID, bo z powodu pandemii nie było szans na leczenie albo diagnoza przyszła za późno. A ile tych osób będzie - nie wiadomo, ale że będą - to jest pewne.

Ważne jest zachowanie solidarności między ludźmi. Czytałem, że pracownicy służby zdrowia w Polsce bywają napiętnowani, ludzie boją się, że taka osoba może ich zarazić. W Szwecji się im dziękuję, że są, że się starają. Nadmierny strach prowadzi do wypaczonych reakcji. Ludzie zaczynają się bać w sposób zupełnie irracjonalny.

Wydaje mi się, że tutaj jest duża wiara w rządzących, którzy nie załatwiają żadnych interesów politycznych na pandemii. A w wielu krajach tak się dzieje. Widać to np. w USA, gdzie w stanach rządzonych przez republikanów inaczej się reaguje, niż tam, gdzie kierują demokraci, a choroba jest przecież wszędzie ta sama. Powinno się oddać stery w ręce epidemiologów i powiedzieć: wy jesteście ekspertami i powiedzcie, co mamy zrobić.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Rekomendowane przez naszych ekspertów

Polecane dla Ciebie

Pomocni lekarze

Szukaj innego lekarza

Komentarze

Wysyłając opinię akceptujesz regulamin zamieszczania opinii w serwisie. Grupa Wirtualna Polska Media SA z siedzibą w Warszawie jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.